– No i jak tam? – moja cioteczna babka Maureen pochyliła się nad talerzem coraz bardziej czerstwych kanapek podczas weselnego bufetu, a jej głos zniżył się do konspiracyjnego szeptu. – To te dzieci z probówki?

Spojrzałem w dół na moje bliźniaczki, które właśnie próbowały zjeść tego samego rozmiękłego paluszka z dwóch różnych końców. Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie wyjaśnić jej zawiłości współczesnych technik wspomaganego rozrodu, ale zamiast tego po prostu skinąłem głową. Maureen wyglądała na lekko zawiedzioną, jakby spodziewała się, że rozepnę ich sweterki i zaprezentuję małe kody kreskowe wytatuowane na obojczykach.

Rozprawmy się z największym i najbardziej uporczywym mitem już na samym starcie: do zrobienia dziecka z probówki wcale nie używa się probówek. Wiem, to sformułowanie przywodzi na myśl świecące na zielono cylindry w podziemnym laboratorium, prowadzonym przez faceta w kitlu, który śmieje się maniakalnie podczas burzy. Rzeczywistość jest o wiele mniej kinowa. Używa się płytkiej, całkowicie pozbawionej blasku plastikowej szalki Petriego, która wygląda jak coś, w czym hodowało się pleśń na lekcji biologii w podstawówce. Skoro masz zamiar znieść fizyczne i finansowe siniaki związane z in vitro, masz przynajmniej nadzieję na jakieś odlotowe szkło laboratoryjne, a tu takie rozczarowanie.

Cały proces tworzenia dziecka na szalce odziera cię z resztek godności, których nawet nie byłeś świadom, że wciąż się trzymasz. Nagle zaczynasz mówić w zupełnie nowym języku. Kiedyś, siedząc późno w nocy na forum internetowym z zapuchniętymi oczami w desperackim poszukiwaniu historii z happy endem, zauważyłem, że ktoś nazwał swój zamrożony zarodek „e-dzidziusiem”. Brzmi to trochę jak porzucony startup z bańki internetowej z 1999 roku, ale kiedy przez miesiące gapisz się na faktury z kliniki, ta terminologia po prostu wsiąka ci w mózg.

Lodówka pełna hormonów i okrągłe zero godności

Zanim dojdzie do właściwej części laboratoryjnej, jest jeszcze mała kwestia leków. Musieliśmy opróżnić dolną półkę w naszej lodówce – eksmitując moje drogie piwa rzemieślnicze i napoczęty kawałek dojrzałego cheddara – by zrobić miejsce na hormony w zastrzykach warte tysiące funtów. Moja żona, która wcześniej nie mogła oglądać seriali medycznych bez omdlewania, nagle stała się strzelcem wyborowym, od niechcenia robiąc sobie zastrzyki w brzuch podczas oglądania Bake Off.

Nasz lekarz prowadzący, facet, którego okulary kosztowały więcej niż mój pierwszy samochód, próbował wyjaśnić nam naukową stronę całego przedsięwzięcia. Narysował wykres pokazujący zależność między wiekiem a wskaźnikiem sukcesu, który w zasadzie wyglądał jak przerażający narciarski stok rozpaczy. Z tego, co przez mgłę zrozumiałem, po ukończeniu 35. roku życia szanse drastycznie spadają, czyli to dokładnie to, co chcesz usłyszeć, wręczając lekarzowi swoją kartę kredytową. Mruknął coś o blastocystach i podziale komórek, ale główny wniosek był taki, że musieliśmy wyprodukować dużo jajeczek, a ja musiałem wyprodukować... cóż, próbkę. O pozbawionym okien pokoju, w którym musiałem ową próbkę dostarczyć, wyposażonym w lepiący się skórzany fotel i stos starych magazynów, które wyglądały, jakby przetrwały drugą wojnę światową, lepiej w ogóle nie wspominać.

A dad looking exhausted while holding two newborn twins in blankets

Totalne piekło dwutygodniowego czekania

Nic, co powiedzą wam w klinice, nie przygotuje was odpowiednio na Dwutygodniowe Czekanie. Te dwa tygodnie to rodzaj psychologicznych tortur, których nie życzyłbym największemu wrogowi. Nagle stajesz się przeczulony na punkcie każdej najmniejszej reakcji organizmu. Jeśli moja żona kichnęła, spędzaliśmy godzinę na debacie, czy było to „kichnięcie implantacyjne”. Jeśli czuła się zmęczona, był to oczywiście objaw wczesnej ciąży – całkowicie ignorowaliśmy fakt, że była naszpikowana dawką progesteronu, która powaliłaby konia wyścigowego.

The absolute hellscape of the two-week wait — The gloriously absurd reality of making a test tube baby in your 30s

Nasz dom stał się więzieniem zakazanych aktywności. Wyszukiwanie w Google było zakazane z prostego powodu: internet powie ci, że łagodny skurcz oznacza albo potrójną ciążę, albo śmiertelne zapalenie wyrostka robaczkowego. Zakazaliśmy gorących kąpieli. Zakazaliśmy podnoszenia czegokolwiek cięższego niż kubek bezkofeinowej herbaty. Spędziłem te czternaście dni, chodząc na palcach, przekonany, że jeśli za mocno trzasnę drzwiami, ta maleńka grudka komórek, na którą właśnie wydaliśmy oszczędności życia, po prostu wypadnie.

Dziesiątego dnia kosz w łazience przepełniał się wczesnymi testami ciążowymi, z których każdy został rozebrany na części, ponieważ używałem latarki w telefonie, żeby sprawdzić, czy nie pojawiła się na nich druga kreska. Kreska, która istniała wyłącznie w mojej własnej, rozpalonej wyobraźni. Napięcie było tak gęste, że można by je kroić nożem do chleba.

A sam transfer zarodka? To w zasadzie pięciominutowa akcja ze wziernikiem, podczas której uprzejma pielęgniarka sprawdza twoją plakietkę z imieniem, po czym odsyłają cię do kawiarni, żebyś czekał na wyrok losu.

Jeśli jesteś właśnie w samym środku tej pełnej czekania gry i w panice kupujesz rzeczy na zbliżające się przyjście dziecka, żeby odzyskać choćby pozory kontroli, może lepiej po prostu przejrzeć ekologiczne wyprawki dla niemowląt od Kianao zamiast wpisywać objawy w Google o 3 nad ranem – to znacznie zdrowsze dla twojego ciśnienia krwi.

Co lekarze tak naprawdę mówią o długoterminowym zdrowiu

Kiedy dziewczynki w końcu przyszły na świat, wyglądając jak wściekli kosmici pokryci serkiem śmietankowym, niepokój zmutował. Czy będą się jakoś fundamentalnie różnić tylko dlatego, że zostały poczęte na szalce?

What the doctors actually tell you about long-term health — The gloriously absurd reality of making a test tube baby in your

Nasz pediatra, dr Evans – który wygląda, jakby dopiero co zdał maturę, ale podobno ma dyplom medyczny – zmrużył na nie oczy podczas pierwszego badania. Zasadniczo wyplułem z siebie potok słów o wszystkich moich lękach dotyczących epigenetyki i niskiej wagi urodzeniowej, o których naczytałem się w panice. Popatrzył na mnie, westchnął i powiedział, że są całkowicie zdrowe, zupełnie normalne i z takim samym prawdopodobieństwem złapią koszmarne żłobkowe zarazki i wytrą smarki w moje spodnie, co każde inne dziecko.

Wspomniał też, że niewielkie statystyczne ryzyko związane z in vitro wynika prawie wyłącznie z faktu, że osoby decydujące się na tę procedurę są zazwyczaj starsze i i tak borykają się z ukrytymi problemami zdrowotnymi. Problemem nie jest tu szalka Petriego. Problemem jest to, że mam chore plecy, a w kolanach strzyka mi przy każdym wstawaniu. Więc zamiast zamartwiać się długoterminowymi skutkami laboratoryjnego podłoża hodowlanego, powinienem raczej martwić się tym, jak będzie nas stać na buty dla dwóch błyskawicznie rosnących istot.

Rzeczy, które faktycznie przetrwały pierwszy rok

Kiedy bliźniaczki wreszcie się pojawiły, zostaliśmy zasypani prezentami, głównie od osób, które patrzyły na nasze cierpienia związane z leczeniem niepłodności i czuły się zobowiązane coś nam kupić. Dało mi to dość bezlitosną perspektywę na to, które dziecięce gadżety są naprawdę warte zatrzymania.

Prawdziwe wybawienie: Trudno mi wyrazić, jak bardzo przydał nam się Kocyk Dziecięcy z Bawełny Organicznej w Misie Polarne. Przywieźliśmy w nim ze szpitala zawinięte dziewczynki do domu. Jest po prostu obłędnie miękki. A co ważniejsze, kiedy jedna z bliźniaczek miała atak histerii o 4 nad ranem, łapałem się na tym, że dla uspokojenia samego siebie głaskałem te nadrukowane misie. Pierze się też znakomicie, co jest kluczowe, bo prędzej czy później pokryje się mlekiem, łzami i czymś o wiele gorszym.

Gadżet bez szału: Z drugiej strony, dostaliśmy w prezencie Ręcznie Robiony Drewniano-Silikonowy Gryzak w Kształcie Kółka. Żeby było jasne: jest pięknie wykonany. Wygląda jak minimalistyczna skandynawska rzeźba. Opakowanie głosi, że to absolutny szczyt w dziedzinie rozwoju sensorycznego. Ale moje córki? Mają to gdzieś. Od czasu do czasu biorą go do ręki, patrzą na niego z lekką pogardą, a potem wracają do wściekłego żucia pilota od telewizora albo paska od mojej torby. Mimo wszystko ładnie wygląda na półce w ich pokoju.

Czarny koń: Muszę też wspomnieć o Bambusowym Kocyku Dziecięcym w Kolorowe Liście. Na początku nie robił na mnie wielkiego wrażenia, ale tkanina bambusowa ma tę dziwną, wręcz magiczną zdolność do wchłaniania potężnych ilości śliny, pozostając jednocześnie chłodną w dotyku. Kiedy Londyn nawiedziła letnia fala upałów, a nasze mieszkanie zamieniło się w szklarnię, to była jedyna rzecz, którą mogłem je nakryć bez ryzyka, że skończy się to dwójką krzyczących i spoconych niemowlaków.

Koniec końców, zrobienie dziecka w laboratorium nie zmienia tej przerażającej, lepkiej i wyczerpującej rzeczywistości bycia rodzicem. I tak skończysz z brzdącem, który odmawia zjedzenia czegokolwiek w zielonym kolorze i wpada w histerię, bo nie pozwalasz mu włożyć palców do kontaktu. Po prostu tak się składa, że to najbardziej kosztowne darmozjady, jakie kiedykolwiek spotkasz.

Gotowi, żeby przestać czytać moje zrodzone z niewyspania przemyślenia i na serio przygotować się na nadchodzący chaos? Zobaczcie naszą kolekcję kocyków dziecięcych z bawełny organicznej i przygotujcie się na rzeki śliny.

FAQ prosto z poczekalni

Czy dzieci z in vitro mają więcej problemów zdrowotnych?
Szczerze mówiąc, z tego, co powiedział nam nasz lekarz – nie. Główny problem polega na tym, że jeśli transferujesz dwa zarodki i spodziewasz się bliźniaków (tak jak my), dzieci często rodzą się trochę wcześniej, co pociąga za sobą inne zmartwienia. Ale fizycznie? Moja dwójka obecnie demoluje salon z dokładnie takim samym, przerażającym wigorem, jak ich naturalnie poczęci kuzyni.

Czy zastrzyki są naprawdę takie straszne?
Zaznaczam, że nie musiałem tego robić sam, więc wypowiadam się tu z perspektywy obserwatora. Ale patrzenie, jak moja żona znosi wzdęcia i wahania nastrojów, na pewno nie należało do przyjemności. Same igły są malutkie, ale sama ilość hormonów sprawia, że czujesz się jak przepompowany balon, który jest gotów rozpłakać się na reklamie ubezpieczeń na życie.

Czym właściwie jest „e-dzidziuś”?
To tylko slang z forów internetowych na określenie zarodka, zazwyczaj tego zamrożonego, który czeka na transfer. Brzmi to dziwnie klinicznie, ale kiedy spędzasz 90% czasu, czytając wątki na temat niepłodności w sieci, zaczynasz przyswajać to słownictwo choćby po to, żeby zaoszczędzić czas na pisaniu.

Ile czasu minęło, zanim się udało?
W naszym przypadku potrzebne były dwie pełne procedury pobrania jajeczek i trzy transfery, zanim cokolwiek zaskoczyło. W klinice powiedzą ci, że to gra prawdopodobieństwa, co doprowadza cię do szału, gdy to ty jesteś graczem. Po prostu wiedz, że rzadko udaje się za pierwszym razem, więc odpowiednio przygotuj swój portfel i stan psychiczny.

Czy powinnam kupować rzeczy, zanim transfer się uda?
Moja rada? Nie zapeszaj, skręcając łóżeczko, zanim zobaczysz pozytywny test. Ale jeśli należysz do osób, które muszą kupić cokolwiek, by poczuć, że działają, postaw na ładny, miękki kocyk z organicznej bawełny. W najgorszym razie wrzucisz go do szafy. W najlepszym – dziewięć miesięcy później owiniesz w niego bardzo drogiego i bardzo głośnego małego człowieka.