Była trzecia nad ranem we wtorek, w listopadzie 2016 roku, a ja siedziałam po turecku na naszym paskudnym, drapiącym, brązowym dywanie w salonie. Byłam w siódmym miesiącu ciąży z Leo, miałam na sobie za dużą bluzę z college'u mojego męża, Dave'a, i ryczałam do zimnego, w połowie pustego kubka z bezkofeinową kawą. Mleko migdałowe się zważyło, więc kawa wyglądała jak woda z bagna, ale i tak ją wypiłam.
Dlaczego płakałam? Bo zgubiłam oczko. Tylko jedno, pojedyncze, głupie oczko w tym ogromnym, puszystym, żółtym potworze, który miał być kocykiem dla dziecka.
Miałam tę całą romantyczną wizję wicia gniazda, rozumiecie? Że będę tą promienną oazą spokoju, matką naturą, która bez wysiłku dzierga arcydzieło, słuchając muzyki akustycznej i popijając ziołową herbatę. Miałam obsesję na punkcie dziergania kocyka dla dziecka. Wszyscy na moim Pintereście to robili. Ale zamiast spokoju, miałam napięciowe bóle głowy, moje nadgarstki dosłownie płonęły, a ja cała byłam pokryta żółtym meszkiem. Totalna katastrofa.
Dave wyszedł z sypialni, przetarł oczy, spojrzał na gigantyczną stertę włóczki, która połykała mnie żywcem, i po prostu powoli się wycofał. Mądry facet.
Incydent z puchatą włóczką z 2016 roku
Żółta włóczka, którą kupiłam, była niesamowicie miękką, włochatą mieszanką moheru. W pasmanterii wyglądała tak luksusowo. Chciałam uzyskać ten gruby, modny efekt dzierganego kocyka, który widuje się na wszystkich zdjęciach minimalistycznych, skandynawskich pokoików dziecięcych.
Kilka tygodni później byłam na rutynowych badaniach u mojej lekarki, doktor Miller. Pokazywałam jej zdjęcia z urządzania pokoiku, a żółty kocyk leżał przewieszony przez łóżeczko. Pochyliła się, zmrużyła oczy patrząc na mój telefon i mimochodem zapytała, co to za włóczka.
Kiedy powiedziałam jej, że to puszysta, włochata mieszanka, rzuciła mi to jedno, konkretne spojrzenie. Okazuje się, że te maleńkie włoski i włókna z taniej lub zbyt puszystej włóczki mogą się bardzo łatwo oderwać. A noworodki, które są w zasadzie malutkimi, bezradnymi, oddychającymi maszynkami, mogą dosłownie wciągnąć te luźne włókna prosto do swoich malutkich dróg oddechowych. Albo je połknąć. O matko.
Wpadłam w totalną panikę. Oblał mnie zimny pot. Wróciłam do domu i wyrzuciłam cały żółty kocyk prosto do kosza w kuchni. Dave w sumie wyłowił go później, myśląc, że wyrzuciłam go przez przypadek, a ja nakrzyczałam na niego, żeby wyniósł to z domu. Więc tak, jeśli marzy Wam się nowoczesny dziergany kocyk dla niemowlaka, błagam Was, na litość boską, nie kupujcie włochatej włóczki. To dosłownie ryzyko zadławienia, o czym nikt Wam nie mówi, gdy stoicie w alejce w pasmanterii, mając wywołane burzą hormonów załamanie nerwowe na widok pastelowych kolorów.
Materiały, w których Twoje dziecko nie będzie się pocić
Porozmawiajmy przez chwilę o samej włóczce, bo po incydencie z żółtym meszkiem czuję się, jakbym dostała honorowy dyplom z włókiennictwa.

Jeśli robicie kocyk, z reguły musicie wybrać między włóknami naturalnymi a syntetycznymi. Syntetyki, takie jak poliakryl czy poliester, są super tanie i występują w milionach kolorów, ale są absolutnie okropne dla niemowląt. Przeczytałam o 2 w nocy na jakimś forum dla mam, że akryl to w zasadzie jak zawinięcie dziecka w plastikową torbę. Noworodki po urodzeniu nie potrafią jeszcze samodzielnie utrzymać stałej temperatury ciała, więc jeśli owiniecie je w plastik, po prostu się przegrzeją i spocą, a potem ten pot staje się zimny – i to takie błędne koło cierpienia. Poza tym ktoś mi powiedział, że akryl uwalnia mikroplastik w pralce? Nie do końca rozumiem naukową stronę tego, jak to trafia do oceanu, ale brzmiało to wystarczająco źle, żebym wolała tego unikać.
W każdym razie, chodzi o to, że potrzebujecie naturalnych materiałów. Bawełna organiczna jest świetna, jeśli rodzicie latem. My zresztą kupiliśmy później kocyk z bawełny organicznej Kianao, kiedy na świat przyszła moja córka, Maya. Szczerze? Jak dla nas był w porządku. To znaczy, jest super miękki i przewiewny, no i uwielbiam to, że ma certyfikat GOTS, więc nie muszę się martwić o jakieś dziwne chemiczne barwniki. Ale Dave pewnego razu wrzucił go do suszarki na wysoką temperaturę – mimo że metka wyraźnie tego zabrania – przez co kocyk trochę się pomarszczył i stracił swój idealny, kwadratowy kształt. Więc jeśli macie partnera, który nie szanuje zasad prania, może lepiej schowajcie go przed nim.
Dlaczego ogromne kocyki są przerażające
Wracając do mojej sagi o dzierganiu. Kiedy żółty meszek wylądował w śmieciach, kupiłam gładką, bezpieczną bawełnianą włóczkę i zaczęłam od nowa. Dosłownie wygooglowałam darmowy wzór na kocyk dla niemowlaka, kliknęłam w pierwszego PDF-a, który mi wyskoczył, i zaczęłam dziergać.
Ale nie miałam pojęcia o skali. Po prostu dziergałam i dziergałam, bo to była jedyna rzecz, która pozwalała mi opanować mój ciążowy niepokój. Zanim zakończyłam brzegi, kocyk miał mniej więcej rozmiar spadochronu. Mogłabym nim przykryć mały samochód.
Kiedy urodził się Leo, szybko zdałam sobie sprawę, jakie to było niebezpieczne. Przykrywasz maleńkie, trzykilogramowe dziecko ogromnym, ciężkim kocem, a on po prostu wszędzie się roluje. Podsuwa się na jego buzię. Dziecko wierzga swoimi małymi nóżkami i nagle jest zawinięte jak burrito zagłady. Doktor Miller mówiła mi, żeby nie trzymać niczego w łóżeczku, by zmniejszyć ryzyko SIDS (zespołu nagłego zgonu niemowląt), więc kocyk i tak był tylko do wózka, ale nawet tam ten wielki spadochron ciągle wkręcał się w koła.
Normalny kocyk dla niemowlaka powinien mieć wymiary około 80x100 centymetrów. Może nawet 70x70, jeśli to noworodek. Jeśli taki dziergacie, przestańcie, kiedy wygląda, jakby mogło go użyć dziecko, a nie dorosły, w pełni rozwinięty mężczyzna.
Dwa triki dla zapalonych dziewiarek
Jeśli jesteście wystarczająco uparte, by faktycznie wydziergać to samodzielnie, są dwie rzeczy, które absolutnie musicie zrobić.

Po pierwsze, używajcie drutów z żyłką. Wiecie, tych dwóch drutów połączonych długą, plastikową rurką? Nawet jeśli dziergacie płaski kocyk, użyjcie ich. Na początku próbowałam używać długich, prostych, drewnianych drutów i w miarę jak kocyk stawał się coraz większy, cały jego ciężar zwisał po bokach moich rąk. Miałam wrażenie, że moje nadgarstki dosłownie się zmiażdżą. Dzięki drutom z żyłką ciężka część kocyka po prostu bezpiecznie leży na Waszych kolanach. To totalnie zmienia zasady gry.
Po drugie, otwór na pasy do fotelika samochodowego. Znajoma z moich zajęć jogi dla ciężarnych powiedziała mi o tym i to był po prostu szok. Kiedy dziergacie, dokładnie na środku kocyka zamykacie kilka oczek i w następnym rzędzie narzucacie je z powrotem, by stworzyć pionowy otwór. Coś jak gigantyczna dziurka na guzik. Dzięki temu możecie przeciągnąć dolny pasek uprzęży fotelika prosto przez kocyk! Możecie bezpiecznie zapiąć dziecko ciasno przy klatce piersiowej, a potem owinąć je kocykiem. Żaden gruby materiał nie plącze się między pasami bezpieczeństwa. Czysty geniusz.
Jeśli czujecie się zainspirowane, ale wolałybyście rzucić okiem na kilka gotowych opcji, żeby złapać proporcje i fakturę materiałów, możecie przejrzeć kolekcję nowoczesnych kocyków niemowlęcych Kianao, żeby zobaczyć, jak tak naprawdę wygląda w 100% bezpieczny kocyk o idealnych wymiarach.
Kiedy trzydzieści godzin to po prostu za dużo
Oto bolesna prawda, której nikt na Pintereście Wam nie powie.
Wydzierganie kocyka dla niemowlaka zajmuje jakieś 20 do 30 godzin. Może więcej, jeśli brakuje Wam koordynacji (tak jak mi) i spędzacie połowę czasu na oglądaniu poradników na YouTubie, próbując ogarnąć, jak podnieść zgubione oczko bez prucia całego tego cholerstwa.
Przy Leo zacisnęłam zęby i dobrnęłam do końca. Stworzyłam spadochron. Ale kiedy cztery lata później byłam w ciąży z Mayą? Absolutnie nie. Uganiałam się za biegającym maluchem, pracowałam na pół etatu i byłam ciągle wyczerpana. Gdybym jakimś cudem dostała 30 wolnych godzin, poświęciłabym je na sen, a nie na walkę z włóczką.
Wtedy właśnie kupiłam dziergany kocyk z wełny merynosów Kianao i naprawdę nie przesadzam mówiąc, że to mój absolutnie ulubiony artykuł dla dzieci, jaki kiedykolwiek miałam. Maya praktycznie w nim mieszkała.
Kiedyś wręcz bałam się wełny, bo myślałam, że będzie potwornie gryząca, ale wełna z merynosów jest niewiarygodnie miękka. Poza tym, wełna ma w sobie ten naturalny wosk, który nazywa się lanolina. To sprawia, że jest niemal wodoodporna! Dosłownie rozlałam całe espresso na kocyk Mayi, gdy spała w nosidełku (nie oceniajcie, byłam skrajnie niewyspana), a kawa po prostu uformowała się w kropelki na powierzchni materiału. Starłam to serwetką i nie został najmniejszy ślad.
Do tego dzięki lanolinie kocyka prawie w ogóle nie trzeba prać. Po prostu wywieszasz go na świeże powietrze, a on oczyszcza się sam. Myślę, że przez cały pierwszy rok życia Mayi praliśmy go może ze dwa razy. Dla wiecznie przebodźcowanej i zabieganej mamy, każda rzecz, której nie trzeba wrzucać do pralki, to wielka wygrana. Trzymał jej ciepełko podczas szwajcarskich zim, a przy tym ani razu się nie spociła. On po prostu idealnie reguluje temperaturę.
Więc posłuchajcie: jeśli dzierganie to Wasza terapia, idźcie w to! Kupcie dobrą, bezpieczną włóczkę, weźcie druty z żyłką i cieszcie się procesem. Ale jeśli na samą myśl o trzydziestu godzinach rzeźbienia kocyka macie ochotę rzucić się z płaczem nad swoją bezkofeinową kawą – po prostu kupcie gotowy, porządny kocyk. W macierzyństwie nikt nie rozdaje medali za cierpienie i męki nad znienawidzonym projektem DIY.
Jeśli wolicie uniknąć stresu i po prostu mieć pod ręką coś w stu procentach bezpiecznego, co nie przegrzeje Waszego malucha, sprawdźcie ekologiczne niezbędniki do snu i wypoczynku od Kianao. Wasze nadgarstki Wam za to podziękują.
Trudne pytania, które zadają wszyscy
Ile włóczki tak naprawdę potrzebuję na kocyk?
O rety, to zależy w stu procentach od grubości włóczki, ale generalnie na standardowy kocyk 80x100 cm potrzeba od 400 do 600 gramów materiału. To zazwyczaj daje od 10 do 12 małych motków. Pamiętajcie jednak, by zawsze kupić jeden zapasowy – jeśli włóczki zabraknie i będziecie musiały wrócić do sklepu, nowa partia farbowania może się minimalnie różnić i skończycie z kocykiem w dwóch różnych odcieniach zieleni. Nawet nie pytajcie, skąd to wiem.
Czy wełna nie jest za gorąca dla noworodka?
Też byłam o tym całkowicie przekonana! Wełna zawsze kojarzyła mi się z grubymi, dusznymi, zimowymi swetrami. Ale moja lekarka wytłumaczyła mi, że wysokiej jakości wełna, jak na przykład merynos, działa dosłownie jak aktywny termostat. Świetnie oddycha i wypuszcza nadmiar ciepła, podczas gdy sztuczne materiały tylko je zatrzymują. Więc odpowiadając na pytanie: nie, dopóki jest to prawdziwa, w 100% naturalna wełna bez domieszki plastiku, Wasz maluch na pewno się nie przegrzeje.
Jaki jest absolutnie najprostszy ścieg do dziergania?
Nie kombinujcie z niczym skomplikowanym. Żadnych warkoczy, żadnych szalonych ażurów. Wystarczy zwykły „ścieg francuski” – czyli w każdym rzędzie robicie dosłownie tylko podstawowe oczka prawe, w kółko to samo. Tworzy to naprawdę fajną, mięsistą i elastyczną strukturę, która i tak wygląda supernowocześnie. W dodatku możecie spokojnie dziergać, oglądając Netflixa, bez obaw, że pomylicie się w nerwowym liczeniu oczek.
Jak sprać ulewane mleko z wełnianego kocyka?
Dobra, na tym właśnie polega magia lanoliny. Przy malutkich ulewaniach szczerze mówiąc po prostu brałam wilgotną szmatkę i od razu to ścierałam. Płyny nie wsiąkają w to tak łatwo. Jeśli to jednak totalna katastrofa (a doskonale wiemy, jak one wyglądają), musicie wyprać go ręcznie w letniej wodzie ze specjalnym płynem do prania wełny. Pod żadnym pozorem nie wykręcajcie kocyka! Trzeba zawinąć go w suchy ręcznik i stanąć na nim, żeby wycisnąć wodę, a na koniec rozłożyć go na płasko na podłodze do wyschnięcia. Jest to trochę upierdliwe, ale przypominam – naprawdę rzadko będziecie musiały to robić.





Udostępnij:
Dlaczego skóra Twojego niemowlaka naprawdę potrzebuje ekologicznych ubranek do regeneracji
Czego nikt Ci nie mówi o centrach aktywności dla niemowląt