Była 3:14 w listopadowy wtorek, a Maya wrzeszczała z taką pierwotną, rozbijającą szkło intensywnością, że aż fizycznie bolały mnie zęby. Miałam na sobie szary polarowy szlafrok, który pachniał lekko skwaśniałym mlekiem i starą kawą, i gorączkowo podskakiwałam na flakowatej piłce do jogi w ciemnościach, zastanawiając się, co ja u licha zrobiłam ze swoim życiem. Mój mąż wparował do pokoju dziecięcego, rzucił okiem na moje oszalałe, niewyspane oczy i zamiast zabrać dziecko z moich bolących ramion, wyciągnął telefon i odpalił Spotify. Wcale nie playlistę z białym szumem. Wcale nie łagodną, akustyczną kołysankę. Włączył popowy hymn z 1963 roku – "Be My Baby" zespołu The Ronettes.
Dosłownie otwierałam usta, żeby na niego nakrzyczeć za puszczanie skocznego popu z lat sześćdziesiątych w samym środku sytuacji przypominającej porwanie z zakładnikiem, ale wtedy... weszło intro na perkusji. Bum-ba-bum-BUM. Maya mrugnęła. Dołączyły kastaniety, Ronnie Spector zaczęła śpiewać z całego serca, a mój wrzeszczący noworodek po prostu... zamilkł.
Przy drugim refrenie jej spięte, małe ciałko wtuliło się w moją klatkę piersiową. Zanim piosenka się skończyła, już spała. Po prostu gapiłam się na męża w ciemności, zbyt zmęczona, żeby w ogóle się złościć, że zażegnał kryzys przy pomocy girlsbandu, a nie, no wiecie, tradycyjnego rodzicielstwa. Tak czy inaczej, kompletnie oszalałam na punkcie tego, dlaczego ten konkretny utwór podziałał na moje dziecko jak czysta magia.
Co moja pediatra powiedziała o całej tej "ścianie dźwięku"
Kilka tygodni później dowlokłam moją wykończoną, napędzaną kofeiną osobę na bilans dwumiesięczniaka i luźno zapytałam doktor Aris, dlaczego odtwarzanie tego konkretnego utworu działało na moje niemowlę jak znieczulenie, podczas gdy ten niesamowicie drogi, inteligentny kosz Mojżesza nie dawał absolutnie nic. Myślałam, że mnie wyśmieje, ale ona bardzo się zainteresowała i zaczęła mi to wszystko tłumaczyć.
Powiedziała, że to wszystko przez rytm bicia serca. Bębny na początku utworu najwyraźniej naśladują rytm samby zwany "Latin baion", co jest po prostu mądrym określeniem na to, że brzmi on dokładnie jak głębokie, stłumione, rytmiczne dudnienie, które dziecko słyszy przez dziewięć miesięcy w brzuchu mamy. Podobno Brian Wilson z The Beach Boys powiedział kiedyś, że perkusja w tym utworze brzmi dokładnie jak dziecko potrząsające grzechotką – co teraz nabiera tak wiele sensu!
Mówiła też o technice produkcji zwanej "Ścianą dźwięku" (Wall of Sound), w której w malutkim studiu nakładano na siebie chyba milion różnych instrumentów: pianina, gitary, dęciaki, kastaniety. Doktor Aris wspomniała o tym, jak eksponowanie niemowlęcia na tak złożone środowisko dźwiękowe pomaga w budowaniu ścieżek nerwowych, które później przydają się przy nauce mowy. Nie do końca rozumiem procesy neurologiczne stojące za tym, jak tamburyn pomaga mojemu dziecku nauczyć się mówić, ale wiem jedno: otulenie marudzącego niemowlaka gęstym kocykiem harmonijnych dźwięków działa o niebo lepiej, niż to monotonne "szszsz", które próbowałam uskuteczniać o trzeciej nad ranem.
Błagam, nie puszczajcie muzyki z lat 60. na cały regulator w pokoju dziecięcym
Zanim jednak wstawicie zabytkową szafę grającą do pokoju swojego malucha, musimy porozmawiać o głośności. Bo ja zdecydowanie popełniłam ten błąd na samym początku.

Popowe piosenki z lat 60. były mocno i dość agresywnie miksowane, żeby brzmieć dobrze w kiepskich samochodowych radiach AM. Dlatego odtwarzane na nowoczesnym głośniku mogą okazać się bardzo ostre dla ucha. Doktor Aris delikatnie przypomniała mi, że bębenki uszne niemowląt są zbudowane w zasadzie z bibułki i wszelkie ciągłe dźwięki w ich otoczeniu naprawdę nie powinny przekraczać 50 decybeli. A to głośność mniej więcej na poziomie cichej rozmowy albo włączonej zmywarki.
Więc zamiast stawiać głośnik tuż przy łóżeczku i robić mętlik w małej główce, wystarczy zostawić telefon lub głośnik Bluetooth na korytarzu albo na drugim końcu pokoju. Warto też przyciszyć go odrobinę bardziej, niż wydaje ci się to konieczne. Dzięki temu muzyka będzie łagodnie opływać dziecko, a nie je atakować.
Dlaczego nienawidzę nowoczesnych, elektronicznych zabawek
Pozwólcie, że na chwilę zmienię temat. Odkrycie tego triku ze starymi piosenkami uświadomiło mi, jak bardzo, ale to bardzo nie cierpię nowoczesnych, grających zabawek. Wiecie, o które mi chodzi. Te plastikowe keyboardy i świecące, śpiewające żółwie, które wykrzykują agresywnie wesołe i fałszujące piosenki w stronę twojego dziecka, gdy tylko dotknie ono przycisku. Przysięgam, gdy Maya miała pół roku, dostaliśmy w prezencie plastikowego, śpiewającego psa, który potrafił losowo uruchomić się w koszu z zabawkami w środku nocy. Dosłownie miałam ochotę rozwalić go młotkiem.
Te elektroniczne zabawki są potwornie przebodźcowujące i chaotyczne. Nie mają żadnego stałego, kojącego rytmu. Po prostu piszczą, migają i sprawiają, że wszyscy w domu chodzą spięci. Kiedy trzy lata później urodził się Leo, wywaliłam wszystkie zasilane bateriami bzdury do pojemnika z darami i przysięgłam sobie, że w naszym domu stawiamy tylko na naturalne zabawki i prawdziwą muzykę. Mozart jest w porządku, ale szczerze mówiąc, po prostu sprawia, że robię się senna, kiedy o 16:00 już i tak resztką sił walczę o przetrwanie.
Roztańczone ząbkowanie
Zanim na świecie pojawił się Leo, włączanie the Ronettes było po prostu naszą codzienną strategią przetrwania. Ale gdy skończył cztery miesiące, zaczął koszmarnie ząbkować i sama muzyka to było już za mało. Był śliniącym się, rozżalonym kłębkiem nerwów, wpychającym sobie całą pięść do buzi, podczas gdy ja z całej siły próbowałam bujać go w kuchni.

I wtedy właśnie odkryłam Silikonowo-bambusowy gryzak Panda dla niemowląt, który bez wątpienia jest najlepszą rzeczą, jaką dla niego kupiliśmy. Większość gryzaków jest albo za twarda, albo za gruba, by tak małe dziecko mogło je swobodnie złapać, ale ten jest płaski i ma genialną, zróżnicowaną fakturę, w którą z łatwością mógł wbić paluszki. Doskonale pamiętam, jak wkładałam go do nosidła, włączałam naszą ulubioną playlistę z '63 i skakałam po salonie, podczas gdy on zaciekle przeżuwał uszy pandy. Bambusowe wykończenie jest przepiękne, ale co najważniejsze – cała reszta to w 100% silikon spożywczy, więc mogłam bez problemu rzucić go do zmywarki, gdy obkleił się psią sierścią. Trzymaliśmy go w lodówce. Chłodna guma w połączeniu z rytmicznym bujaniem do muzyki była absolutnie jedynym sposobem na to, żebym w tamtym roku przetrwała cały październik.
Mniej więcej w tym samym czasie wypróbowaliśmy też Miękkie klocki sensoryczne dla niemowląt. Szczerze? Były w porządku na tym wczesnym etapie niemowlęcym. Są super miękkie i wolne od BPA, co jest świetne, ale Leo brał je do buzi na jakieś dwie sekundy, po czym z impetem rozrzucał po pokoju. Tak naprawdę zyskały na wartości, gdy miał jakieś dziewięć miesięcy i odkrył, że może je układać w wannie podczas kąpieli. Nie okazały się totalną pomyłką, ale nie zadziałały też od razu jak magia w postaci gryzaka-pandy.
(Jeśli rozpaczliwie szukacie estetycznych, niewymagających baterii sposobów na zajęcie malucha bez popadania w obłęd, możecie rzucić okiem na markę Kianao i ich kolekcję drewnianych zabawek sensorycznych właśnie tutaj.)
Czas na brzuszku wcale nie musi być koszmarem
Kolejną rzeczą, o której nikt ci nie wspomni, jest to, że skoczna muzyka może posłużyć jako idealne przekupstwo w czasie leżenia na brzuszku. Oboje moich dzieci zachowywało się, jakbym wymierzała im najwyższą karę, gdy tylko kładłam ich twarzą w dół na macie. Absolutne, zaryte nosem w podłogę nieszczęście.
Jednak wyrazisty rytm perkusji dał im coś, na czym w końcu mogli się skupić. Kładłam Leo pod jego Drewnianym stojakiem edukacyjnym i włączałam muzykę. Kiedy słyszał to głośne "BUM", próbował podnieść swoją nieporadną, ciężką niczym kula do kręgli główkę, by spojrzeć na wiszącego, drewnianego słonika. Uwielbiam ten pałąk z zabawkami. Nie ma tam żadnych agresywnie migających światełek czy jaskrawych plastików – tylko delikatne, naturalne kolory drewna i ziemi. Wygląda ślicznie w moim salonie i co najważniejsze: daje maluchowi powód, żeby sięgać rączką, gdy tylko wjeżdża refren.
Pojawienie się dziecka tak wiele zmienia i to bywa naprawdę zabawne. Czytasz te wszystkie mądre, grube książki o rozwoju mózgu u niemowląt, kupujesz całą tę kosztowną wyprawkę, a potem pewnej nocy tracisz rozum, uwięziona w ulanym szlafroku i przypadkowo natrafiasz na kawałek historii popkultury, który w 100% się sprawdza. Zamiast więc obsesyjnie szukać idealnej częstotliwości białego szumu i w panice czytać poradniki treningu snu, polecam po prostu włączyć kilka starych przebojów, chwycić w dłoń drewnianą grzechotkę i tańczyć po zabałaganionym domu, aż twoja kawa nareszcie zacznie działać.
Zanim zatopicie się w ten dziwny, rodzicielski świat patentów na niemowlęcy sen, poświęćcie chwilę i sprawdźcie piękną, wolną od baterii kolekcję zrównoważonych zabawek marki Kianao, żeby pomóc sobie w ratowaniu resztek zdrowego rozsądku.
Pytania o dzieci i muzykę z życia wzięte
Czy mogę po prostu włączać biały szum zamiast muzyki?
O rany, pewnie, że tak! Nadal nocami używamy zwykłego generatora szumów, bo oszalałabym, gdybym o 2:00 w nocy musiała wysłuchiwać werbli. Jednak w tych trudnych "godzinach czarownic", gdy w dzieci wstępują demony i nikt nad nimi nie panuje, złożona, wielowarstwowa muzyka działa znacznie skuteczniej na błyskawiczne odwrócenie ich uwagi. Szumisie służą do podtrzymywania snu; dobry, wyrazisty popowy bit – do brutalnego przerwania ataku histerii.
Skąd mam wiedzieć, czy muzyka nie jest za głośna dla mojego dziecka?
Moja złota zasada brzmi: jeśli nie słyszysz bez problemu swojego partnera szepczącego z drugiego końca pokoju, muzyka jest stanowczo zbyt głośna dla niemowlaka. Możesz ściągnąć na telefon darmowe aplikacje mierzące decybele, jeśli jesteś tak samo przewrażliwiona na tym punkcie, jak kiedyś ja. Ale ogólnie rzecz biorąc: głośnik trzymaj z dala od maleńkich uszu i staraj się utrzymać poziom głośności tła muzycznego w przytulnej kawiarni.
Czy puszczanie muzyki z lat 60. sprawi, że moje dziecko prześpi całą noc?
Haha, jasne, że nie. Dosłownie żadne magiczne zaklęcie nie sprawi, że czteromiesięczne niemowlę prześpi całą noc, jeśli właśnie boleśnie ząbkuje, jest głodne albo przeżywa skok rozwojowy. Muzyka ma tylko doraźnie uspokoić ich układ nerwowy w konkretnym kryzysie. Niestety, to jedynie narzędzie pomocnicze, a nie czarodziejska różdżka.
Czy to koniecznie musi być The Ronettes, czy inna muzyka też działa?
Właściwie niemal każda piosenka z bardzo mocnym, wyraźnym, niskim uderzeniem perkusji naśladującym bicie serca prawdopodobnie zrobi swoje! Mam przyjaciółkę, która na kolki swojego dziecka używa hip-hopu z lat 90-tych, i kolejną, której z pomocą przyszło Fleetwood Mac. Liczy się tylko gęsty, powtarzalny i miarowy rytm, by małe szkraby poczuły się bezpiecznie, jak z powrotem w maminym brzuchu.





Udostępnij:
Co mój pediatra powiedział o puszczaniu muzyki Lil Baby przy maluchu
Wyszukanie tekstu „There Goes My Baby” uratowało mi dziś resztki rozsądku