Był to przypadkowy wtorek w listopadzie, około 7:14 rano. Stałam w mojej fatalnie oświetlonej łazience dla gości na parterze, mając na sobie dokładnie jedną skarpetkę i o wiele za dużą koszulkę reklamową z plamą po musztardzie na dole. Wpatrywałam się w jaskraworóżową, plastikową butelkę zwykłych witamin prenatalnych, które pachniały sztuczną wanilią i głębokim żalem. Maja była wtedy zaledwie siedmiotygodniowym zbiorem komórek w mojej macicy, ale ja już dorobiłam się ogromnego, wzdętego, ciążowego brzucha od jedzenia bajgli co dwie godziny, byle tylko powstrzymać koszmarne mdłości. Moja kawa — na którą pozwalałam sobie tylko w ilości pół kubka — stygła na brzegu umywalki, a ja autentycznie negocjowałam ze sobą, czy zdołam przełknąć pigułkę wielkości Toyoty Corolli bez puszczenia pawia do najbliższej doniczki.
Szczerze mówiąc, myślałam, że wszystkie witaminy to dokładnie to samo. Taki kolorowy proszek sprasowany w różne kształty przez firmę farmaceutyczną, która akurat w danym roku miała najlepszy budżet marketingowy. Mark, mój mąż, który za każdym razem, gdy się stresuje, wpada w bezdenną otchłań internetowego researchu, wrócił poprzedniego wieczoru do domu i delikatnie skonfiskował moje różowe, waniliowe końskie piguły. Zastąpił je ciężką szklaną butelką MegaFood Baby and Me 2, dumnie ogłaszając, że są zrobione z prawdziwego jedzenia, organicznych pomarańczy i brokułów — zupełnie jakbym chciała myśleć o brokułach o 7 rano, walcząc z odruchem wymiotnym.
Byłam bardzo sceptyczna. Cała ta branża wellness jest po prostu męcząca, a przez połowę czasu płacisz tylko dodatkowe czterdzieści dolarów za ładną, beżową etykietę. Ale im głębiej wchodziłam w temat ciąży, a potem fazy przetrwania w połogu, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że nie mam dosłownie bladego pojęcia, jak naprawdę działa moje własne ciało i czego potrzebuje, by wyhodować człowieka od zera.
Wielkie nieporozumienie z kwasem foliowym, które nie dawało mi spać
Okej, to jest moment, w którym mój mózg całkowicie wysiadł podczas pierwszego trymestru z Mają. Poszłam na wizytę do położnej, ściskając letnią kawę jak koło ratunkowe, a ona mimochodem zapytała, co przyjmuję. Kiedy wspomniałam o zmianie na MegaFood, pokiwała głową z aprobatą i zaczęła mówić o metylowanym folianie w kontrze do kwasu foliowego, co brzmiało dla mnie, jakby rzucała zaklęcie z Harry'ego Pottera.
Wyjaśniła, tym bardzo łagodnym tonem, którego używa się w stosunku do małych dzieci i kobiet w ciąży wyglądających, jakby zaraz miały się rozpłakać, że zwykły kwas foliowy jest syntetyczny. I najwyraźniej istnieje coś takiego jak mutacja genu MTHFR — co, przysięgam, wygląda dokładnie jak jakieś przekleństwo z SMS-a i szczerze mówiąc, powinno nim być — która wpływa na to, jak organizm przetwarza witaminy. Powiedziała, że czytała gdzieś badanie sugerujące, że około czterdzieści procent populacji może mieć jakąś odmianę tego genu. Oznacza to w skrócie, że jeśli bierzesz syntetyczny kwas foliowy, twoje ciało może go po prostu chomikować we krwi i kompletnie nie przekształcać w aktywną substancję, której twoje dziecko faktycznie potrzebuje do rozwoju cewy nerwowej.
Siedziałam tam w papierowym fartuchu, czując, jak zalewa mnie zimny pot. Uświadomiłam sobie, że mogłam łykać te różowe waniliowe pigułki przez miesiące, a moje ciało uparcie odmawiało zrobienia z nich użytku. Witaminy MegaFood zawierają folian metylowany, czyli podobno aktywną formę, której twój organizm nie musi "tłumaczyć" ani przekształcać. Dzięki temu, nawet jeśli masz tę brzydko brzmiącą mutację genu, autentycznie ją przyswajasz. To było jak nagłe uświadomienie sobie, że przez miesiąc próbowałam płacić za zakupy pieniędzmi z Monopoly. Nauka jest przerażająca.
Dlaczego całkowicie się myliłam w sprawie braku wapnia
Ale potem naprawdę przeczytałam tył tej brązowej, szklanej butelki i wpadłam w furię.

Zawołałam Marka z kuchni, trzymając butelkę, jakby obraziła mnie osobiście, i zaczęłam krzyczeć o tym, jak zostaliśmy oszukani przez organiczny, hipisowski spisek witaminowy. Na etykiecie było zero wapnia. Okrągłe zero. Byłam w trakcie fizycznego konstruowania ludzkiego szkieletu we własnym ciele i miałam głęboką świadomość, że jeśli nie będę przyjmować wystarczającej ilości wapnia, ten mały pasożyt po prostu bezlitośnie wyssie go z moich własnych zębów i kości. Wyobrażałam sobie siebie w wieku trzydziestu pięciu lat bez zębów — a to wszystko dlatego, że kupiliśmy luksusowe witaminy z "prawdziwego jedzenia".
Spędziłam godzinę na wściekłym guglowaniu, zajadając się paczką krakersów, knując zemstę na branży naturalnych suplementów i układając w głowie szkic miażdżącej recenzji.
Potem, na kolejnej wizycie, moja położna z uśmiechem poklepała mnie po kolanie i wyjaśniła, że wapń fizycznie blokuje wchłanianie żelaza, więc pakowanie ich razem do jednej pigułki i tak nie ma najmniejszego sensu. Dlatego mądre marki celowo pomijają wapń, żebyś nie nabawiła się tragicznej anemii. Och.
Łykanie dosłownego ogródka i radzenie sobie z konsekwencjami
Powiem tak: ponieważ te rzeczy są zrobione z prawdziwego jedzenia, smakują jak jedzenie. Nie mają tej gładkiej, sztucznie słodkiej otoczki. Mają ten wyraźnie ziemisty, lekko kwaśny, a może lekko słony smak, który przypomina ci dokładnie o tym, czym są — sprasowanymi korzeniami, warzywami i drożdżami. Jeśli potrzymasz je na języku choćby przez dwie sekundy przed połknięciem, poczujesz prawdziwą esencję wilgotnego ogródka.
Butelka dumnie głosi, że można je brać na pusty żołądek, co pewnie jest technicznie prawdą w sensie prawnym. Ale Mark przeczytał na jakimś dziwnym forum dla rodziców, że jakieś osiemdziesiąt pięć procent kobiet ma poranne mdłości, a ja zdecydowanie byłam prezeską tego klubu. Żelazo, jak powszechnie wiadomo, potrafi zmasakrować żołądek, bez względu na to, jak bardzo organiczne były brokuły, z których pochodzi. W końcu odkryłam, że jeśli tuż przed połknięciem witaminy przeżuję jednego z tych żelków z witaminą B6 i imbirem, nie spędzę następnej godziny zwinięta w kłębek na łazienkowym dywaniku, modląc się o koniec świata.
To całe analizowanie tego, co wkładam do swojego ciała, wywołało u mnie swego rodzaju reakcję łańcuchową, jeśli chodzi o to, co zakładałam NA moje dziecko.
Kiedy kilka lat później urodził się Leo, mój niepokój związany z syntetycznymi materiałami oficjalnie przeniósł się z moich witamin na jego garderobę. Szczerze mówiąc, jedynym ubrankiem, które przetrwało jego niekończącą się, przerażającą fazę "wybuchowych" pieluch, było Body Dziecięce z Bawełny Organicznej Bez Rękawów. Kupiłam chyba z sześć sztuk, bo na skórze Leo pojawiała się wściekła, czerwona pokrzywka, kiedy tylko poliester krzywo na niego spojrzał. Ta organiczna bawełna była jedyną rzeczą, przez którą nie drapał się do krwi podczas tej okropnej, lipcowej fali upałów, przez którą przechodziliśmy. Mają też ten genialny pięcioprocentowy dodatek elastanu, dzięki czemu, w razie awarii pieluchy, mogłam ściągnąć body w dół, przez ramiona, zamiast przeciągać całą tę katastrofę przez jego głowę — to cecha, która dosłownie kilka razy uratowała moje zdrowie psychiczne.
Mark, próbując być pomocnym, również mocno wkręcił się w fazę naturalnej estetyki i kupił Drewniany Stojak Edukacyjny Tęcza | Mata z Zabawkami Zwierzątkami. Co prawda wygląda on absolutnie zjawiskowo w naszym salonie i nie wywołuje u mnie chęci wydłubania sobie oczu jak te plastikowe, agresywnie grające i świecące potworności, które mieliśmy przy Mai. Ale szczerze mówiąc, Leo był całkowicie i ostentacyjnie niewzruszony pięknymi, wiszącymi zwierzątkami. Zamiast tego spędził trzy miesiące, próbując doczołgać się po to, by obgryzać bezpośrednio drewniane nogi stelaża. Dzieci są takie dziwne.
W końcu odpuściliśmy sobie próby przekierowania jego uwagi i wręczyliśmy mu w zamian Gryzak Silikonowo-Bambusowy dla Niemowląt Panda, który potem nosił ze sobą przez solidne pięć miesięcy jak święty artefakt, śliniąc jego małe, teksturowane kółeczka imitujące bambus, podczas gdy ja w nieskończoność myłam go w zlewie ciepłą wodą z mydłem, bo bez przerwy upuszczał go do legowiska psa.
Jeśli wy też wpadacie w paranoję na punkcie ekologicznych ubranek i wyprawki i próbujecie rozgryźć, co nie przyprawi waszego dziecka o wysypkę, pewnie powinniście po prostu rzucić okiem na kolekcję organicznej odzieży Kianao, zanim stracicie godziny na wertowanie wyników w Google, tak jak ja.
To dziwne przejście, kiedy naprawdę pozwalają ci wyjść ze szpitala
Kiedy już urodzisz dziecko, nikt ci nic nie mówi. Po prostu wręczają ci tego kruchego, wrzeszczącego ziemniaczka i trochę siateczkowej bielizny, i machają na pożegnanie. Po narodzinach Mai zostało mi pół butelki witamin prenatalnych, a ponieważ kosztowały prawdziwe pieniądze, uznałam, że po prostu będę je brać podczas karmienia piersią, no bo witaminy to witaminy, prawda?

Znowu błąd.
Moja doradczyni laktacyjna przyszła do mnie do domu, akurat kiedy płakałam nad otulaczem, spojrzała na moją butelkę z witaminami i zapytała, czy sprawiają mi frajdę te ostre zaparcia. Bo najwyraźniej twoje ciało po ciąży przechodzi od potrzeby WSZYSTKIEGO ŻELAZA ŚWIATA (jakieś 27 mg) do ułamka tej ilości (około 9 mg) w połogu. Jeśli nadal wpychasz prenatalne dawki żelaza w ciało po porodzie, które właśnie przeszło ogromną traumę, twój układ trawienny po prostu się wyłącza i strajkuje. A to, przy założonych szwach, jest naprawdę przeżyciem traumatycznym na poziomie duchowym.
Wersja postnatalna od MegaFood drastycznie obniża poziom żelaza, ale podbija dawkę witaminy A i choliny, aby wzbogacić mleko matki. Ma też w składzie coś o nazwie liść moringi, który od wieków jest stosowany do wspierania laktacji, chociaż moja wiedza o ziołach ogranicza się do tego, co uda mi się utrzymać przy życiu na moim kuchennym parapecie.
Cholina brzmi jak chemia basenowa, ale nieważne
Podczas wizyty kontrolnej po dwóch miesiącach, mój lekarz mruknął coś o tym, że cholina jest super kluczowa dla pamięci i rozwoju mózgu dziecka. Brzmiało to ważnie, ale szczerze mówiąc, funkcjonowałam wtedy na dokładnie czterech minutach nieprzerwanego snu i byłam zbyt zmęczona na przyswajanie faktów naukowych. Więc po prostu zaufałam, że poporodowe witaminy załatwiają sprawę i przeszłam z tym do porządku dziennego.
W każdym razie, chodzi o to, że musisz jakoś rozłożyć te suplementy w czasie. Bierzesz żelazo rano, do letniej kawy, zostawiasz wapń na czas przed snem, modląc się w międzyczasie, żeby nie zwymiotować — i ostatecznie jakoś wypracowujesz sobie rytm, który powstrzymuje cię przed całkowitym rozpadem na kawałki.
Zanim zagłębisz się w chaotyczną rzeczywistość życia po porodzie, może zechcesz przejrzeć ekologiczne zabawki dla niemowląt i organiczne ubranka basic od Kianao, żeby mieć pod ręką te dobre rzeczy, kiedy naprawdę uderzy cię brak snu.
Moje wysoce nienaukowe, mocno chaotyczne FAQ
Czy naprawdę mogę brać je na pusty żołądek, tak jak jest na etykiecie?
Powiem tak, prawnie mogą to napisać, ponieważ suplementy te pochodzą z pożywienia, ale mój żołądek w pierwszym trymestrze agresywnie się z tym nie zgadzał. Jeśli masz skłonności do mdłości, nie kuś losu. Zjedz pół bajgla, żuj trochę imbiru i może nie przyglądaj się pigułce zbyt uważnie, zanim ją połkniesz. Po porodzie mój żołądek był dużo bardziej wyrozumiały, ale żołądek ciążowy to zupełnie inna, o wiele bardziej wściekła bestia.
Dlaczego smakują jak wilgotny ogródek?
Ponieważ dosłownie składają się z organicznych pomarańczy, brokułów, marchwi i drożdży odżywczych, a nie z syntetycznego proszku laboratoryjnego zmieszanego z aromatem wiśniowym. Kiedy sprasujesz garść ziemistych warzyw w tabletkę, to naturalnie będzie smakować ziemią. Po prostu połykaj szybko i popijaj czymś o wyrazistym smaku, jak sok pomarańczowy czy kawa, o której próbujesz udawać, że nadal jest gorąca.
Czy naprawdę, ale to naprawdę muszę kupować inną butelkę na połóg?
O matko, tak, chyba że aktywnie czerpiesz przyjemność z bolesnych zaparć. Twoje zapotrzebowanie na żelazo drastycznie spada po porodzie, a witaminy prenatalne mają go zdecydowanie za dużo dla karmiącego czy regenerującego się organizmu. Poza tym wersje dla kobiet po porodzie zawierają dodatkowe składniki mające na celu wspomaganie laktacji i walkę z poporodową "mgłą mózgową", które będą ci rozpaczliwie potrzebne, gdy znajdziesz pilota od telewizora w lodówce.
Jak u licha mam pamiętać o tym, żeby brać osobną tabletkę z wapniem?
Przez połowę czasu pewnie nie będziesz pamiętać, a to w końcu kwintesencja współczesnego macierzyństwa. Ale sztuczką, która u mnie w miarę zadziałała, było trzymanie witamin MegaFood obok ekspresu do kawy, by pamiętać o nich rano, a wapnia dosłownie na tubce pasty do zębów wieczorem. Jeśli włożysz je do tej samej szafki, zapomnisz. Musisz położyć je na fizycznej drodze swoich obecnych nawyków.
A co jeśli w ogóle nie mogę przełknąć pigułek?
Produkują wersje w żelkach, ale jest tu jeden ogromny, niesamowicie frustrujący haczyk: witaminy w żelkach prawie nigdy nie zawierają żelaza, bo żelazo smakuje jak zardzewiała moneta i psuje konsystencję żelka. Jeśli zmieniasz suplementację na żelki, bo po pigułkach bierze cię na wymioty (całkowicie to rozumiem!), musisz porozmawiać z lekarzem o tym, skąd wziąć żelazo z innego źródła, w przeciwnym razie skończysz tak wyczerpana, że zaśniesz na stojąco pod prysznicem.





Udostępnij:
Cała prawda o kupowaniu ubranek dla noworodka: chaos i zmęczenie
Nianie gwiazd reality show i panika o 3 rano: jak utrzymać małego człowieka przy życiu