Wczoraj o 6 rano stałam na środku salonu z letnią kawą w ręku, wpatrując się w mrugającą, śpiewającą plastikową krowę, którą moja teściowa kupiła mojemu najmłodszemu synkowi na roczek. Krowa ni stąd, ni zowąd głośno muczała alfabet, podczas gdy moje dziecko z radością siedziało w kącie i żuło puste tekturowe pudełko po płatkach owsianych. Właśnie w tym momencie dotarło do mnie, jak bardzo się myliłam co do tego, czym tak naprawdę chce się bawić roczniak.
Kiedy mój najstarszy syn skończył rok, byłam święcie przekonana, że rozwój jego mózgu zależy wyłącznie od tego, czy kupię mu idealny zestaw naszpikowanych technologią, wielokolorowych stacji sensorycznych. Miałam całe tablice na Pintereście poświęcone pokojom zabaw. Myślałam, że muszę zamienić nasz wiejski dom w Teksasie w centrum wczesnego rozwoju, i – naiwna ja – wydałam na to fortunę. Skończyło się tak, że był całkowicie przebodźcowany, płakał pośrodku sterty zabawek i nie potrafił skupić się na jednej rzeczy.
Teraz, przy trzecim dziecku poniżej piątego roku życia, powiem Wam szczerze: przepaść między tym, co nam się wydaje, że roczne dzieci potrzebują, a tym, co faktycznie się sprawdza, jest ogromna. Wasz świeżo upieczony maluch przechodzi właśnie wielki skok rozwojowy – ze stacjonarnego niemowlaka staje się mobilnym małym tornadem. To, co mu teraz dacie do zabawy, naprawdę ma znaczenie, ale zupełnie nie w taki sposób, w jaki próbują nam wmówić katalogi z zabawkami.
Wielkie zderzenie z rzeczywistością: ryzyko zadławienia
Kiedyś myślałam, że bezpieczeństwo dziecka sprowadza się do włożenia zaślepek do gniazdek i zamknięcia wybielacza w szafce pod zlewem. Wszystko zmieniło się podczas bilansu roczniaka mojego najstarszego syna, kiedy nasza pediatra napędziła mi niezłego stracha. Powiedziała wprost: roczne dziecko poznaje świat, próbując go zjeść. Nagle zaczęłam patrzeć na nasz pokój zabaw jak na pole minowe.
Według niej dzieci w tym wieku wciąż tkwią w fazie oralnej. Wszystko – i mam tu na myśli dosłownie wszystko – wędruje prosto do buzi. Nie chodzi tylko o to, że mogą odpaść jakieś małe, plastikowe elementy (choć to samo w sobie jest przerażające). Wyjaśniła mi, że nawet gruba tektura może w kilka minut całkowicie nasiąknąć śliną, zamienić się w papkę i stanowić poważne ryzyko zadławienia. Bardzo szybko nauczyłam się, że wszystko, co dajemy roczniakowi, musi być absolutnie odporne na ślinę i pot.
Okazuje się, że istnieje jakaś europejska norma bezpieczeństwa o nazwie DIN EN 71-3, która kontroluje, ile dziwnych substancji chemicznych może się ulatniać z zabawki, gdy dziecko żuje ją przez godzinę niczym gumę. Nie udaję, że rozumiem naukowe zawiłości migracji chemicznej, ale teraz zawsze sprawdzam, czy farby są nietoksyczne i oparte na bazie wody, bo na własne oczy widziałam, jak mój średni syn próbuje niczym mały bóbr zedrzeć zębami farbę z taniego, drewnianego pociągu.
Dlaczego tradycyjne chodziki to absolutny koszmar
Zanim nabrałam doświadczenia, myślałam, że te tradycyjne chodziki z siedziskami – takie, w których maluch odpycha się nóżkami od podłogi, by pędzić przed siebie – to najlepszy wynalazek od czasu suchego szamponu. Zakładałam, że dzięki temu mój najstarszy syn będzie bezpieczny w jednym miejscu, a ja w spokoju spakuję zamówienia z Etsy, prawda? Błąd.
Wspomniałam o tym w gabinecie lekarskim, a pani doktor spojrzała na mnie tak, jakbym właśnie zapytała, czy mogę dać dziecku do zabawy pudełko petard. Uświadomiła mi, że chodziki są tak naprawdę znienawidzone przez pediatrów, ponieważ całkowicie zaburzają naturalny rozwój anatomiczny dziecka potrzebny do nauki chodzenia. Zmuszają malucha do odpychania się na palcach, zamiast uczyć go prawidłowego balansu i przetaczania stopy od pięty do palców.
A to jeszcze zanim w ogóle przejdziemy do kwestii bezpieczeństwa! Okazuje się, że włożenie dziecka do takich „plastikowych autek na kółkach” pozwala im rzucić się głową w dół ze schodów albo wpaść na gorący piekarnik szybciej, niż matka jest w stanie fizycznie zareagować. Więc tak, w drodze do domu wyrzuciłam to ustrojstwo do kosza i nigdy więcej o nim nie pomyślałam.
Zasada trzech mojej babci
Jeśli jest jedna rzecz, która uratowała moje zdrowie psychiczne przy trójce dzieci, to fakt, że eksperci od rozwoju dziecka całkowicie zgadzają się z tym, co moja babcia wykrzykiwała, gdy w moim pokoju panował bałagan: „Schowaj te graty!”. Nie potrzebujecie pięćdziesięciu zabawek rozrzuconych na podłodze. Co więcej, wielka sterta rzeczy tylko stresuje mózg roczniaka.

Nauczyłam się tego na własnych błędach, ale teraz rygorystycznie przestrzegam zasady „od 3 do 4”. W salonie mam zawsze na wierzchu maksymalnie cztery zabawki. Gdy połączycie to z prostym systemem rotacji (resztę chowacie do szafy i zamiast kupować nowe rzeczy, wymieniacie je co kilka tygodni), Wasze dziecko naprawdę usiądzie i w skupieniu zajmie się drewnianą układanką, zamiast demolować pokój w poszukiwaniu kolejnego zastrzyku dopaminy.
Powiem to tylko raz: każda elektroniczna, plastikowa zabawka na baterie, która nie ma regulacji głośności, ląduje u nas prosto w kartonie do oddania. Koniec dyskusji.
Co naprawdę sprawdza się dla tych malutkich rączek
W okolicach pierwszych urodzin dzieci opanowują chwyt pęsetowy. To nic innego jak nowo odkryta umiejętność podnoszenia drobnych paprochów z dywanu za pomocą kciuka i palca wskazującego. To ogromny kamień milowy w ich rozwoju. Zaczynają też rozumieć trwałość obiektów – wiedzą już, że kiedy chowam twarz podczas zabawy w „a kuku”, wcale nie przestaję istnieć.
To z kolei oznacza, że dostają obsesji na punkcie wkładania rzeczy do innych rzeczy. W tym przypadku im prościej, tym lepiej. Kubeczki do układania w wieżę, drewniane sortery (gdzie kwadratowy klocek trafia do kwadratowego otworu) i proste układanki z dużymi, poręcznymi uchwytami to jedyne zabawki, które potrafią utrzymać uwagę mojego najmłodszego synka dłużej niż przez dziesięć sekund.
Szukając rzeczy, które naprawdę przetrwają próbę czasu, musiałam po drodze „pocałować sporo żab”. Będę z Wami całkowicie szczera: drewniane gryzaki Kianao to jedna z niewielu rzeczy, które przetrwały całą moją trójkę dzieci. Głównie dlatego, że są niesamowicie wytrzymałe, całkowicie bezpieczne do gryzienia i szczerze mówiąc, świetnie sprawdzają się jako zabawki do rzucania, gdy uczymy się zasady przyczyny i skutku, siedząc w krzesełku do karmienia. Choć uwielbiam markę Kianao, to powiem Wam też wprost, że ich przepiękne maty do zabawy z organicznej bawełny nie są w tym momencie dla mnie. Są cudowne, ale mam trzech brudzących chłopaków i psa, który wnosi do domu czerwony teksański pył, więc nie mam siły emocjonalnej na punktowe czyszczenie luksusowego lnu za każdym razem, gdy komuś spadnie rozgnieciony banan. Trzymam się twardszych rzeczy.
Jeśli szukacie przedmiotów, które faktycznie wspierają rozwój maluchów, ale bez robienia z Waszego salonu pobojowiska jak po wybuchu w żłobku, to zazwyczaj radzę moim koleżankom-matkom zacząć właśnie od zabawek edukacyjnych Kianao.
Rehabilitacja pchaczy
Skoro już ustaliliśmy, że tradycyjne chodziki to samo zło, to co zrobić z dzieckiem, które za wszelką cenę chce chodzić, ale co chwilę ląduje twarzą na ziemi? Sprawcie mu solidny drewniany pchacz.

Mój średni syn używał ciężkiego, drewnianego wózka, który mógł pchać przed sobą. To, że był z ciężkiego drewna, ma ogromne znaczenie, bo tanie, plastikowe odpowiedniki potrafią się wywrócić i uderzyć malucha prosto w twarz, gdy tylko pociągnie za rączkę, by wstać. Dobry, drewniany pchacz zapewnia stabilność, której dzieci potrzebują, by ćwiczyć swoje pierwsze chwiejne kroczki. Z czasem staje się wózkiem, w którym przez kolejne dwa lata będą wozić pluszaki po całym domu.
Bardzo polecam też najprostsze drewniane klocki. To absolutnie najlepsza zabawka o otwartym zastosowaniu. Owszem, na ten moment Wasz roczniak będzie ich używał tylko po to, by niszczyć przepiękne wieże, które sami zbudujecie. Jednak nauka radzenia sobie z frustracją po zburzonej wieży to dokładnie to, czego te małe główki w tym momencie potrzebują.
Podsumowując ten zabawkowy chaos
Chciałabym móc cofnąć się w czasie i powiedzieć sobie – początkującej mamie – żeby po prostu wyluzowała i przestała kupować o 2:00 w nocy wszystko, co wciskają mi reklamy. Wasz roczniak nie potrzebuje iPada. Nie potrzebuje migającego plastikowego cyrku. Potrzebuje trzech lub czterech bezpiecznych, dobrze wykonanych przedmiotów, bezpiecznej przestrzeni do raczkowania i mnóstwa Waszej cierpliwości, podczas gdy odkrywa, jak działa grawitacja, upuszczając swój kubek niekapek na Waszą stopę po raz dwudziesty z rzędu.
Jeśli macie dość lawiny plastiku i chcecie znaleźć kilka rzeczy, które są naprawdę bezpieczne dla dziecka w fazie oralnej i przetrwają więcej niż jednego malucha, koniecznie sprawdźcie kolekcję dla maluchów od Kianao, jeszcze zanim nadejdą ich kolejne urodziny.
Czas na szczerość: Pytania, które mamy zadają mi najczęściej
Czy mój roczniak może bawić się zabawkami starszego rodzeństwa?
Matko jedyna, nie! Chyba że będziecie siedzieć tuż nad nimi. Mój pięciolatek uwielbia układać małe zestawy klocków Lego, a mój roczniak traktuje je jako chrupiącą przekąskę. Musicie bezwzględnie trzymać zabawki starszych dzieci w oddzielnym pokoju lub za zamkniętymi drzwiami, dopóki maluch nie wyrośnie z fazy oralnej. Drobne elementy są na tym etapie po prostu zbyt niebezpieczne.
Czy drewniane zabawki naprawdę są lepsze, czy to tylko kwestia modnej estetyki?
Myślałam, że to tylko "szpan" matek z Instagrama, dopóki nie musiałam wyrzucić dwóch worków pełnych zepsutych, połamanych plastikowych zabawek, które nie przetrwały mojego najstarszego dziecka. Zabawki z litego drewna nie rozpadają się na ostre kawałki, gdy maluch rzuca nimi o podłogę w kuchni. Poza tym zazwyczaj nie wydają irytujących elektronicznych dźwięków, więc są zdecydowanie lepsze dla Waszego zdrowia psychicznego i ich bezpieczeństwa.
Jak sprawić, by bliscy przestali kupować hałaśliwe plastikowe badziewie?
Zaczęłam być bezkompromisowo bezpośrednia. Dosłownie wysyłam teściowej konkretne linki do Kianao czy Etsy i mówię: „Mamy miejsce tylko na te konkretne rzeczy”. Jeśli i tak kupią gigantyczną, śpiewającą, plastikową krowę, pozwalam dzieciom pobawić się nią przez tydzień, po czym zabawka tajemniczo się „psuje” i znika w pudle do oddania, gdy śpią. Strzeżcie swojego spokoju.
Jaka jest najlepsza zabawka dla dziecka, które wszystkim rzuca?
Kiedy dzieci rzucają rzeczami, po prostu testują ciąg przyczynowo-skutkowy. Zamiast z tym walczyć, dajcie im przedmioty, którymi można bezpiecznie rzucać. Miękkie piłki, lekkie drewniane klocki lub miękkie silikonowe zabawki sprawdzą się tu idealnie. Jeśli rzucą czymś twardym i niebezpiecznym, spokojnie to zabieram i mówię: „Nie rzucamy ciężkimi rzeczami”, a w zamian wręczam im miękką piłkę. Wymaga to jakichś czterystu powtórzeń, ale w końcu to chwytają.
Czy naprawdę muszę rotować zabawki? Brzmi to wyczerpująco.
Obiecuję Wam, że poświęcenie pięciu minut na wrzucenie zabawek do plastikowego pojemnika i schowanie ich do garażu jest o wiele mniej wyczerpujące, niż łagodzenie napadów histerii wywołanych przebodźcowaniem z powodu wiecznego bałaganu. Nie potrzebujecie żadnego wymyślnego systemu. Wystarczy podzielić zabawki na trzy pudła, zostawić na wierzchu jedno z nich, a kiedy dziecko zacznie się nudzić i zachowywać destrukcyjnie, po prostu zamienić je na kolejne.





Udostępnij:
Droga Ja z przeszłości: Cała prawda o przetrwaniu z gryzakami
Dlaczego wybieram body z długim rękawem podczas fali upałów