Jest wtorek, 9:43 rano, a ja właśnie używam plastikowej łyżeczki do karmienia, żeby zdrapać jakąś niezidentyfikowaną, skamieniałą substancję ze spodu stołu w jadalni. W tym samym czasie moje dwuletnie bliźniaczki, Florence i Matilda, prowadzą głośną debatę o to, której z nich przypadnie w udziale pusta strzykawka po Calpolu. Mój telefon wibruje gdzieś pod stertą rozrzuconych skarpetek. To wiadomość od firmy, o której w życiu nie słyszałam, okraszona agresywną liczbą błyszczących emotikonów, z pytaniem, czy nie chciałabym zostać „rodzicielską ambasadorką” ich nowej linii bambusowych aspiratorów do nosa. Jeszcze kilka lat temu przewróciłabym tylko oczami i od razu ją skasowała. A dziś? Właśnie kalkuluję, ile darmowych odciągaczy do gili uda mi się od nich tak realnie wyciągnąć.

Lata dziennikarskiego cynizmu

Zanim zostałam mamą, dość surowo oceniałam internetowe ambasadorki marek parentingowych. Przewijałam media społecznościowe, piorunując wzrokiem te idealne matki w nieskazitelnie czystych, lnianych spodniach, trzymające swoje spokojne, wcale-nie-lepiące-się niemowlęta, dyskretnie obracając przy tym w stronę obiektywu logo wózka za dobrych kilka tysięcy złotych. „Sprzedawczyki” – myślałam. „Kto normalny dobrowolnie zamienia własne dziecko w mały, śliniący się słup ogłoszeniowy reklamujący absurdalnie drogie gryzaki?”.

Cóż, przewińmy czas o trzydzieści miesięcy, całkowicie zrujnowany rytm snu i jakieś cztery tysiące zużytych pieluszek do przodu. Powiem Wam jedno: Wasza moralność staje się niezwykle elastyczna, gdy nie przespaliście ani jednej pełnej nocy od 2021 roku. Gdyby teraz jakaś firma zaoferowała mi wysokiej klasy ekspres do kawy w zamian za zdjęcie moich bliźniaków w ich firmowych skarpetkach, nie poprzestałabym na szybkim „tak”. Zapytałabym jeszcze, jakie oświetlenie preferują i czy przed sesją powinnam wyprasować te skarpetki.

Istnieje dziwne przekonanie, że osoby promujące marki dla dzieci śpią na pieniądzach i wiodą luksusowe życie, finansowane w całości przez korporacje produkujące ubranka z organicznej bawełny. Rzeczywistość bycia ambasadorem marki jest jednak o wiele bardziej prozaiczna. To świat zdominowany przez skrajnie wyczerpanych, zwykłych ludzi, którzy po prostu bardzo, ale to bardzo pragną dostać darmowy śpiworek, żeby nie musieć wydawać na niego dwóch stów w drogim sklepie.

Co tak naprawdę się dzieje, gdy marka wpada do Twojej skrzynki odbiorczej

Kiedyś myślałam, że „influencer” i „ambasador” to dokładnie to samo, ale wcale tak nie jest. Tradycyjny influencer to w gruncie rzeczy cyfrowy najemnik. Wpada, zgarnia gotówkę, publikuje idealnie zmontowane wideo o laktatorze, którego użył może dwa razy, po czym znika, by reklamować dietę pudełkową. Z kolei program ambasadorski to bardziej taki luźny, niezobowiązujący związek z marką, którą i tak już lubisz i kupujesz.

Rzadko dostajesz do ręki gigantyczne czeki. Zamiast tego otrzymujesz unikalny kod rabatowy, może 5% lub 10% prowizji, jeśli komuś w ogóle zechce się skorzystać z Twojego linku, i stały dopływ darmowych produktów przez kilka miesięcy. Spędzisz cztery godziny na przesuwaniu mebli, błaganiu malucha, żeby w końcu spojrzał w obiektyw, i montowaniu wideo o krzesełku do karmienia, tylko po to, by na koniec miesiąca zajrzeć do panelu i odkryć, że Twoja wielka wypłata wynosi całe 60 złotych.

Raczej nie spłacisz tym kredytu hipotecznego, prawda? Ale szczerze mówiąc, jeśli próbujesz skompletować wyprawkę i nie zbankrutować, przeglądanie pięknej kolekcji gryzaków jest o niebo przyjemniejsze, gdy to ktoś inny za to płaci.

Policja bezpieczeństwa i beżowa estetyka

Oto coś, o czym nikt nie wspomina, gdy chwalisz się dziecięcą wyprawką w internecie. Nagle musisz stać się paranoicznym ekspertem od bezpiecznego snu i wytycznych pediatrycznych, inaczej ryzykujesz ściągnięcie na siebie gniewu tysięcy nieznajomych.

The safety police and the beige aesthetic — Selling Out: The Messy Reality Of Being A Parent Brand Ambassador

Moja położna spędziła kiedyś czterdzieści pięć minut, tłumacząc mi rzekomo idealny kąt, pod jakim powinno spać niemowlę. Brzmiało to niezwykle naukowo, dopóki nie zorientowałam się, że w dużej mierze po prostu zgadywała na podstawie skserowanej broszury sprzed sześciu lat. Wytyczne dotyczące tego, jak dbać o bezpieczeństwo maluchów, wydają się drastycznie zmieniać w zależności od tego, jakiego eksperta zapytasz i w jakim dniu tygodnia, ale internetowi komentatorzy? Oni nigdy nie mają wątpliwości. Są nieugięci w swoich osądach.

Jeśli opublikujesz zdjęcie pięknego, ekologicznego otulacza, a w promieniu pięciu kilometrów od łóżeczka znajdzie się luźny kocyk, natychmiast w ruch idą widły. Firmy o tym wiedzą, co oznacza, że jeśli je reprezentujesz, nie możesz po prostu przykryć dziecka kocykiem i zrobić szybkiego zdjęcia. Musisz skrupulatnie zaaranżować otoczenie, aby idealnie pasowało do aktualnych wytycznych dotyczących bezpiecznego snu, ogałacając łóżeczko do zera, aż będzie wyglądać mniej jak przytulny kącik malucha, a bardziej jak minimalistyczna cela w bardzo modnym komisariacie policji.

Dzieci jako mali ambasadorzy marek

To jest ta część całego tego zamieszania, której wciąż nie potrafię ogarnąć.

Wrzucenie zdjęcia wózka to jedno, ale wciąganie w to wszystko swojego malucha to już zupełnie inna bajka. Istnieje cała subkultura wokół wizerunku dzieci w sieci, w której rodzice zachowują się de facto jak pełnoetatowi agenci swoich półtorarocznych pociech. Widzisz te dzieci, wpatrzone pustym wzrokiem w lampy pierścieniowe, ubrane w musztardowe ogrodniczki wyprodukowane w duchu zrównoważonego rozwoju, podczas gdy ich mama szaleńczo macha zza kamery piszczącą zabawką, by wymusić uśmiech. To jest po prostu bardzo dziwne. Zasiłki macierzyńskie bywają ponurym żartem, więc jeśli wrzucenie uroczego filmiku, na którym maluch wsuwa chrupki marchewkowe, pozwala ci zapłacić rachunek za gaz, to chwała ci za to. Jednak moralna ekwilibrystyka, jakiej wymaga spieniężanie kolejnych kamieni milowych własnego dziecka, jest dla obserwatora po prostu wyczerpująca. Granice mocno się zacierają, gdy etap odpieluchowania twojego malucha zostaje nagle sponsorowany przez firmę produkującą ekologiczne chusteczki.

Przepisy w tym zakresie mają w założeniu chronić dzieci – mamy tu ograniczenia wiekowe na platformach i niejasne prawo dotyczące pracy małoletnich, które próbuje nadążyć za erą cyfrową. Bądźmy jednak szczerzy: zmuszanie dwulatka do entuzjastycznej zabawy ekologicznym, drewnianym klockiem, kiedy ten ma akurat ogromną ochotę polizać ekran telewizora, to zwykła walka z wiatrakami. Jeśli myślisz, że małe dziecko dostosuje się do twojego briefu kreatywnego, to żyjesz w kompletnej iluzji.

Dlaczego w końcu porzuciłam swoją dziennikarską rzetelność

Wytrzymałam dwa lata. Odmawiałam oznaczania jakichkolwiek marek. Płaciłam pełną cenę za każdy kawałek bezużytecznego plastiku, który trafiał do mojego domu. A potem zgubiłam czwarty smoczek w ciągu trzech dni.

Why I finally compromised my journalistic integrity — Selling Out: The Messy Reality Of Being A Parent Brand Ambassador

Wpadł prosto do kałuży czegoś, co – jak desperacko miałam nadzieję – było tylko błotnistą deszczówką pod lokalnym Tesco. Podniosłam go, spojrzałam na piach przyklejony do silikonu i dotarło do mnie, że osiągnęłam absolutny punkt krytyczny. Kiedy tydzień później odezwała się do mnie firma z propozycją podesłania kilku rzeczy w zamian za wzmiankę na moim żenująco zaniedbanym blogu, moje wzniosłe, cyniczne ideały natychmiast wyparowały.

Co prowadzi mnie do brutalnie szczerej oceny kilku gadżetów, z którymi ostatecznie wylądowaliśmy, a konkretnie przenośnego silikonowego etui na smoczek od Kianao.

Będę z wami szczera. Większość z tych etui to kompletna porażka. To nieporęczne plastikowe kule, których nie da się otworzyć jedną ręką, trzymając wrzeszczące dziecko, i które pękają w momencie, gdy upuścisz je na chodnik. Ale to silikonowe jest naprawdę genialne. Bezpiecznie zapina się na pasku mojej okropnie poplamionej torby do wózka, otwiera się, gdy je lekko ścisnę, a co najważniejsze – chroni smoczek przed pokryciem się tą tajemniczą, niemożliwą do usunięcia warstwą kłaczków z dna torby. Można je myć w zmywarce, a to zdanie przynosi mi obecnie więcej radości, niż chciałabym przyznać.

Z drugiej strony, musimy porozmawiać o drewnianych stojakach edukacyjnych. Kianao ma je w ofercie i obiektywnie rzecz biorąc, są przepiękne. Zrobione z przyjemnych materiałów, wyglądają fantastycznie w neutralnym salonie i aż krzyczą "jestem oazą spokoju i ekologicznym rodzicem". Ale bądźmy przez chwilę całkowicie szczerzy. Moje bliźniaki patrzyły na swój stojak przez mniej więcej trzy minuty, gdy były niemowlakami, po czym uznały, że karton, w którym przyszedł, jest o niebo lepszy. To naprawdę fajna rzecz, ale u nas w zasadzie tylko stała w kącie pokoju, pełniąc funkcję bardzo drogiej przeszkody, o którą można się potknąć, dopóki dzieci nie nauczyły się chodzić.

A więc masz ochotę spróbować swoich sił?

Jeśli mój całkowity brak godności zainspirował Cię do spróbowania zdobycia darmowych gadżetów, najlepszym sposobem jest sklejenie na szybko jednostronicowego media kitu w formacie PDF na Canvie – najlepiej podczas drzemki malucha – i wysyłanie maili w ciemno do ulubionych firm, zamiast czekać, aż same w magiczny sposób odkryją Twój profil na Instagramie.

Naprawdę nie potrzebujesz do tego pięćdziesięciu tysięcy obserwujących. Marki tak naprawdę wolą tak zwanych „mikroinfluencerów”, co w agresywnym żargonie marketingowym oznacza po prostu „zwykłych ludzi, których znajomi faktycznie słuchają ich poleceń”. Zazwyczaj wystarczy być po prostu trochę autentycznym i zadawać sobie trud odpowiadania ludziom na komentarze, żeby postawić ten pierwszy krok.

Tylko pamiętaj, żeby dokładnie czytać to, co napisane małym drukiem, zanim cokolwiek podpiszesz. W przeciwnym razie możesz się prawnie zobowiązać do publikowania trzech bardzo entuzjastycznych TikToków w tygodniu o kremie na brodawki marki, której nawet nie lubisz. Weź głęboki oddech, pogódź się z tym, że Twój salon zaraz zamieni się w mocno zabałaganione studio produkcyjne, i koniecznie sprawdź pełną ofertę ekologicznych produktów Kianao, zanim zaczniesz pisać te maile z propozycjami współpracy.

Pytania, które często słyszę, gdy jestem cały w marchewkowym purée

Czy naprawdę warto zadawać sobie tyle trudu, by reprezentować markę?
Jeśli autentycznie uwielbiasz robić zdjęcia i masz już absolutnego bzika na punkcie danego produktu – tak. Jeśli robisz to tylko po to, by dostać darmowy śliniak za kilkadziesiąt złotych, absolutnie nie. Ilość czasu, jaki spędzisz na próbach złapania dobrego światła, podczas gdy Twoje dziecko aktywnie próbuje zjeść kwiatek doniczkowy, nie jest warta nawet minimalnej krajowej.

Czy muszę pokazywać twarz mojego dziecka w internecie?
Wcale nie. Osobiście wprost uwielbiam, gdy rodzice tego nie robią. Możesz z łatwością skupić się na produkcie, pokazać tył główki albo po prostu sfilmować te urocze, pulchne rączki chwytające zabawkę. Marka, która wymaga pełnej widoczności twarzy Twojego dziecka, to i tak prawdopodobnie nie jest firma, z którą chcesz współpracować.

Co, jeśli produkt, który mi przysłali, naprawdę mi się nie podoba?
To ta niezręczna część. Zazwyczaj po prostu wysyłam im maila, dziękuję za rzecz i grzecznie wyjaśniam, że u nas się nie sprawdziła, więc nie pokażę jej na profilu. Nie kłam i nie mów, że przeciekający kubek niekapek jest genialny, tylko po to, żeby ich zadowolić. Znajomi, którzy kupią go z Twojego polecenia, nigdy Ci tego nie wybaczą.

Czy ojcowie naprawdę mogą dostać takie zlecenia, czy to raczej sprawa dla mam?
Oczywiście, że możemy, choć poprzeczka jest dla nas zawieszona obraźliwie nisko. Jeśli tata opublikuje w miarę sensowny filmik, na którym składa wózek, internet traktuje go jak boga rodzicielstwa. Marki desperacko pragną treści tworzonych przez ojców, bo przełamują one niekończące się morze estetycznej perfekcji mam.

Jak radzisz sobie z podatkami od darmowych gadżetów dla dzieci?
Słuchajcie, jestem tylko zmęczonym autorem tekstów, a nie księgowym. Ale ogólnie rzecz biorąc, jeśli dostajesz ekskluzywne wózki warte grube tysiące i bierzesz wynagrodzenie w gotówce, skarbówka w końcu się o to upomni. Jeśli po prostu od czasu do czasu wpada Ci darmowa paczka chusteczek z bawełny organicznej, nikogo to nie obchodzi. Prawdopodobnie.