Właśnie zeskrobuję zaschnięte ciasto naleśnikowe z kuchennej szafki o siódmej rano, podczas gdy mój maluch agresywnie pokazuje na migi, że chce więcej bananów. To całkowite przeciwieństwo spokojnego, wypoczętego ideału macierzyństwa, który wyobrażałam sobie, gdy zaczęłam zgłębiać cały ten fenomen holenderskiego wychowania (i naleśników "Dutch baby"). Kiedyś myślałam, że "Dutch baby" to po prostu ten ogromny, puszysty naleśnik, za którego płacisz dwadzieścia dwa dolary w hipsterskiej knajpce w dzielnicy West Loop. Nie wiedziałam, że to także globalna obsesja na punkcie filozofii rodzicielstwa, która rzekomo wychowuje najszczęśliwsze dzieci na ziemi. Teraz próbuję włączyć obie te rzeczy do mojego życia, a ironia mojej chaotycznej kuchni wcale mi nie umyka.
Kiedy słuchasz ludzi opowiadających o wychowywaniu dzieci po holendersku, brzmi to jak jakaś utopijna fantazja. Potem przyglądasz się kwestiom kulinarnym i okazuje się, że ten słynny naleśnik nawet nie pochodzi z Holandii. To jeden wielki, chaotyczny absurd, co szczerze mówiąc, jest idealną metaforą macierzyństwa.
Niemiecko-amerykański wypiek w przebraniu
Kiedyś wierzyłam, że przygotowanie porządnego śniadania wymaga pobudki przed wschodem słońca i stania nad gorącą patelnią jak kucharz w barze podczas niedzielnego szczytu. Przewracanie malutkich placuszków, podczas gdy dziecko wisi na twoich dresach, to szczególny rodzaj psychologicznych tortur. Słuchajcie: wystarczy wlać rzadkie ciasto na gorącą żeliwną patelnię i odejść. To cały sekret. Naleśnik Dutch baby to tak naprawdę amerykański wynalazek wywodzący się od niemieckich naleśników, co oznacza, że jego nazwa to wierutne kłamstwo. Ale jest też absolutnym wybawieniem, gdy próbujesz ogarnąć rozszerzanie diety metodą BLW i funkcjonujesz na trzech godzinach przerywanego snu.
To w zasadzie tylko pieczone jajka i mleko w przebraniu węglowodanów. Mój pediatra powiedział mi, że wczesne wprowadzanie alergenów jest kluczem do zapobiegania reakcjom w przyszłości, chociaż mam wrażenie, że nauka w tej kwestii zmienia się co pięć lat. Mimo to, ten gąbczasty gigant to absolutnie najprostszy sposób na ekspozycję na nabiał i jajka, jaki znalazłam. Chociaż oczywiście najpierw warto wypróbować te składniki oddzielnie, żeby we wtorkowy poranek nie grać w anafilaktyczną ruletkę. Całość łatwo rwie się na grube, miękkie paski, które sześciomiesięczne dziecko może bez problemu chwycić swoimi niezdarnymi rączkami. Do tego nie ma w nim w ogóle dodanego cukru – chyba że liczyć syrop klonowy, który potajemnie wylewam na swoją połowę, ukrywając się za drzwiami lodówki.
Nie potrzebujesz drogocennego, wielopokoleniowego przepisu, żeby to zrobić. Wrzucam jajka, mleko, mąkę i trochę roztopionego masła do blendera, trzymając na biodrze wierzgającego malucha, potem wylewam to na piekielnie gorącą patelnię i wsadzam do piekarnika. To tyle. Serwowanie naleśników Dutch baby dziecku to niezaprzeczalny bałagan, uwierzcie mi. Wasza podłoga będzie wyglądać jak strefa klęski żywiołowej. Ale kupuje wam to dokładnie czternaście minut ciszy, podczas gdy one żują brzegi ciasta, a czasem to wszystko, czego potrzebujecie, żeby przetrwać do drzemki.
Podchodzimy do połogu zupełnie źle
Zanim urodziłam syna, pracowałam na pediatrycznym SOR-ze tutaj, w Chicago. Myślałam, że wiem, jak wygląda zmęczenie. Widziałam rodziców śpiących na krzesłach w poczekalni i żyjących na kawie z automatu. Potem sama urodziłam, a oni odesłali mnie ze szpitala do domu z trzykilosowym człowiekiem, siateczkowymi majtkami, kazali mi brać ibuprofen i powiedzieli, że zobaczymy się za sześć tygodni. Amerykańskie doświadczenie połogu to w zasadzie fala w wojsku udająca opiekę zdrowotną.

W Holandii mają coś, co nazywa się Kraamzorg. To pielęgniarka środowiskowa opłacana przez państwo, która przychodzi do twojego domu przez osiem dni po porodzie. Sprawdza twoje parametry życiowe. Sprawdza, czy dziecko nie ma żółtaczki. Pomaga ci rozgryźć, jak przystawić malucha do piersi, żebyś nie płakała z bólu. Nawet robi ci pranie, przygotowuje obiad i wyprasza gości, którzy siedzą za długo. Kiedy po raz pierwszy o tym przeczytałam, dosłownie musiałam odłożyć telefon i gapić się w sufit. Mój pierwszy tydzień po porodzie spędziłam na płaczu pod prysznicem i gorączkowym googlowaniu, czy oddech mojego dziecka jest normalny, czy powinnam pędzić z nim z powrotem na pogotowie.
My po prostu akceptujemy, że świeżo upieczone matki mają być rozbitymi, wyczerpanymi wrakami, które goszczą daleką rodzinę, chcącą potrzymać dziecko, podczas gdy my serwujemy im przekąski. Holendrzy traktują czwarty trymestr jak kluczowy medyczny okres rekonwalescencji, bo dokładnie tym on jest. Widziałam w przychodni tysiące spanikowanych rodziców, którzy właśnie po raz pierwszy zostali mamą i tatą, a potrzebowali tylko tego, by ktoś wykwalifikowany usiadł z nimi i powiedział, że z ich dzieckiem wszystko jest w porządku. Nie mamy tutaj Kraamzorg, więc musisz stanowczo budować własną "wioskę" wsparcia i przestać przepraszać za chronienie swojego świętego spokoju. Zamknij drzwi. Idź spać.
Zasada "3R", która zrobiła ze mnie bojowniczkę o drzemki
Kiedyś ciągałam moje dziecko wszędzie. Na zakupy, do zatłoczonych kawiarni, głośnych restauracji. Myślałam, że jak będzie zmęczony, to po prostu padnie w wózku. Takie to bardzo amerykańskie, prawda. Myślimy, że wystawianie ich na ciągły chaos sprawia, że łatwiej się adaptują. Ale moje dziecko się nie zaadaptowało. Po prostu przestało spać i zaczęło wibrować z przemęczenia i wściekłości o 15:00 każdego bożego dnia.
Holendrzy opierają się na starej zasadzie z 1915 roku o nazwie Rust, Reinheid, Regelmaat. Tłumaczy się to jako odpoczynek, czystość i rutyna. Częścią o czystości zbytnio się nie przejmuję, zważywszy, że moje podłogi są nieustannie pokryte psią sierścią i pokruszonymi krakersami. Ale odpoczynek i rutyna całkowicie zmieniły moje myślenie. Holendrzy są powszechnie znani z rygorystycznego podejścia do warunków snu. Jeśli tylko mogą, omijają cały ten koncept "snu w drodze". Kładą swoje dzieci na drzemki w ciemnych, cichych pokojach, w ich własnych łóżeczkach. Dzięki tej nudnej, przewidywalnej rutynie, badania sugerują, że ich półroczne dzieci śpią o około dwie godziny dziennie dłużej niż nasze. Nie wiem, jak to precyzyjnie mierzą na całych populacjach, ale intuicyjnie to ma sens. Dwie dodatkowe godziny snu dziennie. Pomyślcie, co moglibyście osiągnąć, albo, co lepsze, co moglibyście zignorować, siedząc w ciszy.
Mój pediatra powiedział mi, że sen napędza sen. Brzmiało to jak protekcjonalna zagadka zen, dopóki naprawdę nie zmusiłam się do zostawania w domu na czas drzemek. Zaczęłam traktować strefę snu mojego syna jak salę operacyjną. Zasłony zaciemniające, głośny szum i oddychające ubranko. Zakładam mu Niemowlęce body bez rękawów z bawełny organicznej od Kianao. Jest zrobione w 95 procentach z bawełny organicznej i w 5 procentach z elastanu. To szczerze mówiąc moja ulubiona rzecz z ich kolekcji. Syntetyczne materiały zatrzymują ciepło i sprawiają, że dzieci się pocą, przez co budzą się marudne i nieszczęśliwe. To body oddycha, rozciąga się nad gigantyczną pieluszką wielorazową i jakoś przetrwało spotkanie z pralką, gdy (co było do przewidzenia) zapomniałam posegregować pranie. Kupiłam sześć sztuk i wyrzuciłam wszystkie te sztywne, skomplikowane ubranka, które dostaliśmy w prezencie.
Jeśli próbujecie pozbyć się chaosu ze swojej rutyny i skupić się na oddychających podstawach, sprawdźcie kolekcję organicznych ubranek bazowych. To znacznie mniejsze obciążenie psychiczne.
Pogoda to żadna wymówka
Kiedyś kupowałam każdą plastikową, świecącą zabawkę, która obiecywała przyspieszyć rozwój mojego dziecka. Teraz zdaję sobie sprawę, że dostarczały nam tylko obojgu przestymulowania. Teraz staram się stawiać na radykalną prostotę.

W salonie mamy Drewniany stojak edukacyjny. To taki drewniany stojak w kształcie litery A z kilkoma wiszącymi zwierzątkami. Jest w porządku. Wygląda wystarczająco ładnie, żeby nie wywoływać u mnie lęku przed wizualnym bałaganem i zajmuje go na dziesięć minut, żebym mogła wypić letnią kawę. Drewno jest gładkie, a kolory stonowane, co idealnie wpisuje się w ten holenderski klimat niskiej stymulacji. Nie sądzę, by fundamentalnie zmieniało to jego ścieżki neuronowe, ale z pewnością jest sto razy lepsze niż mrugające, plastikowe monstrum śpiewające fałszujące rymowanki.
Prawdziwym sekretem odporności holenderskich maluchów i tak nie są zabawki do domu. To fakt, że ich rodzice wsadzają je na rowery w strugach deszczu. Mają takie powiedzenie, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Próbuję to przyswoić, chociaż chicagowskie zimy wystawiają na próbę moją chęć do życia. Wychodzimy teraz na zewnątrz, nawet gdy odczuwalna temperatura i wiatr bywają głęboko obraźliwe. Owijam go w absurdalną ilość wełny, daję mu Gryzak Panda do memłania (bo jego trzonowce właśnie dają o sobie znać z pełną mocą) i po prostu idziemy przed siebie. Zimne, paskudne powietrze resetuje jego nastrój. O dziwo, resetuje też mój. Czasami musisz po prostu zszokować swój organizm, żeby powstrzymać płacz.
Pozwól naleśnikowi opaść
Moje poranki wyglądają teraz zupełnie inaczej niż rok temu. Mniej martwię się maksymalizowaniem każdej sekundy po przebudzeniu, a bardziej skupiam się na chronieniu naszego czasu na odpoczynek. Mieszam byle jakie ciasto, wstawiam patelnię do piekarnika i całkowicie ją ignoruję podczas pieczenia. Nie stresuję się, gdy drastycznie opada w sekundę po wyjęciu z pieca, bo dokładnie tak ma być. Pozwalam mojemu dziecku robić katastrofalny bałagan podczas jedzenia. Potem obmywam go z grubsza, wsadzam do jego ciemnego pokoju na drzemkę i siadam na kanapie, nie robiąc absolutnie nic.
To nie jest idealny system i zdecydowanie nie jestem wyluzowaną europejską matką płynącą przez dzień. Ale traktowanie snu jako niepodlegającego negocjacjom wymogu medycznego i serwowanie wielkich, niewymagających wysiłku jajek pieczonych na patelni jest nieskończenie lepsze niż robienie wszystkiego pod górkę. Przestańcie kombinować, jak "zhakować" swoje wyczerpanie i po prostu idźcie się położyć.
Gotowi, by ulepszyć strefę snu swojego malucha, byście w końcu mogli trochę odpocząć? Przeglądajcie kolekcję ubranek do snu marki Kianao w poszukiwaniu oddychających, nieskomplikowanych warstw.
FAQ
Jak najbezpieczniej podać naleśnik Dutch baby sześciomiesięcznemu dziecku?
Słuchajcie, nie musicie mieć do tego dyplomu kulinarnego. Po prostu pokrójcie ostudzony naleśnik na grube paski o szerokości mniej więcej dwóch waszych palców. W szóstym miesiącu życia dzieci nie mają jeszcze chwytu szczypcowego, więc potrzebują paska na tyle długiego, by mogły trzymać go w piąstce z kawałkiem wystającym na górze, żeby porządnie go żuć. Konsystencja jest super gąbczasta, więc całkiem nieźle się rozpuszcza, ale na wszelki wypadek zawsze siedźcie obok i je obserwujcie. I odpuśćcie sobie cukier puder, wcale go nie potrzebują, a i tak skończy się tylko w ich brwiach.
Czy holenderski styl wychowania jest w ogóle realistyczny w Ameryce?
Tylko w niektórych częściach. Nie mamy ich opieki społecznej, urlopów macierzyńskich ani infrastruktury, po której wszędzie dojdziesz na piechotę. Nie da się tak po prostu wyczarować opieki Kraamzorg w Ohio. Ale absolutnie możecie pożyczyć od nich stanowcze stawianie granic. Możecie wybrać ścisły harmonogram drzemek zamiast chodzenia na każde jedno chaotyczne urodziny dla maluchów, na które jesteście zapraszani. Weźcie z tego ideę środowiska o niskiej stymulacji, a wyrzuty sumienia o to, że nie wozicie dziecka rowerem do żłobka w trakcie śnieżycy, zostawcie za sobą.
Czy naprawdę muszę siedzieć w domu podczas każdej drzemki?
Mój pediatra powiedziałby, że tak, ale moje zdrowie psychiczne mówi coś innego. Róbcie to, co pozwala wam zachować zdrowe zmysły. Holenderska filozofia mocno opiera się na drzemkach w łóżeczku w ciemnym pokoju, by zapewnić głęboki, regenerujący sen. Ja staram się religijnie odbywać poranną drzemkę w domu, bo to nadaje ton całemu dniu. Jeśli popołudniowa drzemka wypadnie w wózku, gdy w panice kupuję pieluchy w markecie, niech tak będzie. Nie więźcie się w domu, jeśli przyprawia was to o stany depresyjne.
Jak radzić sobie z ząbkowaniem, próbując trzymać się sztywnej rutyny?
Nie da się. Ząbkowanie niszczy wszystko. Całe „Rust i Regelmaat” świata nie powstrzyma malucha przed wrzaskiem o 2 w nocy, gdy ząb trzonowy przebija się przez jego dziąsła. Kiedy uderza ząbkowanie, rutyna staje się jedynie luźną sugestią. Po prostu wrzucam silikonowy gryzak do lodówki na dwadzieścia minut, podaję go, aplikuję odrobinę paracetamolu dla niemowląt, jeśli lekarz pozwoli, i akceptuję fakt, że mój perfekcyjnie opracowany harmonogram snu przez najbliższe trzy dni będzie nic niewart. Trzeba to po prostu przetrwać.
Czy Kraamzorg istnieje naprawdę, czy to tylko internetowa legenda?
Jest to jak najbardziej prawdziwe i wprawia mnie we wściekłość za każdym razem, gdy o tym pomyślę. To głęboko zakorzeniona część holenderskiego systemu opieki zdrowotnej. Zrozumiano tam, że utrzymanie matki wypoczętej, najedzonej i monitorowanej medycznie w jej własnym domu zapobiega późniejszym ogromnym kosztom leczenia szpitalnego i depresji poporodowej. My po prostu jeszcze nie dorośliśmy do tej logiki. Zanim to nastąpi, obniżcie wobec siebie oczekiwania na te pierwsze kilka tygodni do absolutnego zera.





Udostępnij:
Jak przetrwać zakup łóżeczka (i błędy, które sama popełniłam)
Dlaczego „Dziecko Rosemary” to fatalny pomysł dla Twojego malucha