Jest 3:14 w nocy. Żółte światło kuchennego okapu rzuca długie, dramatyczne cienie na blat, a mój lewy rękaw jest całkowicie przesiąknięty letnią, kwaśno pachnącą od mleka wodą, bo nie podwinąłem go wystarczająco wysoko. Gapię się tępym wzrokiem na zlew, w którym leży dokładnie szesnaście butelek Dr. Brown's. Jeśli wiecie cokolwiek o butelkach antykolkowych tej marki, to wiecie, że każda z nich składa się z mniej więcej siedemdziesięciu czterech oddzielnych plastikowych elementów, które trzeba rozebrać, wyszorować specjalną malutką szczoteczką (która nieuchronnie pryska wodą z płynem prosto w oko), a potem pieczołowicie złożyć z powrotem.
Moje dziewczynki-bliźniaczki zużywają ich szesnaście dziennie. Sama ilość plastiku w moim zlewie wygląda mniej jak efekt harmonogramu karmień, a bardziej jak wrak maleńkiej, przezroczystej fabryki Lego. Stoję tam, agresywnie pompując płyn do naczyń na gąbkę, kwestionując każdy życiowy wybór, który doprowadził mnie do tego mokrego, nieszczęsnego momentu.
Tak wyglądało moje wcześniejsze życie. W tych „dawnych czasach” miałem naiwną, filmową wizję ojcostwa, w której myślałem, że będę czytał dzieciom Dickensa przy kominku, zupełnie nieświadomy, że moim głównym zajęciem będzie po prostu funkcja „myjacza mikroskopijnych, silikonowych zaworków z wiecznie mokrymi rękami”. Naprawdę wierzyłem, że butelka dla dziecka to po prostu naczynie – płuczesz ją, może wrzucasz do zmywarki z talerzami po obiedzie i zapominasz o sprawie.
Nasza położna środowiskowa mruczała coś pod nosem w pierwszym tygodniu po powrocie do domu, że zaleca się sterylizację całego sprzętu do karmienia niemowląt (a może chodziło tylko o wcześniaki, albo może mówiła, że do szóstego miesiąca życia? Ulotki, które dostajesz w szpitalu, zlewają się w jedno, kiedy funkcjonujesz po dwóch godzinach snu i przetrwasz wyłącznie na zimnych tostach). Pamiętam tylko, że kiwałem ze zrozumieniem głową i myślałem, że będę je wygotowywać w garnku, jak w starych filmach, kiedy ktoś rodzi w stodole. To rustykalne podejście przetrwało dokładnie jeden dzień, zanim omal nie puściłem z dymem naszego londyńskiego mieszkania.
Potem nastąpił przełom. Moja żona, w stanie skrajnego niewyspania i majaczenia, podsunęła mi pod nos telefon, żeby pokazać mi filmik z urządzeniem Baby Brezza Bottle Washer Pro. Wyglądało to jak drukarka 3D skrzyżowana z bardzo agresywnym ekspresem do kawy. Obiecywało mycie, sterylizację i suszenie butelek w pełni autonomicznie. Zamówiliśmy to natychmiast, przekonani, że rozwiąże to każdy problem w naszym małżeństwie.
Teraz, po sześciu miesiącach posiadania tej bestii, mogę wam śmiało powiedzieć, że nasze „życie po” to nie do końca bajka – to po prostu zupełnie inny, nieco droższy rodzaj skomplikowania.
Majestatyczna, nieco irytująca rzeczywistość robota nablatowego
Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz: to urządzenie jest absolutnie gigantyczne. Kiedy wyciągasz Baby Brezza z pudełka, nagle zdajesz sobie sprawę, że musisz poświęcić mniej więcej połowę wolnego miejsca na blacie w kuchni. To imponujący, futurystyczny obelisk, który góruje nad tosterem i sprawia, że czajnik wygląda przy nim żałośnie.
Założenie jest genialne, ale wykonanie wymaga, żebyś dostosował całe swoje życie do jego specyficznych dziwactw. Ponieważ jestem drobiazgowy i zmęczony, przygotowałem listę rzeczy, które wygodnie pomijają w tych wszystkich błyszczących, marketingowych filmikach:
- Przygnębiający limit czterech butelek: Mieści maksymalnie cztery butelki naraz. Mam bliźniaki. Cztery butelki to w naszym domu dosłownie jedno karmienie. To oznacza, że maszyna chodzi prawie bez przerwy, bucząc w tle mojego życia jak mały, wilgotny samolot podrywający się do lotu.
- Wymagana inżynieria precyzyjna: Nie można po prostu wszystkiego wrzucić do środka. Maszyna opiera się na dwudziestu kierunkowych dyszach wodnych pod wysokim ciśnieniem. Jeśli nie ułożysz butelki czy części laktatora idealnie nad odpowiednią dyszą, 88 minut później po otwarciu drzwiczek znajdziesz ciepły, mokry, głęboko niehigieniczny osad z zaschniętego mleka, który będzie się z ciebie naśmiewał.
- Górna półka, która jest jakimś żartem: Górna sekcja ma trzymać nakrętki, smoczki do butelek i uspokajacze, ale jest tak ciasna, że próba wciśnięcia czegokolwiek o nieco dziwnym kształcie (jak lejek laktatora) staje się grą w Tetrisa o wysoką stawkę, która zazwyczaj kończy się tym, że jakiś plastikowy element wystrzeliwuje przez cały pokój i wpada prosto do psiej miski z wodą.
Ale największym szokiem dla systemu, rzeczą, która autentycznie nawiedza mnie na jawie, jest kwestia wody.
Bycie zakładnikiem malutkich tabletek z detergentem i ciężkich zbiorników na wodę
Ponieważ urządzenie nie wymaga podłączenia do instalacji wodnej – co, mówiąc uczciwie, oznacza, że mógłbyś je podłączyć obok łóżka, jeśli bardzo byś chciał, żeby w sypialni pachniało gorącą parą i starym mlekiem – z tyłu ma dwa niezależne zbiorniki na czystą i brudną wodę.

Po pierwsze, jeśli mieszkasz w miejscu z twardą wodą, musisz używać wody destylowanej. W przeciwnym razie twoje butelki wyjdą pokryte mętnymi, kredowymi plamami mineralnymi, przez co będą wyglądać, jakby wyłowiono je z dna Tamizy. Obecnie kupuję wodę destylowaną w hurtowych ilościach, tachając wielkie plastikowe baniaki na trzecie piętro, jak paranoiczny preppers szykujący się na niezwykle specyficzną apokalipsę.
No i jest jeszcze zbiornik na brudną wodę. O, ten zbiornik... Za każdym razem, gdy uruchamiasz cykl, wypełnia się szarą, mętną ściekową wodą. Musisz ręcznie odczepić ten zaskakująco ciężki, chlupoczący plastikowy pojemnik, zanieść go do zlewu, opróżnić i przepłukać po każdym jednym użyciu. Jeśli zapomnisz, maszyna po prostu mruga na ciebie wściekle na czerwono i odmawia współpracy, stojąc w niemym potępieniu twoich rodzicielskich porażek.
A jeszcze nawet nie wspomniałem o dedykowanych tabletkach. Nie możesz po prostu wcisnąć tam trochę płynu do naczyń, nie możesz też przełamać na pół standardowej tabletki do zmywarki. Jesteś zmuszony do kupowania specjalnych, malutkich tabletek Baby Brezza. Kosztują małą fortunę, a w momencie, gdy się skończą, twój drogi nablatowy robot staje się tylko bardzo dużą, bardzo bezużyteczną rzeźbą sztuki nowoczesnej.
Cykl suszenia gorącym powietrzem z filtrem HEPA działa znakomicie i tu nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.
Kiedy nie piją, to żują
Oczywiście mniej więcej w czasie, gdy w końcu opanujesz czarną magię załadunku myjki do butelek, dzieci zaczynają ząbkować. A to oznacza, że już nie tylko myjesz butelki – myjesz wszystko, co potrafią ci wyrwać z rąk i wepchnąć do buzi. Klucze, piloty od telewizora, ogon psa i prawdziwe gryzaki.
Próbuję wrzucać ich gryzaki do maszyny, żeby je wysterylizować, ale twarde silikonowe kształty nie zawsze ładnie pasują na małe dysze. Zgromadziliśmy ogromną kolekcję rzeczy do żucia, żeby dziewczynki nie zniszczyły mi resztek zdrowia psychicznego, i mam na ich temat bardzo zdecydowane zdanie.
Moim absolutnym wybawieniem jest teraz Silikonowy gryzak dla niemowląt Wiewiórka. Nie wiem, o co chodzi z tą konkretną miętowo-zieloną wiewiórką, ale bliźniaczki wczoraj się o nią pokłóciły, co skończyło się drobną bójką na macie do zabawy. Ten mały żołądź z boku ma podobno dokładnie taki kształt i gęstość, jakie są potrzebne, żeby dotrzeć do tych strasznych tylnych trzonowców, które właśnie próbują przebić się przez dziąsła mojej córki. To w 100% bezpieczny silikon spożywczy, więc nie muszę się martwić o jakieś dziwne chemikalia, gdy mała gryzie go przez bite trzy godziny, a do tego jest w zasadzie niezniszczalny.
Mamy też Gryzak Rolka Sushi. Będę z wami szczery – jest okej. Wygląda jak mała rolka nigiri, co – jak mocno podejrzewam – jest ukłonem wyłącznie w stronę millenijnych rodziców, desperacko próbujących zachować pozory nietuzinkowej osobowości. Niemowlaki na pewno nie wiedzą, co to jest maki, ani nie obchodzą ich walory estetyczne japońskiej kuchni. Żują to, nie rozpadło się i nie ma BPA, więc spełnia swoje zadanie, nawet jeśli czuję się trochę absurdalnie, wręczając mojemu płaczącemu dziecku sztuczny kawałek surowej ryby.
Moja wysoce niekompetentna opinia medyczna na temat pary
Producent twierdzi, że maszyna wykorzystuje naturalną parę o temperaturze 100°C, aby zabić 99,9% bakterii i wirusów. Jestem byłym dziennikarzem, a nie mikrobiologiem, więc zazwyczaj po prostu wpatruję się w parę unoszącą się z otworów wentylacyjnych i mam nadzieję, że robi to, co jest napisane na opakowaniu.

Kiedy poruszyłem temat sterylizacji podczas dość gorączkowej, wynikającej z niewyspania rozmowy telefonicznej z naszym lekarzem pediatrą o tajemniczej wysypce (która okazała się po prostu rozgniecionymi jagodami), on tylko westchnął ciężko i powiedział mi, że zachowanie czystości jest ważne dla ich rozwijającego się układu odpornościowego, ale zasugerował też, żebym nie doprowadzał się do obłędu, próbując stworzyć z kuchni sterylną salę operacyjną.
Nie do końca rozumiem, jak działa filtr HEPA wyłapujący unoszący się w powietrzu kurz i pyłki, zanim przedmucha nim mokre butelki, ale wiem, że po zakończeniu cyklu wyciągam stamtąd idealnie czyste i piekielnie gorące w dotyku naczynia. Daje to mglistą, pocieszającą iluzję, że skutecznie chronię moje dzieci przed niewidzialnymi mikroskopijnymi potwornościami tego świata, nawet jeśli resztę popołudnia spędzają na lizaniu paneli podłogowych.
Ostateczny werdykt od zmęczonego faceta w zabałaganionej kuchni
No więc na czym stoimy? Czy myjka do butelek Baby Brezza jest warta oddania miejsca na blacie, kupowania dedykowanych tabletek i ciągłego tachania brudnej wody?
Jeśli karmisz wyłącznie odciąganym mlekiem lub masz wcześniaka, przy którym lekarz napędził ci niezłego stracha na punkcie sterylizacji – to tak, urządzenie przekracza granicę między luksusem a absolutną koniecznością. Uratuje twoje dłonie przed pękaniem i krwawieniem od ciągłego kontaktu z gorącą wodą z płynem.
Jeśli jednak używasz butelki tylko okazyjnie, ograniczona pojemność i niekończąca się praca fizyczna przy opróżnianiu zbiornika mogą sprawić, że zwykła zmywarka lub tanie woreczki do sterylizacji w mikrofalówce okażą się znacznie lepszym wyborem dla twojego zdrowia psychicznego. Skończysz prawdopodobnie na gromadzeniu baniaków z wodą destylowaną, próbując jednocześnie pamiętać o wylewaniu tej zaskakująco ciężkiej brudnej wody, zanim maszyna na ciebie nakrzyczy – a wszystko to podczas gorączkowych prób przechylania wklęsłych części laktatora tak, by woda nie zbierała się na dnie.
Tak czy inaczej, dzieci obudzą się za dwie godziny, zlew jest w tym momencie pusty, a ja traktuję to jako moje wielkie, choć ulotne zwycięstwo.
Jeśli szukasz czegoś, co zajmie maluchy, podczas gdy ty będziesz zajęty opróżnianiem zbiorników na brudną wodę, przejrzyj drewniane stojaki edukacyjne od Kianao, zanim całkowicie stracisz zmysły.
Szczery FAQ bez owijania w bawełnę
Czy naprawdę muszę używać ich specjalnych tabletek?
Niestety tak. Spędziłem godzinę na Reddicie, próbując znaleźć jakiś trik na użycie zwykłego proszku do zmywarek, ale ogólny konsensus jest taki, że normalne środki za bardzo się pienią i dosłownie sprawią, że maszyna przeleje i zwymiotuje pianą na całą kuchnię. Po prostu kup te drogie tabletki i popłacz sobie cichutko nad ich ceną.
Czy zmieszczą się moje gigantyczne części od muszli laktacyjnych?
Ledwo. Jeśli używasz czegoś w stylu laktatorów bezprzewodowych typu Elvie czy Willow, standardowe wypustki są wręcz irytująco źle zaprojektowane pod ich lejki. Musisz dokupić zupełnie oddzielne akcesorium w postaci „Koszyczka na laktator”, jeśli nie chcesz za każdym razem spędzać dziesięciu minut na frustrującej grze w układanie wieży z klocków.
Czy zbiornik na brudną wodę śmierdzi?
Jeśli zostawisz go na dzień bez opróżniania, pachnie dokładnie jak opuszczona kawiarnia, którą ktoś zalał skwaśniałym mlekiem. Musisz go wylewać natychmiast. Nie pozwalaj mu stać, bo pożałujesz tego w chwili, gdy w końcu odkręcisz korek.
Czy muszę płukać butelki przed włożeniem?
Marketing mówi, że nie, ale moje doświadczenie krzyczy: absolutnie tak! Jeśli zostawisz w butelce grubą warstwę zaschniętego mleka modyfikowanego, dysze co prawda je zmyją, ale cały ten obrzydliwy białkowy osad wyląduje w filtrze maszyny, który potem będziesz musiał wyskrobywać paznokciami. Zaufaj mi i po prostu opłucz je szybko pod kranem.
Czy mogę po prostu włożyć do środka własne kubki po kawie?
Nie będę kłamał, rozważałem to podczas szczególnie mrocznych poranków, gdy wszystkie kubki były brudne. Biorąc jednak pod uwagę, że cykl trwa 88 minut i mieści objętość mniej więcej czterech malutkich buteleczek, o wiele lepiej wyjdziesz na szybkim umyciu kubka ręcznie. Zostaw tego robota na sprzęt dla dziecka.





Udostępnij:
Dziwny oddech noworodka: instrukcja obsługi układu oddechowego
Jak przetrwać z bliźniakami dzięki ekspresowi Baby Brezza Formula Pro