Był upalny wtorek pod koniec sierpnia, taki skwar, że kierownica w samochodzie parzy jak patelnia, a ja siedziałam na parkingu przed supermarketem w moim rdzewiejącym Subaru. Miałam na sobie legginsy, które z całą pewnością były po prostu ciążowymi rajstopami, które zdążyły już całkowicie stracić wolę życia, pociłam się w zwykłej koszulce i trzymałam plastikowy kubek z mrożoną kawą, która na tym etapie przypominała raczej brązową wodę. Mój telefon zawibrował. To była wiadomość z portalu pacjenta z wynikami naszego testu NIPT. Drżącym kciukiem otworzyłam PDF, wstrzymując oddech, i tam właśnie było, wpatrujące się we mnie sterylną, czarną czcionką Arial. Płeć: męska.

Chyba naprawdę upuściłam tę moją mrożoną kawę prosto na wycieraczkę. Wpatrywałam się w deskę rozdzielczą. Mój mąż, Dave, który siedział na fotelu pasażera i próbował naprawić urwaną kratkę nawiewu, spojrzał na mnie i zapytał, co się stało. „To chłopiec” – wyszeptałam, a mój głos dławił się od nagłej, obezwładniającej paniki. „O Boże, Dave, musimy nadać imię ludzkiej istocie płci męskiej”.

Bo taka jest najszczersza prawda o wyborze imienia dla synka: to wydaje się wręcz niemożliwe. Imiona dla dziewczynek są jak poezja. Płyną, dają mnóstwo możliwości, do niemal wszystkiego możesz dodać „a” na końcu lub użyć uroczego zdrobnienia, by brzmiało pięknie i łagodnie. A imiona chłopięce? Zawsze brzmią dla mnie tak, jakbyś wybierała między XIX-wiecznym kowalem pracującym przy kowadle a kolesiem w bezrękawniku Patagonii, który za moment poprosi cię o pożyczkę z funduszu venture capital. Tu nie ma absolutnie niczego pośrodku.

Era arkuszy kalkulacyjnych i poszukiwanie czegoś wyjątkowego

Przez kolejne trzy miesiące nasz stół w jadalni tonął w wydrukach, kartkach z zeszytów w linie, a mój laptop był bez przerwy otwarty na Excelu. Tkwiliśmy po uszy w erze arkuszy kalkulacyjnych. Często nie spałam o 3 nad ranem, z ciążowym brzuchem podpartym czterema różnymi poduszkami, zawzięcie wpisując w wyszukiwarkę hasła takie jak oryginalne imiona dla chłopców, w desperackiej nadziei, że internet po prostu wypluje idealną, magiczną odpowiedź, która uszczęśliwi nas oboje.

Propozycje Dave'a były, szczerze mówiąc, wołaniem o pomoc. Nie mam pojęcia, co dzieje się z facetami, kiedy dowiadują się, że będą mieli syna, ale nagle mój mąż — łagodny księgowy kolekcjonujący stare mapy — zapragnął nazwać nasze dziecko „Maverick”. Albo „Blade”. Pewnego wieczoru, patrząc na niego znad letniego makaronu z serem, powiedziałam: „Mieszkamy na przedmieściach, gdzie naszą największą atrakcją jest przyjazd śmieciarki. Nasze dziecko nie będzie pilotem myśliwca”. Wtedy przeszedł do drugiej skrajności i zaproponował „Buddy”. Że niby jak golden retriever? Nie. Po prostu, nie.

Chcieliśmy czegoś fajnego, ale sensownego; imienia, które brzmi poważnie na podaniu na studia, ale pasuje też do lepkiego, umazanego jogurtem malucha. Przeglądałam te wszystkie prognozy, artykuły w stylu imiona dla chłopców 2025, i czułam, że mózg wypływa mi uszami. Podobno największym hitem jest teraz „eskapizm”. Imiona inspirowane naturą. Forest, River, Caspian, Bear. Teoretycznie brzmi pięknie, ale czułam, że gdybym nazwała mojego syna Bear (Niedźwiedź), to do czwartych urodzin musiałby opanować struganie w drewnie, a ja przecież nawet nie lubię jeździć pod namiot.

Do tego dochodzi ta cała obsesja na punkcie litery X. Axel, Felix, Jaxon, Maddox. Przysięgam, idziesz teraz na plac zabaw, krzyczysz imię z „X” w środku i połowa piaskownicy się odwraca. Czułam ogromną presję. Z jednej strony chcesz, żeby twoje dziecko się wyróżniało, ale z drugiej – nie chcesz, żeby przez resztę swojego życia musiało literować swoje imię bariście w Starbucksie. Krótko mówiąc, nadawanie imienia nowemu człowiekowi jest przerażające, bo w pewnym sensie naznaczasz go na zawsze.

Kiedyś martwiłam się, czy jego imię będzie idealnie pasować do imienia ewentualnego młodszego rodzeństwa, ale bądźmy szczerzy – nikogo tak naprawdę nie obchodzi wasz idealnie dobrany zestaw imion.

Największy błąd: zbyt wczesne zdradzenie listy imion

Gdzieś w drugim trymestrze ciążowe roztargnienie wzięło górę i złamałam absolutnie najważniejszą zasadę przy wyborze imienia dla dziecka. Brzmi ona: nigdy, pod żadnym pozorem, nie zdradzajcie rodzinie swoich typów, dopóki maluch fizycznie nie pojawi się na świecie.

Wydawało nam się, że mamy już dopracowaną listę uroczych imion dla chłopców. Byliśmy akurat na niedzielnym obiedzie u teściowej. Ja byłam tak wyczerpana, że niemal zasypiałam nad talerzem z purée ziemniaczanym, kiedy Dave rzucił mimochodem, że skłaniamy się ku imieniu Silas. Moja teściowa przestała przeżuwać. Powoli odłożyła widelec, posłała mi pełne litości spojrzenie i wypaliła: „Silas? Jak jakiś biedny parobek z czasów Wielkiego Kryzysu?”.

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię i już nigdy stamtąd nie wyjść. Bo widzicie, to jest tak: imiona są kwestią bardzo subiektywną i gdy tylko podrzucicie jakiś pomysł bliskim, od razu skojarzą go z najgorszym łobuzem z dzieciństwa, znienawidzonym byłym chłopakiem albo psem sąsiada. Dzielenie się imieniem zbyt wcześnie to jak dobrowolne wejście pod rozpędzony samochód. Po prostu zachowajcie to dla siebie, dopóki dosłownie nie weźmiecie malucha w ramiona – wtedy nikt nie piśnie ani słowa, bo do imienia będzie "dołączony" wasz uroczy bobas.

Pułapka personalizacji (i kocyk, którego faktycznie potrzebowaliśmy)

Ponieważ tak bardzo stresowałam się wyborem imienia, zaczęłam robić zakupy na rozładowanie napięcia. Na Instagramie ciągle trafiałam na te wszystkie przepiękne, mocno spersonalizowane rzeczy do pokoiku. Ogromne drewniane tabliczki z imieniem, haftowane na zamówienie otulacze... Prawie wydałam ze sto dolarów na robiony na drutach sweterek z napisem "Arthur" na plecach, bo Dave przez dokładnie dwa dni utrzymywał mnie w przekonaniu, że Artur to nasz główny faworyt.

The personalization trap (and the blanket we actually needed) - The messy, exhausting chaos of picking the right baby boy nam

Całe szczęście, że tego nie zrobiłam. Zamiast kupować rzeczy z jego potencjalnym imieniem, zaczęłam wybierać naprawdę dobre, funkcjonalne i urocze produkty, które nas do niczego nie zmuszały. Jedną z najlepszych rzeczy, na jakie trafiłam podczas nocnego przewijania telefonu, był bambusowy kocyk dziecięcy w kolorowe dinozaury od Kianao. Mam na jego punkcie absolutnego bzika! To mieszanka 70% ekologicznego włókna bambusowego i 30% ekologicznej bawełny – jest tak nieziemsko miękki, że najchętniej nosiłabym go jako szalik.

Miałam w głowie tę wizję, jak otulam w niego mojego małego, bezimiennego synka. Poza tym dinozaury są radosne i kolorowe, a przy tym nie wyglądają jak z taniej kreskówki. I wiecie co? Kiedy Leo w końcu się urodził (uwaga, spoiler: daliśmy mu na imię Leo), ten kocyk stał się jego całym światem. Ćwiczył na nim leżenie na brzuszku, ulał na niego chyba z cztery tysiące razy, a kocyk za każdym praniem wyglądał idealnie. I przysięgam, że stawał się wręcz coraz bardziej miękki! Nie znam się na inżynierii materiałowej, ale to czysta magia. Poważnie – odpuśćcie sobie mocno spersonalizowane gadżety, dopóki nie podpiszecie aktu urodzenia, i po prostu kupcie porządny bambusowy kocyk.

(A jeśli Wy też właśnie odwlekacie zajrzenie do Waszych arkuszy z imionami i macie ochotę tylko pooglądać malutkie, urocze rzeczy, po prostu przejrzyjcie jakieś dobrej jakości ekologiczne ubranka dla niemowląt – świetnie koją nerwy!).

Matematyka placu zabaw

Około 34. tygodnia ciąży miałam totalne załamanie w gabinecie lekarskim. Doktor Miller to cudownie bezpośrednia kobieta, która widziała już wszystko, a ja po prostu płakałam, bo wciąż nie mieliśmy imienia dla dziecka. Podała mi chusteczkę i mruknęła coś o tym, że szalona liczba rodziców – chyba z 20 procent – po fakcie żałuje wyboru, bo przed porodem nie zrobili podstawowych kalkulacji dotyczących imienia.

Kazała mi wypisać pełne inicjały. W ogóle o tym nie pomyślałam! Bardzo poważnie braliśmy pod uwagę imiona Thomas Richard... dopóki nie uświadomiłam sobie, że z nazwiskiem Dave'a (Davis) jego inicjały brzmiałyby dosłownie TRD. Od angielskiego „turd” – kupa. Prawie nazwaliśmy nasze dziecko Kupa. Boże drogi.

Do tego dochodzi test placu zabaw. Przeczytałam gdzieś wnikliwą analizę – a może to był po prostu bardzo agresywny post na grupie dla mam, moja pamięć już nie ta – z której wynikało, że aparaty mowy maluchów dosłownie nie mają jeszcze odpowiedniego napięcia mięśniowego, by wymawiać twarde spółgłoski. Więc jeśli dacie swojemu dziecku na imię coś w stylu Axel czy Tucker, to kiedy dwulatek spróbuje wypowiedzieć swoje imię, na bank zabrzmi to tak, jakby na całe gardło wykrzykiwał wulgaryzmy w samym środku czytania bajek w bibliotece.

Wybieranie ubranek pod imię, którego jeszcze nie wybrałaś

Wraz ze zbliżającym się terminem porodu, syndrom wicia gniazda uderzył ze zdwojoną siłą. Zdałam sobie sprawę, że ubranka, które kupowałam, po części wpływały na to, jakie imiona zaczęły mi się podobać. Kupiłam te niesamowite Szorty Retro z Bawełny Organicznej od Kianao w głębokim kolorze mokki. Mają te urocze, sportowe białe lamówki w stylu vintage, a gdy tylko wzięłam je do rąk, wyobraziłam sobie mojego malucha jako miniaturowego opiekuna na obozie z lat 70.

Dressing for the name you haven't picked yet - The messy, exhausting chaos of picking the right baby boy name

Zakochałam się w nich po uszy. Organiczna bawełna z certyfikatem GOTS i odrobiną stretchu to po prostu mistrzostwo świata, bo te niesamowicie pulchne niemowlęce nóżki potrzebują przecież swobody, by pedałować w powietrzu o 3 nad ranem. Patrząc na te fajne, luźne spodenki w stylu retro, uświadomiłam sobie, że nie chcę dla dziecka sztywnego, arystokratycznego imienia. Nie chciałam żadnego "Williama" ani "Edwarda". Chciałam chłopca, do którego pasuje prążkowana bawełna w stylu vintage i bieganie boso po trawie. Chłopca o imieniu Leo, a może Milo. Coś krótkiego, chwytliwego i z radosną nutą.

Podczas tego samego, napędzanego hormonami szału zakupów, dorzuciłam do koszyka również Gryzak Pandę. Szczerze? Jest całkiem okej. Został wykonany z bezpiecznego silikonu spożywczego, co jest super, ale gdy Leo w końcu zaczął ząbkować, zazwyczaj po prostu rzucał nim w naszego kota, zamiast go gryźć. Kot go nienawidził. Ale szorty? Szorty okazały się absolutnym hitem.

Ten moment w sali szpitalnej

Wody odeszły mi w czwartek o drugiej w nocy. Zanim dotarliśmy do szpitala, tabelki z imionami odeszły w całkowite zapomnienie. Torbę do szpitala spakowałam parę tygodni wcześniej, upychając w niej moje ulubione body bez rękawków z organicznej bawełny — co, swoją drogą, uratowało nam życie, bo w sali szpitalnej panowała temperatura zbliżona do powierzchni Słońca, a pielęgniarki wciąż przykrywały nas kolejnymi kocykami. Posiadanie miękkiej, oddychającej, niebarwionej warstwy organicznej bawełny tuż przy jego nowiutkiej, niezwykle wrażliwej noworodkowej skórze było jedyną rzeczą, która uchroniła go przed ogromną potówką.

Po 14 godzinach porodu, kiedy znieczulenie zewnątrzoponowe przestawało działać, a włosy miałam przyklejone od potu do czoła, w końcu położyli mi na piersi tego wrzeszczącego, zaczerwienionego i niesamowicie śliskiego małego ziemniaczka. Dave płakał. Ja cała się trzęsłam. Pielęgniarka spojrzała na nas znad swojej karty i zapytała: „Mamy już dla niego imię?”.

Dave spojrzał na mnie. Nie rozmawialiśmy o tym od trzech tygodni. Po prostu się poddaliśmy. Ale ja spojrzałam w dół na tego maleńkiego chłopca, ciasno owiniętego, mrużącego oczy od ostrego, szpitalnego światła.

„Leo” – powiedziałam. Samo wymsknęło mi się z ust. Tego imienia nie było na szczycie żadnej z modnych list, które sprawdzaliśmy. Nie było to też imię po kimś z rodziny. Ono po prostu do niego należało.

Dave uśmiechnął się, wytarł nos w rękaw bluzy i pokiwał głową. „Leo. Tak. To cały on”.

Wybór imienia dla synka wydaje się najbardziej monumentalną, brzemienną w skutkach decyzją, jaką kiedykolwiek podejmiesz w swoim życiu. Zadręczasz się tym, sprzeczasz z partnerem, gapisz się w sufit w środku nocy, martwiąc się, że dzieciak o imieniu Jasper nie znajdzie w przyszłości pracy w banku. Prawda jest jednak taka, że w sekundzie, w której przychodzi na świat, imię po prostu staje się nim. Wszystkie listy trendów, wykrzykiwanie imienia na próbę na placu zabaw i dopasowywanie inicjałów przestają mieć znaczenie, a ty nagle nie wyobrażasz sobie, żeby twój maluch mógł nazywać się jakkolwiek inaczej.

Gotowa, by zacząć przygotowania na nadejście swojego malucha (nawet jeśli nadal nie masz pojęcia, jak go nazwać)? Sprawdź pełną kolekcję zrównoważonych, niesamowicie miękkich niemowlęcych niezbędników od Kianao, aby idealnie spakować swoją szpitalną torbę.

Moje chaotyczne, ale całkowicie szczere FAQ o wybieraniu imienia dla dziecka

Czy jako drugie imię powinniśmy nadać imię po kimś z rodziny?

Szczerze mówiąc, kiedyś myślałam, że to obowiązkowe, ale wcale tak nie jest. Mój lekarz, dr Miller, powiedział mi, że wielu rodziców traktuje drugie imię jako pewnego rodzaju „koło ratunkowe”. Jeśli wybieracie naprawdę szalone pierwsze imię, bo po prostu je uwielbiacie, nadajcie dziecku tradycyjne drugie imię, żeby miało wybór, kiedy dorośnie. My nadaliśmy Leo drugie imię po Davie tylko po to, by uciąć dyskusję, i uwierzcie, nie pomyślałam o tym imieniu ani razu od dnia podpisania aktu urodzenia.

Kiedy powinniśmy podjąć ostateczną decyzję o imieniu?

Nie spieszcie się! Możecie dosłownie poczekać do momentu, gdy siedzicie na szpitalnym łóżku, a przy drzwiach czeka ktoś z dokumentami do rejestracji i długopisem w ręku. Tak wielu moich znajomych było w 100% pewnych wybranego imienia przez całe dziewięć miesięcy, a kiedy maluch pojawiał się na świecie, nagle okazywało się, że po prostu zupełnie nie wygląda na „Sebastiana”. Zróbcie sobie krótką listę, ale nie podejmujcie ostatecznej decyzji, dopóki nie zobaczycie tej słodkiej, pucułowatej buźki.

Czy to źle, jeśli imię mojego dziecka znajduje się w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych imion?

Sama tak bardzo się tym stresowałam, ale statystycznie rzecz biorąc, imię z top 10 jest dziś znacznie rzadziej spotykane niż imię z top 10 w latach 80. Teraz panuje ogromna różnorodność! Jeśli uwielbiacie imię Liam czy Noah, po prostu je wybierzcie. Jasne, w grupie w przedszkolu może być jeszcze jeden chłopiec o tym imieniu, ale wasz syn na pewno to przeżyje. To imię jest popularne z prostego powodu – jest po prostu świetne.

Jak poradzić sobie z członkami rodziny, którzy nie znoszą wybranego przez nas imienia?

Po pierwsze, nie mówcie im nic, dopóki dziecko się nie urodzi. Serio, powtarzam to do znudzenia! Ale jeśli już wam się wymsknęło, a wasza mama rzuca pasywno-agresywnymi uwagami, po prostu się uśmiechnijcie, weźcie łyk kawy i powiedzcie: „Cóż, całe szczęście, że ty już miałaś okazję wybrać imiona dla swoich dzieci!”. Przejdzie im w sekundę, kiedy tylko zobaczą malucha na żywo. Zawsze tak jest.

Czy powinnam od razu zamawiać personalizowane rzeczy?

Zdecydowanie nie. Wstrzymajcie się z kupowaniem czegokolwiek z trwałym haftem czy grawerem, dopóki dziecko oficjalnie nie przyjdzie na świat i nie zostanie nazwane. Maluchy potrafią się pospieszyć, imiona mogą zmienić się w ułamku sekundy, a uwierzcie mi, nie chcecie zostać z personalizowanym zestawem drewnianych klocków za 250 zł z imieniem „Oliver”, kiedy w ostatniej chwili, w przypływie paniki, nazwaliście go „Finn”. Na początek postawcie na piękne, wysokiej jakości elementy podstawowej wyprawki.