Moja teściowa zjawiła się we wtorkowe popołudnie z plastikową farmą na baterie, która z siebie wydawała zniekształcone odgłosy zwierząt z głośnością 120 decybeli, z dumą ogłaszając, że to niezwykle edukacyjna zabawka dla bliźniaczek. Następnego dnia mój mocno brodaty przyjaciel, który mieszka w modnej dzielnicy i ma dokładnie jedno sześcioletnie dziecko, oświadczył, że masowo produkowane zabawki to kapitalistyczna pułapka. Zasugerował, żebym po prostu dał dziewczynkom drewnianą łyżkę i pudełko sensoryczne pełne ekologicznej suchej soczewicy. Tymczasem nasza pielęgniarka środowiskowa podczas ważenia spojrzała na moje córki z głębokim wyczerpaniem i wymamrotała, że wszystko, co ma jaskrawe kolory, nieodwracalnie przebodźcuje ich rozwijające się nerwy wzrokowe. Poradziła mi, abym trzymał się wyłącznie czarno-białych kart kontrastowych, dopóki nie zaczną chodzić.
Więc tak oto siedziałem o 3 nad ranem na podłodze w pokoju dziecięcym, w ciemności, ściskając w dłoni świecącą plastikową krowę, której za nic nie potrafiłem wyłączyć. Próbowałem strzepnąć z kolana zabłąkaną, ekologiczną soczewicę i zastanawiałem się, jak to możliwe, że w niespełna sześć miesięcy mój dom został całkowicie pochłonięty przez dziecięce rupiecie.
Kiedy masz dziecko (a zwłaszcza kiedy masz dwójkę w tym samym czasie), twój dom błyskawicznie zmienia się z oazy dorosłego spokoju w jaskrawy magazyn pełen rzeczy, o które ciągle się potykasz. Wszyscy chcą wam coś kupować, a ty, funkcjonując po jakichś czterech łącznie przespanych godzinach, desperacko szukasz czegokolwiek, co zajmie małego człowieka na tyle długo, byś zdążył wypić kubek herbaty, zanim wystygnie. Jednak poruszanie się po tym istnym polu minowym – sprawdzanie, co jest bezpieczne, co naprawdę wspiera rozwój, a co jest tylko głośnym kawałkiem przyszłego wysypiska śmieci – bywa wyczerpujące.
Wielka, głośna, plastikowa maszyna
Zanim pojawiły się dzieci, zakładałem, że niemowlęta naturalnie ciągną do tych wielkich, plastikowych stolików edukacyjnych z migającymi światełkami, mechanicznym głosem i przyciskami uruchamiającymi agresywne, synth-popowe melodyjki. Myślałem, że te wszystkie rzeczy są niezbędne, by wychować mądre dziecko.
A potem odbyłem bardzo pouczającą, choć nieco upokarzającą rozmowę z naszym zmęczonym pediatrą podczas szczepienia jednej z bliźniaczek. Zapytałem go, czy powinienem kupić więcej elektronicznych zabawek edukacyjnych, aby wesprzeć ich rozwój poznawczy, a on spojrzał na mnie jak na skończonego idiotę. Krótko wyjaśnił, że mózg dziecka rozwija się poprzez rzeczywiste interakcje twarzą w twarz, a migające, cyfrowe zabawki tak naprawdę zakłócają ten naturalny proces, ponieważ wykonują całą pracę za malucha. Okazuje się, że według medycznego konsensusu najlepszą zabawką dla dziecka jest po prostu reagujący dorosły – co jest dość przerażającą wizją, kiedy jesteś skrajnie niewyspany i nie pamiętasz własnego kodu pocztowego.
Zasadniczo uświadomił mi, że zabawki nie potrzebują baterii, aby były interesujące. Zabawka powinna być napędzana głównie dziecięcą wyobraźnią, a nie ogniwami litowo-jonowymi. Jestem pewien, że moje rozumienie neurobiologii w tym zakresie pozostawia wiele do życzenia, ale główny przekaz był jasny: przestań kupować migające śmieci i po prostu pozwól im uderzać drewnianym klockiem o rondel.
Sprawdzanie, czy przedmioty codziennego użytku mogą je zabić
Paranoja związana z ryzykiem zadławienia uderza w ciebie niczym rozpędzony pociąg w momencie, gdy dziecko odkrywa, jak włożyć rękę do buzi. Nagle każdy przedmiot w twoim domu zaczyna wyglądać jak śmiercionośna broń.
Moja pielęgniarka środowiskowa wspomniała mimochodem o „teście rolki po papierze”, co wpędziło mnie w absolutny obłęd. Zasada jest prosta: jeśli zabawka lub jej część w całości mieści się w standardowej tekturowej rolce po papierze toaletowym, stanowi zagrożenie zadławieniem dla niemowlęcia. Przez trzy dni po tym, jak się o tym dowiedziałem, chodziłem po naszym mieszkaniu i wpychałem do rolki balsam do ust mojej żony, zagubione klucze i absolutnie każdą dziecięcą zabawkę, jaką posiadaliśmy. Jeśli coś przechodziło na wylot, od razu lądowało w wysokiej szafce. Przerażające jest to, jak wiele rzeczy reklamowanych jako produkty dla małych dzieci oblewa ten podstawowy test wielkości.
Do tego dochodzi prawdziwy koszmar w postaci baterii guzikowych i magnesów. Przeczytałem na forum dla rodziców jeden przerażający artykuł o tym, jak silne magnesy i płaskie baterie mogą powodować koszmarne obrażenia wewnętrzne po połknięciu. W efekcie spędziłem całe niedzielne popołudnie z malutkim śrubokrętem w ręku, upewniając się, że każda klapka od baterii w domu jest mocno przykręcona. Szczerze – jeśli macie jakiekolwiek zabawki z niezabezpieczonymi klapkami na baterie, po prostu wyrzućcie je do kosza albo zaklejcie na stałe mocną taśmą, bo ten ciągły niepokój po prostu nie jest tego wart.
Faza „ziemniaczka”
Przez pierwsze cztery miesiące życia niemowlęta przypominają bardzo wymagające, przeciekające ziemniaczki. Niewiele się ruszają, nie potrafią prawidłowo chwytać przedmiotów, a ich wzrok ogranicza się do rzeczy oddalonych o jakieś 20 centymetrów od twarzy.

Ludzie będą wam kupować niewiarygodnie skomplikowane zabawki na ten wiek, ale noworodki tak naprawdę obchodzą tylko wzory o wysokim kontraście, ponieważ tylko to są w stanie dostrzec ich nie w pełni rozwinięte oczy. W naszym przypadku skończyło się na tym, że mocno polegaliśmy na miękkiej książeczce kontrastowej z bawełny organicznej. Będę z wami zupełnie szczery – w ogólnym rozrachunku to był tylko „w porządku” produkt, głównie dlatego, że dziewczynki dość szybko wyrosły z fazy kontrastów. Jednak przez te pierwsze kilka miesięcy oparcie tej książeczki przed nimi podczas leżenia na brzuszku było jedynym sposobem, by powstrzymać je przed uderzaniem buzią w matę i płaczem. Książeczka ostatecznie wylądowała zgnieciona na dnie torby z pieluchami, ale raz cudownie sprawiła, że jedna z nich siedziała w całkowitej ciszy podczas wyjątkowo nerwowej, pełnej korków jazdy autobusem, więc zdecydowanie na siebie zarobiła.
Era maksymalnego ślinienia
Mniej więcej w piątym miesiącu obudził się u nich odruch chwytania, któremu towarzyszyło wyrzynanie się pierwszych zębów. Oznaczało to, że absolutnie każdy przedmiot w promieniu pół metra był natychmiast łapany, przyciągany do twarzy i pokrywany grubą, lepką warstwą śliny.
To jest ten wiek, w którym naprawdę musisz zacząć przejmować się tym, z czego zrobione są przedmioty w otoczeniu dziecka. Kiedy uświadamiasz sobie, że twoje dziecko używa zabawki do energicznego masowania krwawiących dziąseł, nagle nabierasz głębokiej podejrzliwości wobec taniego plastiku i tajemniczych farb. W tym okresie całkowicie przerzuciliśmy się na gryzaki z silikonu spożywczego i naturalne drewno. Głównie dlatego, że na samą myśl o tym, że mogłyby połykać te wszystkie chemikalia, które sprawiają, że tani plastik pachnie jak stacja benzynowa, robiło mi się niedobrze. Te silikonowe wystarczy włożyć do zamrażarki na dwadzieścia minut, podać dziecku i pozwolić mu gryźć je jak małemu, agresywnemu gryzoniowi.
Eksperymenty z grawitacją
Między szóstym a dwunastym miesiącem życia niemowlęta odkrywają związek przyczynowo-skutkowy, co zazwyczaj oznacza: „Jeśli zrzucę to z krzesełka, tata będzie musiał się schylić i to podnieść. Zobaczmy, czy zrobi to czterdzieści siedem razy z rzędu”.
Zaczynają również rozumieć, jak rzeczy pasują do siebie. To właśnie wtedy odkryliśmy nasz absolutny święty Graal wśród zabawek. Ktoś sprezentował nam drewnianą wieżę z kółek i naprawdę nie potrafię opisać słowami, jak wiele te elementy zdołały przetrwać.
To zabawka całkowicie otwarta, co oznacza, że dziewczynki nie tylko układają kółka jedno na drugim. Używają ich jako bransoletek, podstawa służy im jako prowizoryczny młotek do uderzania w listwy przypodłogowe i nieustannie kłócą się o niebieskie kółko, chociaż mają dwa identyczne niebieskie kółka. Ponieważ to lite drewno, nie pękają, gdy fruwają nad kuchenną podłogą, a jako że pomalowano je nietoksycznymi farbami, nie panikuję, gdy nieuchronnie lądują w czyjejś buzi. Posiadanie kilku takich wysokiej jakości, niezniszczalnych przedmiotów całkowicie eliminuje potrzebę trzymania w domu wielkiego pudła pełnego plastikowych śmieci.
Co czai się w gumowej kaczuszce do kąpieli
Muszę poświęcić krótką chwilę, aby zrujnować wam dzień, rozmawiając o zabawkach do kąpieli. Przez pierwszy rok życia moje córki bawiły się tymi klasycznymi, ściskanymi gumowymi zwierzakami, które tryskają wodą przez małą dziurkę.

Pewnego wieczoru wyjątkowo mocno ścisnąłem żółtą kaczuszkę, żeby rozśmieszyć córkę, a z dziurki wystrzelił makabryczny obrzydliwy kłąb gęstej, czarnej, ciągnącej się pleśni, który zaczął złowieszczo unosić się w krystalicznie czystej wodzie do kąpieli. Prawie zwymiotowałem. Ponieważ te zabawki nigdy w pełni nie wysychają w środku, stają się absolutną wylęgarnią toksycznego, czarnego szlamu.
Natychmiast zebrałem wszystkie tryskające zabawki, jakie mieliśmy, wrzuciłem do worka na śmieci i po ciemku pomaszerowałem z nimi prosto do śmietnika na zewnątrz. Teraz używamy tylko drewnianych łódeczek lub otwartych kubeczków do układania, które można dokładnie wytrzeć ręcznikiem do sucha. Zróbcie sobie przysługę i jeszcze dziś rozetnijcie gumowe zabawki do kąpieli waszego dziecka – przeżyjecie głęboką traumę, ale to po prostu konieczne.
Oswajanie chaosu
Prawda o poruszaniu się w świecie zabawek jest taka, że mniej naprawdę znaczy więcej. Gdy macie mniej, ale lepiej wykonanych rzeczy, dzieci naprawdę muszą używać swojej wyobraźni, zamiast tylko wciskać przycisk, by dać się biernie zabawiać. Ponadto odkurzanie salonu zajmuje znacznie mniej czasu, gdy nie trzeba omijać pola minowego z jaskrawego plastiku.
Jeśli próbujecie odzyskać swoją przestrzeń życiową z rąk plastikowej inwazji, gorąco polecam zapoznać się ze starannie wyselekcjonowaną kolekcją zrównoważonych zabawek dla niemowląt. Znajdziecie tam rzeczy, na widok których nie będą wam krwawić oczy i które nie zaczną znienacka grać metalicznej muzyki w środku nocy.
Zanim jednak całkowicie zdemolujecie pokój dziecięcy i wyrzucicie wszystko, co posiadacie, oto kilka szczerych odpowiedzi na pytania, które prawdopodobnie teraz mruczycie do siebie pod nosem.
Brudna prawda o dziecięcych zabawkach
Jak sprawić, by krewni przestali kupować wielkie plastikowe śmieci na urodziny?Musicie być bezlitośnie proaktywni. Mniej więcej miesiąc przed jakimikolwiek urodzinami czy świętami wyślijcie uprzejmą, ale stanowczą wiadomość, wyjaśniając, że po prostu nie macie w domu miejsca na duże, elektroniczne przedmioty. Zamiast tego zasugerujcie konkretną książkę lub niewielką drewnianą zabawkę. Jeśli was zignorują i i tak kupią gigantyczną plastikową farmę, pozwólcie dziecku bawić się nią przez tydzień, zróbcie zdjęcie, żeby wysłać krewnemu, a potem po cichu oddajcie ją do sklepu charytatywnego lub fundacji, podczas gdy maluch będzie spał. Małe dzieci nie mają poczucia stałości obiektu; nigdy nie zauważą, że zabawka zniknęła.
Naprawdę wyrzuciłeś wszystkie psiskające zabawki do kąpieli?Absolutnie każdą z nich. Kiedy raz zobaczysz czarny szlam przepływający obok kolana twojego dziecka, nigdy nie wymażesz tego widoku z pamięci. Zastąpiliśmy je kilkoma solidnymi, plastikowymi kubkami z kuchennej szafki i solidną łódeczką z naturalnego kauczuku, która nie ma w sobie ani jednej dziurki. Bliźniaczki nadal uwielbiają kąpiele, a ja już nie leżę po nocach, zastanawiając się, czy właśnie narażam je na rzadką infekcję grzybiczą.
Czy drewniane zabawki są naprawdę lepsze, czy tylko ładniej wyglądają na Instagramie?Słuchajcie, one zdecydowanie lepiej prezentują się w salonie, co jest całkiem istotnym argumentem, gdy wasz dom został przejęty przez dzieci. Ale z praktycznego punktu widzenia, po prostu są trwalsze. Te plastikowe pękają przy upadku na twardą podłogę, a elektroniczne psują się w ułamku sekundy, gdy odrobina śliny dostanie się do komory na baterie. Drewniane kółka do układania, które mamy, wyglądają jak nowe, mimo że każdego dnia służą za tępe narzędzia dwóm wściekłym maluchom.
Jak czyścić poślinione drewniane klocki, żeby ich nie zniszczyć?Nie namaczajcie ich w zlewie, chyba że chcecie, żeby napuchły i popękały. Ja po prostu używam wilgotnej ściereczki z odrobiną delikatnego mydła, wycieram warstwę zaschniętej śliny i zostawiam do całkowitego wyschnięcia na kuchennym blacie. Jeśli po roku intensywnego „katowania” wyglądają nieco smętnie i sucho, możecie wetrzeć w drewno odrobinę oliwy z oliwek lub oleju kokosowego, żeby znów nabrały blasku – chociaż sam rzadko mam siłę, by faktycznie to zrobić.
Co robisz, gdy jedna bliźniaczka okłada drugą miękką zabawką?Właśnie dlatego na etapie poniemowlęcym preferuję miękkie, materiałowe lalki. Kiedy jedna z moich córek nieuchronnie uzna, że jej siostra musi zostać agresywnie zdyscyplinowana za pomocą zabawki, pluszowy królik z bawełny organicznej wyrządza znacznie mniej szkód i wymaga podania o wiele mniejszej dawki syropu przeciwbólowego niż twarda, plastikowa figurka. Po prostu je rozdzielasz, konfiskujesz królika i nalewasz sobie kolejną kawę.





Udostępnij:
Czego nikt Ci nie mówi o oddechu Twojego dziecka
Cała prawda o oddechu noworodka (i dlaczego Pinterest Cię oszukał)