Była dokładnie 6:43 we wtorek rano, a ja stałam w kuchni w polarowym szlafroku z sieciówki, który miał na lewej kieszeni niezidentyfikowaną, zaschniętą plamę (jogurt? pasta do zębów? szczerze mówiąc, wolałam nie wiedzieć). Właśnie nalewałam sobie pierwszą, życiodajną filiżankę mocnej kawy, kiedy moja siedmioletnia córka, Maya, wepchnęła mi pod nos świecącą konsolę z dwoma ekranami.
„Mamo. Muszę skorzystać z komputera. Potrzebuję edytora zapisów, żeby mieć dzidziusie. Natychmiast.”
Tylko na nią popatrzyłam. Mój mózg ledwo pracował na jednym cylindrze. Pomyślałam, że „edytor zapisów” to jakiś bardzo stanowczy redaktor czy coś. I jakie dzidziusie? Mamy czteroletniego Leo, który akurat siedział na podłodze i próbował wsadzić sobie do nosa fragment drewnianego toru kolejowego. Jeśli chodzi o dzidziusie, absolutnie wyczerpaliśmy nasz limit.
Ale nie, ona mówiła o grze Tomodachi Life. Jeśli jakimś cudem ominęło was to specyficzne dzieło od Nintendo, jest to taka dziwaczna, przypominająca gorączkowy sen symulacja życia na konsolę 3DS. Tworzy się w niej małe awatary zwane Mii, a one żyją sobie razem na wyspie. Jedzą spaghetti. Kłócą się. A w końcu, jeśli wystarczająco się polubią, biorą ślub i pytają, czy powinni mieć dziecko.
Ale tu zaczynają się schody. Gra każe ci czekać. W prawdziwym, rzeczywistym czasie. Kiedy powiesz „tak” na dziecko, cyfrowy bocian potrzebuje od dwóch do trzech prawdziwych dni, żeby przylecieć. Trzy dni!
Co to u licha jest Tomodachi i dlaczego ona to hakuje?
Maya była wściekła. Dwoje jej małych wyspiarzy wzięło ślub, pojawiło się małe, różowe serduszko, kliknęła „tak”, po czym gra miała czelność kazać jej czekać.
Pod drugą pachą trzymała mojego iPada i widziałam historię jej przeglądarki. Dosłownie wpisywała w Google „jak szybko mieć babi” i „kody na natychmiastowe babie”. Ma teraz taką dziwną fazę dodawania „e” na końcu angielskich słówek, bo wydaje jej się, że wyglądają wtedy bardziej francusko. Nie wyglądają. W każdym razie chodzi o to, że przekopała internet i odkryła, że nie da się tak po prostu wcisnąć kombinacji przycisków, żeby przyspieszyć czas. Musisz dosłownie zhakować grę.
Wtedy do akcji wkracza mój mąż, Mark. Gorączkowo smarował tosta dla Leo, ale gdy usłyszał „edytor zapisów”, jego uszy komputerowego nerda od razu się podniosły. „O, chce zmodować DS-a” - powiedział z taką obojętnością, jakby właśnie poprosiła o podanie soli, a nie o włamanie się do systemu japońskiej elektroniki użytkowej.
Okazuje się, że dzieciaki na Reddicie i YouTube odkryły, że jeśli zgrasz plik zapisu gry na kartę SD, włożysz ją do komputera i przepuścisz przez darmowy program open-source, możesz ręcznie wywołać narodziny dziecka w ułamku sekundy. Po prostu zmieniasz 0 na 1 w kodzie i bum. Natychmiastowe rodzicielstwo.
Szaleństwo.
Problem z dopaminą i wykład doktora Arisa
Natychmiast poczułam jak zalewa mnie gigantyczna fala matczynego poczucia winy. Czy powinnam jej na to pozwolić? Czy to zrujnuje jej mózg?
Nasz pediatra, dr Aris, powiedział mi na bilansie czterolatka w zeszłym miesiącu, że dzisiejsze dzieci mają absolutnie zerową tolerancję na czekanie, ponieważ ich receptory dopaminy są w zasadzie usmażone przez ciągłą pętlę bodźców z ekranów. Nie do końca rozumiem tę całą neurologię, brzmiało to bardzo skomplikowanie, a on ciągle używał słów takich jak „funkcje wykonawcze” i „odroczona gratyfikacja”. Zrozumiałam z tego tyle, że zmuszanie dzieci do czekania na nagrody w grach ma być dla nich podobno dobre. Buduje cierpliwość. Albo charakter. Albo cokolwiek, co niby powinniśmy w nich budować.
Kiedy miałam siedem lat i chciałam dowiedzieć się, co wydarzyło się w Arturze, musiałam czekać do dokładnie 16:00 następnego dnia. Jeśli przegapiłam odcinek, to go przegapiłam. Tragedia. A teraz Maya chce dosłownie przepisać kod źródłowy gry wideo, bo nie potrafi poczekać 72 godzin, aż zbitek pikseli uformuje się w malutkie, cyfrowe niemowlę.
Ale Mark już chwytał za laptopa. „To edukacyjne, Sarah” - powiedział. „Uczy ją zarządzania plikami”.
Jasne. Oczywiście.
Mój mąż haker i strach przed martwym Nintendo
Usiedli więc przy kuchennej wyspie. Nalałam sobie drugą filiżankę kawy i patrzyłam, jak to wszystko się rozwija. To było przerażające.

Mark przeciągnął kilka plików na kartę SD, używając aplikacji o nazwie Checkpoint i po sprawie. Chwila, wcale nie było to takie proste. Musieli pobrać to całe narzędzie do edycji z repozytorium na GitHubie jakiegoś obcego faceta, a ja stałam tam zlana potem, przekonana, że zaraz przypadkowo ściągną rosyjskiego wirusa ransomware, który zablokuje nam konta bankowe, a wszystko przez to, że Maya chciała, żeby jej Mii miało dziecko.
Jeśli kiedykolwiek się ugniecie i pozwolicie swojemu niecierpliwemu dziecku na coś takiego, na litość boską, usiądźcie z nim przed komputerem i zmuście do zrobienia kopii zapasowej pliku `savedataArc.txt`, zanim zacznie zmieniać losowe linijki kodu. Bo jeśli zepsuje swoją wyspę pełną dziwnych ludzików bez żadnego zabezpieczenia, doświadczycie histerii na nuklearnym poziomie, której nie naprawią żadne ćwiczenia głębokiego oddychania ani poradniki łagodnego rodzicielstwa.
Mówię poważnie. Róbcie kopie zapasowe.
Powrót do świata rzeczywistego
Podczas gdy Mark i Maya siedzieli po uszy w C++ czy w jakimkolwiek innym języku, na którym działa Nintendo, ja próbowałam nakarmić Leo śniadaniem. Leo był akurat w wysoce eksperymentalnej fazie i uwielbiał badać grawitację, zrzucając cały talerz jajecznicy na nasz drewniany parkiet.
W tym miejscu muszę zrobić pauzę i opowiedzieć o jedynej rzeczy, która uratowała moje zdrowie psychiczne tamtego ranka: Silikonowym Talerzyku dla Niemowląt | W Kształcie Misia z Przyssawką. Kupiłam go kilka tygodni temu o 2 nad ranem w przypływie desperackiego przewijania telefonu i muszę przyznać – jest niesamowity. Dosłownie dociskasz go do tacki krzesełka, a on przysysa się jak odkurzacz. Leo łapał za małe silikonowe uszka misia, ciągnął z całą siłą górnej połowy ciała, a talerzyk nawet nie drgnął. Szczerze mówiąc, to jedyna rzecz, która powstrzymuje moje kuchenne podłogi przed zamianą w instalację sztuki współczesnej z rozgniecionego banana i jajek. A do tego można go po prostu wrzucić do zmywarki. Magia.
Miał na sobie również Wodoodporny Śliniak z Motywem Tęczy, który jest... w porządku. To znaczy, tęczowy wzór jest uroczy i na pewno śliniak nie przemaka, ale silikon jest trochę sztywny wokół jego pulchnej szyi, a kieszonka na resztki jest dziwnie głęboka. Zawsze kończy się na tym, że trzy dni później, kiedy zabieram się za jego mycie, znajduję na samym dnie zapomnianego, rozmoczonego chrupka. Spełnia swoje zadanie, ale to nie jest talerzyk z przyssawką. Talerzyk to absolutny hit.
W każdym razie. Wracając do cyfrowych bobasów.
Rozczarowanie, gdy dostajesz dokładnie to, czego chcesz
Mark wcisnął „Zapisz”. Wsunął kartę SD z powrotem do 3DS-a. Maya odpaliła grę, a jej ręce dosłownie trzęsły się z niecierpliwości.

Otworzyła budynek mieszkalny na swojej wyspie. Różowe serduszko tam było. Kliknęła w nie. Bum. Gra jej pogratulowała. Urodziło się nowe dziecko. Mogła je kołysać za pomocą rysika, bawić się z nim w „a kuku” i wybrać mu imię.
Bawiła się nim dokładnie czternaście minut.
Czternaście minut.
Potem odłożyła konsolę na blat, westchnęła i powiedziała: „Teraz jest trochę nudno. To czekanie było chyba najfajniejsze”.
Prawie zakrztusiłam się kawą. Całe to hakowanie. Cały ten stres o zablokowanie konsoli i pobranie wirusów. I sama z siebie zdała sobie sprawę, że pójście na skróty psuje całą frajdę. Spojrzałam na Marka. Tylko wzruszył ramionami i ugryzł swojego zimnego tosta.
Jeśli macie w domu dzieci, które są beznadziejnie przyklejone do ekranów i próbują wymodować sobie drogę ucieczki od nudy, może czas wrócić do namacalnej, fizycznej zabawy. Możecie przejrzeć mnóstwo w pełni ekologicznych, bezekranowych zabawek w kolekcjach drewnianych od Kianao, żeby uratować własne zdrowie psychiczne.
Kiedy prawdziwe życie jest lepsze niż plik zapisu
Patrząc na porzuconego 3DS-a Mayi leżącego obok tostera, poczułam niesamowitą nostalgię za czasami, kiedy była malutkim, mięciutkim noworodkiem. Takim prawdziwym. Takim, które potrzebuje dziewięciu wyczerpujących miesięcy, by urosnąć, a nie trzech dni, i którego na pewno nie da się pobrać w mgnieniu oka z GitHuba.
Spojrzałam w dół na Leo, który w końcu zrezygnował z prób oderwania swojego talerzyka od stołu i teraz radośnie żuł swój Drewniano-Silikonowy Gryzak Króliczek. Technicznie ma cztery lata, to pewnie trochę za dużo jak na gryzak, ale dokuczają mu tylne zęby trzonowe i po prostu lubi strukturę surowego drewna. Poza tym nie zawiera chemii, wygląda niesamowicie estetycznie leżąc na moim stoliku kawowym i zapewnia mu zajęcie. Więc pozwalam mu gryźć w spokoju.
Rodzicielstwo bywa chaotyczne. Niezależnie od tego, czy czekasz trzy dni na narodziny Mii, czy trzy lata, aż twój prawdziwy maluch prześpi całą noc, nie da się tak po prostu przewinąć najtrudniejszych momentów. A nawet gdybyś mogła, pewnie przegapiłabyś całą tę dziwną, frustrującą magię tego wszystkiego.
Więc pozwólcie im grać w ich gry, ale może schowajcie czytnik kart SD. A jeśli potrzebujecie zaktualizować swój prawdziwy, rzeczywisty arsenał dziecięcych gadżetów, żeby przetrwać ten chaos, sprawdźcie pełną kolekcję ekologicznych niezbędników od Kianao, zanim zwariujecie.
Trudne pytania, które prawdopodobnie nadal wam się nasuwają
Czy używanie edytora zapisów w grach Nintendo jest naprawdę nielegalne?
O rany, nie, policja Nintendo nie wyważy wam drzwi. Modyfikowanie gry, którą legalnie posiadacie do własnego użytku, jest całkowicie legalne. Ale to powoduje utratę gwarancji, a jeśli coś zepsujecie, Nintendo na pewno nie pomoże wam naprawić martwej konsoli. Jeśli ekran zgaśnie na zawsze, jesteście zdani wyłącznie na siebie.
Czy edytor zapisów może zawirusować mój komputer?
Jeśli klikniecie w zły link w podejrzanym wątku na Reddicie – absolutnie tak. Pobierajcie narzędzia tylko ze sprawdzonych platform open-source, takich jak GitHub, a nawet wtedy warto uruchomić skaner antywirusowy. Ja nie ufam niczemu w internecie, co obiecuje „natychmiastowe kody”.
Co dzieje się z dzieckiem w Tomodachi Life, kiedy dorośnie?
Dorastanie cyfrowego dziecka zajmuje około tygodnia w czasie rzeczywistym. Potem gra każe wam podjąć decyzję: albo dziecko wprowadza się do własnego mieszkania na wyspie i staje się zwykłym sąsiadem, albo wysyłacie je w „podróż dookoła świata” przez StreetPass. Co w zasadzie oznacza wysłanie go w cyfrową pustkę, bo nikt już nie używa StreetPass. To naprawdę niewiarygodnie przygnębiające, gdy się nad tym zastanowić.
Czy drewniane gryzaki są naprawdę lepsze od plastikowych?
Moim wyczerpanym zdaniem, tak. Plastik po setnym myciu zawsze pokrywa się dziwnym, mętnym nalotem, a ja nigdy do końca nie ufam, jakie chemikalia mogą się z niego ulatniać, gdy moje dziecko gryzie go przez bitą godzinę. Połączenie drewna i silikonu po prostu wydaje się czystsze, nie ma dziwnego zapachu i nie wygląda jak kolorowy, plastikowy śmieć walający się po całej podłodze mojego salonu.
Jak oduczyć dziecko pragnienia natychmiastowej gratyfikacji w grach?
Jeśli to rozpracujecie, proszę, wyślijcie mi maila. Ale na poważnie, doktor Aris mówi, że chodzi po prostu o wyznaczanie granic. Pozwólcie im się złościć, że muszą czekać. Świat się nie zawali, bo siedmiolatka musi poczekać 72 godziny na cyfrowe dziecko. Pozwólcie im poczuć nudę. To podobno dobrze na nie wpływa. Prawdopodobnie.





Udostępnij:
Ile wydać na prezent na baby shower (i nie zbankrutować)
Dlaczego dziwne porady z sieci nie pomogą Ci kupić bezpiecznej lalki