Krąży taki gigantyczny, wierutny mit, że w sekundzie, w której w szpitalu kładą ci na piersi wijącego się, wrzeszczącego noworodka, twój mózg natychmiast kasuje całą wiedzę o popkulturze, by zrobić miejsce na tekst piosenki „Kółka autobusu kręcą się”. Społeczeństwo chyba zakłada, że skoro od 2017 roku nie przespałam pełnych ośmiu godzin, to po prostu nie interesuje mnie nic, co nie jest w pastelowym pudełku albo nie dotyczy psa z kreskówki. Uważam, że to totalna bzdura.

Siedzę właśnie w minivanie na podjeździe, mam na sobie szarą uczelnianą bluzę z tajemniczą, skorupiastą plamą na ramieniu. Z uporem maniaka wmawiam sobie, że to zaschnięty jogurt, ale szczerze mówiąc, to pewnie coś znacznie gorszego. Ukrywam się przed rodziną. Dlaczego? Bo gorączkowo odświeżam telefon, czekając na nowości o premierze albumu Taylor Swift The Life of a Showgirl. Mój mąż Mark uważa, że kompletnie oszalałam, bo od trzech tygodni snuję teorie na temat utworów z krypty, ale nieważne. Ten facet ogląda golfa. Nie ma w tej kwestii prawa głosu.

A kiedy Taylor wypuściła to hasło – wiecie które, cały ten klimat „i to jest właśnie show-biznes, kochanie” – dosłownie zaśmiałam się na głos, strasząc psa śpiącego na fotelu pasażera. Bo jeśli istnieje jakieś zdanie, które idealnie podsumowuje absolutny, niepohamowany cyrk, jakim jest wychowywanie maluchów, to właśnie to.

Absolutny chaos za kulisami

Zastanów się nad tym. Rodzicielstwo to w zasadzie reżyserowanie niskobudżetowej sztuki na Broadwayu, w której aktorzy są kompletnie nietrzeźwi, niestabilni emocjonalnie i odmawiają założenia spodni. Spędzasz godziny na ogarnianiu włosów, twarzy i kostiumów, tylko po to, by wyjść z domu do supermarketu. W końcu zapinasz ich w foteliku, cała koszulka lepi ci się od potu, przekręcasz kluczyk w stacyjce i nagle słyszysz ten dźwięk. Ten nieomylny, przerażający, mokry bulgot z tylnego siedzenia.

Pieluchowa eksplozja o epickich proporcjach. Jest na plecach. Jest na pasach od fotelika. Jest wszędzie.

Po drugim dziecku już się nawet nie złościsz. Po prostu gapisz się tępo w kierownicę, spoglądasz do tyłu na swoje dziecko, które radośnie parska śliną, będąc całe umazane we własnych odchodach, i po prostu myślisz sobie: no cóż, kochanie, taki to już jest show-biznes.

Same zmiany kreacji dorównują trasie koncertowej po stadionach. Przysięgam, że ubieram moją czteroletnią Mayę w te wspaniałe zestawy, a zaledwie siedemnaście sekund później wygląda, jakby przedzierała się przez wiktoriańską kopalnię węgla. Moją absolutnie ulubioną rzeczą, którą jej teraz zakładam, jest to Dziecięce body z organicznej bawełny z falbankowymi rękawkami. Mam na jego punkcie małą obsesję, bo organiczna bawełna bez problemu przechodzi przez jej wielką głowę, nie wywołując przy tym histerii, a do tego jest tak miękka, że sama chciałabym wersję dla dorosłych.

Będę jednak z wami absolutnie szczera – falbankowe rękawki są tak głupkowato urocze, ale próba upchnięcia tych małych skrzydełek w ciasne rękawy zimowej kurtki czy grubego swetra to po prostu nowy krąg piekła. Materiał się podwija, ona krzyczy, ja się pocę, istny dramat. Jeśli mieszkasz gdzieś, gdzie jest ciepło, albo po prostu spędzacie czas w domu, to jest to opcja idealna. Tkanina w praniu jakimś cudem spiera z siebie najgorsze plamy z sosu do spaghetti. Ale nie próbujcie zakładać tego pod ciasne zimowe ciuchy, chyba że chcecie stracić zmysły.

Ten kawałek o najstarszej córce zrujnuje mi życie

Czy możemy przez sekundę porozmawiać o liście utworów? Bo gdy zobaczyłam piosenkę pod tytułem „Najstarsza córka”, to po prostu zapadłam się w sobie. Jestem najstarszą córką. Moja siostra do dziś wspomina, jak w 1999 roku agresywnie sortowałam kolorami rzeczy na naszej wspólnej półce w łazience. Ale patrząc na to teraz z perspektywy mamy, to strasznie trudny temat.

That eldest daughter track is going to ruin my life — Taylor Swift And Baby That's Show Business For You: A Mom's Take

Leo jest moim najstarszym dzieckiem i mimo że jest chłopcem, ma te klasyczne lęki pierworodnego – musi znać plan dnia jeszcze zanim otworzy oczy. Nakładamy taką wielką presję na to pierwsze dziecko, prawda? Kompletnie nie wiemy, co robimy, więc przelewamy na nie całą naszą nerwową energię. Leo przejmuje wszystkie moje paranoje związane z odhaczaniem kamieni milowych rozwoju i organicznym jedzeniem. Tymczasem Maya wcina czerstwą frytkę, którą znalazła pod poduszką na kanapie, a ja na to: wow, spójrzcie tylko na jej umiejętności samodzielnego zdobywania pożywienia.

W każdym razie wiem, że Tay-Tay totalnie mnie zniszczy tą piosenką. Już ostrzegłam Marka, że 3 października może spisać na straty i że będę emocjonalnie niedostępna, bo będę przepracowywać własną traumę z dzieciństwa zmieszaną z poczuciem winy przez to, jak często krzyczę na Leo, żeby założył wreszcie buty.

Jeśli też wpadacie w lekką panikę z powodu swoich rodzicielskich wyborów i potrzebujecie popatrzeć na coś kojącego, co nie doprowadzi was do łez nad upływającym czasem, przejrzyjcie najmiększe organiczne ubranka z kolekcji Kianao. Terapia zakupowa to absolutnie słuszny mechanizm radzenia sobie ze stresem. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.

Kiedy ciągniesz niemowlaka w hałaśliwe miejsca

Skoro wszyscy będziemy puszczać ten nowy album na cały regulator, i ponieważ my, rodzice-milenialsi, nie kochamy niczego bardziej niż przytroczenia sobie dziecka do klatki piersiowej i zabrania go na plenerowy koncert czy do zatłoczonego pubu z rzemieślniczym piwem, musimy porozmawiać o uszach.

Kiedy Leo był niemowlakiem, zabraliśmy go na plenerowy festiwal muzyczny. Byłam w stu procentach jedną z tych mam, które myślą: „oj tam, po prostu narzucę luźno kocyk na jego wózek, a jeśli zrobi się za głośno, to włożę mu do uszu moje AirPodsy”. Wspomniałam o tym jak gdyby nigdy nic naszemu pediatrze, doktorowi Millerowi, na kolejnej wizycie kontrolnej. Facet spojrzał na mnie, jakbym zaproponowała karmienie mojego niemowlaka kwasem akumulatorowym.

Oznajmił mi, że nie mam zielonego pojęcia o czym mówię i wyjaśnił, że niemowlęta mają niezwykle wrażliwe kanały słuchowe. Najwyraźniej medyczny konsensus – który rozumiem tylko w połowie, bo nie jestem naukowcem, lecz humanistką zarabiającą na życie pisaniem o kupach – jest taki, że wszystko powyżej 60 decybeli to fatalna wiadomość dla uszu maluszka.

Żeby nadać temu odpowiednią perspektywę, oto lista rzeczy w moim domu, które zdecydowanie przekraczają 60 decybeli:

  • Blender, gdy w desperacji próbuję zrobić zielone smoothie, którego i tak nikt nie wypije.
  • Pies szczekający na absolutnie nieruchomą plastikową siatkę na podwórku sąsiada.
  • Leo krzyczący wniebogłosy, ponieważ jego kanapka została pokrojona w prostokąty zamiast w trójkąty.
  • Maya śpiewająca cały soundtrack z Vaiany, siedząc w pustym pudle z Amazona dla „lepszej akustyki”.

Więc nie, wasze słuchawki z redukcją szumów dla dorosłych się nie sprawdzą. Nie wtykajcie im do uszu wacików, mając nadzieję, że jakoś to będzie. Jeśli wybierasz się na głośne wydarzenie, kup te masywne, absurdalnie wyglądające słuchawki nauszne dla niemowląt z prawdziwym atestem redukcji hałasu. Tak, dziecko będzie wyglądać jak kontroler lotów. Tak, będzie próbowało je zerwać. W porządku. To część tego przedstawienia.

Dział cateringu wymaga kapitalnego remontu

Naprawdę najtrudniejszą częścią tego codziennego rodzicielskiego spektaklu wcale nie są kreacje ani hałas – to catering. Nakarmienie tych małych primadonn to istny koszmar. Maya ma fazy, w których je wyłącznie rzeczy w kolorze beżowym, a jeśli jej krakersa przypadkiem dotknie coś zielonego, zachowuje się tak, jakbym próbowała ją otruć.

The catering department needs an overhaul — Taylor Swift And Baby That's Show Business For You: A Mom's Take

Kupiłam Silikonowy talerzyk z morsem z nadzieją, że to powstrzyma ją przed miotaniem obiadem po całej kuchni niczym olimpijski dyskobol. Jest... okej. Szczerze mówiąc, jest całkiem niezły. Przyssawka trzyma zdecydowanie lepiej niż te tanie plastikowe miseczki z supermarketu. Talerz jest zrobiony z nietoksycznego silikonu, więc nie mam napadów paniki, wkładając go do mikrofalówki. A małe przegródki są wprost idealne, by trzymać beżowe jedzenie z dala od upiornego zielonego jedzenia.

Ale nie oszukujmy się. Jeśli maluch się uprze, to i tak wygra. Maya rozpracowała, że jeśli wsunie plastikowy nożyk do masła idealnie pod krawędź przyssawki, udaje jej się zlikwidować podciśnienie i mimo wszystko wywrócić całość do góry nogami. Zyskuję w ten sposób może jakieś trzy minuty spokoju więcej, co w przeliczeniu na czas bycia z małym dzieckiem daje praktycznie godzinę, więc biorę to w ciemno.

Regeneracja po spektaklu i pora snu

Kiedy wybija 19:30, światła na scenie gasną, widownia robi się marudna, a ekipa techniczna (ja i Mark) jedzie na oparach. Usypianie to już zupełnie inna, wielka produkcja.

W tym miejscu należą się ogromne oklaski dla Kocyka niemowlęcego z bawełny organicznej we wzór w fioletowe jelenie. Nie przesadzam mówiąc, że ten kocyk uratował moje zdrowie psychiczne. Maya ma gigantycznego bzika na punkcie faktur. Jeżeli coś jest choć trochę szorstkie, dosłownie wzdryga się z obrzydzeniem. A ta podwójna warstwa bawełny organicznej jest tak nieprzyzwoicie mięciutka.

Taszczy go ze sobą dosłownie wszędzie. Kocyk był już wleczony przez błoto w parku, służył jako peleryna, pokrywały go niezidentyfikowane, lepkie substancje, a ja po prostu wrzucam go do pralki na 40 stopni i jakimś cudem wychodzi stamtąd wyglądając jak nowy, a do tego staje się jeszcze bardziej miękki. Nadruk w fioletowe jelonki też ma w sobie coś przedziwnie estetycznego. Większość dziecięcych kocyków ma albo dające po oczach, neonowe kolory, albo są tak blade, że przypominają brudną wodę z mycia naczyń. Tymczasem ten naprawdę ładnie prezentuje się narzucony na moją kanapę, kiedy nie mam siły go składać.

Szczerze mówiąc, kiedy w końcu zasypiają, owinięte w te swoje małe, organiczne kocyki, oddychając głęboko i