„Puszczaj mu Mozarta, bo inaczej obleje matmę w trzeciej klasie” – wyszeptała mi do ucha teściowa na moim baby shower, agresywnie wciskając mi w dłonie płytę CD. Tak, prawdziwą, fizyczną płytę kompaktową w plastikowym pudełku. Kto w ogóle ma jeszcze w domu odtwarzacz CD? Może z tydzień później moja 22-letnia siostra powiedziała, żebym po prostu puszczała mu Lil Baby, bo mocny bas naśladuje bicie serca. Była przy tym śmiertelnie poważna, zaciągając się e-papierosem na moim podjeździe, w dżinsach, które chyba składały się z samych dziur. A potem był jeszcze mój lekarz, dr Evans, który tylko wzruszył ramionami i kazał mi po prostu mu śpiewać, nawet jeśli brzmię koszmarnie. I tak oto wylądowałam we wtorek o trzeciej nad ranem z wrzeszczącym, czterotygodniowym maluchem, gorączkowo wpisując jednym kciukiem w Spotify hasło „lil baby album”. Balansowałam letnim kubkiem kawy na kolanie, ubrana w ciążowe dresy, które nie widziały wnętrza pralki chyba od czasów administracji Obamy.
Bycie rodzicem w epoce cyfrowej jest naprawdę dziwne. Szukasz jednej rzeczy, która pomoże twojemu dziecku zasnąć, a internet podrzuca ci coś zupełnie innego. To zdezorientowanie jest niesamowite i chyba wciąż jeszcze do siebie po tym dochodzę.
Ten moment, kiedy przez przypadek puściłam noworodkowi trap
Nie miałam pojęcia o rapie. Szczerze mówiąc, dalej nie mam. Po prostu kliknęłam „odtwarzaj” na pierwszej playliście, która wyskoczyła mi na telefonie. Nagle mój cichy, słabo oświetlony salon zaczął dosłownie wibrować od kawałka „Drip Too Hard”. Bas autentycznie wprawił w drżenie do połowy puste butelki na stoliku kawowym. Leo faktycznie przestał płakać, ale jestem prawie pewna, że to był po prostu czysty, niczym niezmącony szok. Mój mąż, Greg, wytoczył się z sypialni w bokserkach, mrużąc oczy od rażącego światła z korytarza, i tylko się na mnie gapił.
„Jesteśmy teraz w jakimś klubie w Atlancie?” – zapytał, przecierając twarz. Ja tymczasem gorączkowo dźgałam palcem ekran telefonu, próbując to ściszyć, ale miałam ręce umazane ulewaniem i ekran dotykowy w ogóle nie reagował na moje palce. Absolutna katastrofa. Tak czy siak, morał z tego taki, że jeśli jesteś niewyspana i szukasz muzyki na uspokojenie niemowlaka, to może najpierw zweryfikuj gatunek. Dominique Armani Jones to bardzo utalentowany artysta i zdobywca nagrody Grammy, ale jego dyskografia raczej nie wpasowuje się w kojącą estetykę, której pragniesz podczas zmiany pieluchy o trzeciej w nocy.
Moja kompletna dezorientacja w temacie nauki o mózgu i kołysanek
Następnego dnia, po uratowaniu życia gigantycznym kubkiem kawy, spróbowałam w końcu ogarnąć, jakiej właściwie muzyki powinnam mu puszczać. Na naszej ostatniej wizycie kontrolnej dr Evans mruczał coś o wyobraźni przestrzennej i obniżaniu tętna u niemowląt. Jestem prawie pewna, że powiedział, że słuchanie uporządkowanych melodii pomaga ich mózgom później przetwarzać język, ale szczerze mówiąc, funkcjonowałam wtedy na czterech minutach snu i skupiałam się głównie na tym, żeby nie upuścić mojej gigantycznej torby z pieluchami. Ogólna teoria chyba opiera się na tym, że mózgi niemowląt to w zasadzie takie małe gąbki, a słuchanie muzyki pomaga w budowaniu połączeń neuronowych czy coś w tym stylu. Ponoć ma to też zmniejszać ich stres, co jest przezabawne, bo przecież to ja jestem w każdym momencie zdecydowanie najbardziej zestresowaną osobą w całym pokoju.
Próbowaliśmy muzyki klasycznej. Próbowaliśmy akustycznych coverów popowych hitów. Czasami to działało, a czasami i tak darł się wniebogłosy. Ale kiedy akurat nie organizowaliśmy przez przypadek koncertu rapowego w salonie, dorobiliśmy się naprawdę fajnego systemu do dziennych zabaw. Sporo korzystaliśmy z Drewnianego Stojaka Edukacyjnego | Tęczowego Gimnastykonu ze Zwierzątkami. Kładłam Leo pod tą drewnianą ramą – która, dzięki Bogu, jest naprawdę miła dla oka, a nie jest jedną z tych neonowych plastikowych potworności krzyczących z daleka: „dzieciak przejął ten dom” – i włączałam cichą, akustyczną gitarę. Wiszące, drewniane kółeczka stukały o siebie, gdy w nie uderzał, tworząc ich własny, mały, organiczny dziecięcy album dźwięków. Była to jedna z bardzo niewielu rzeczy, które naprawdę angażowały go na dłużej i uszczęśliwiały, podczas gdy ja mogłam wypić kawę w relatywnym spokoju.
Jeśli desperacko próbujesz sprawić, by twój salon nie wyglądał jak po eksplozji plastikowych zabawek, a jednocześnie chcesz zająć czymś małego człowieka, polecam przejrzeć kolekcję zrównoważonych zabawek i akcesoriów dziecięcych marki Kianao – może coś wpadnie ci w oko.
Gigantyczne poczucie winy związane z papierowymi albumami pamiątkowymi
Jest też zupełnie inna strona tego tematu. Fizyczne, papierowe albumy. O rany, poczucie winy, jakie mam z ich powodu, jest po prostu ogromne. Zanim Leo przyszedł na świat, kupiłam ten przepiękny, potwornie drogi, ekologiczny papierowy album na zdjęcia. Miałam w głowie wspaniałe wizje samej siebie: siedzę przy zalanym słońcem oknie, popijam ziołową herbatę i starannie dokumentuję każdy krok milowy jakimś wyrafinowanym piórem do kaligrafii. Wypełniłam pierwszą stronę jeszcze w szpitalu, używając jakiegoś tandetnego niebieskiego długopisu. A potem nie dotknęłam tego albumu przez kolejne sześć miesięcy.

My, matki, nakładamy na siebie tak ogromną presję, by dokumentować absolutnie wszystko. Każdy uśmiech, każde ulanie, każdy przewrót z pleców na brzuszek. Prawda jest jednak taka, że kiedy tkwisz w samym środku okopów z noworodkiem, samo utrzymanie go przy życiu i we w miarę czystym stanie jest już potężnym zwycięstwem. Mój przepiękny album na zdjęcia leży teraz gdzieś w szufladzie, całkowicie pusty od drugiej strony i wiecie co? To jest zupełnie okej.
Wiecie, czego tak Naprawdę potrzebowałam przez te pierwsze kilka miesięcy zamiast wywołującego poczucie winy albumu pamiątkowego? Ubranek, od których moje dziecko nie dostawało dziwnej wysypki. Jestem absolutnie i bezwstydnie zafiksowana na punkcie Dziecięcego Body bez Rękawków z Bawełny Organicznej. To mój absolutny Święty Graal. Leo przechodził przez koszmarny trądzik niemowlęcy i egzemę, i każda syntetyczna rzecz, którą na niego zakładałam, sprawiała, że wyglądał jak mały, czerwony pomidorek. To body z organicznej bawełny było tak absurdalnie miękkie, nie miało tych gryzących metek podrażniających szyję i jakimś cudem przetrwało z pięćdziesiąt prań po pieluszkowych awariach, nie tracąc kształtu ani nie kurcząc się do jakiegoś dziwnego kwadratu. Kupiłam je dosłownie w PIĘCIU różnych kolorach. To był jedyny element garderoby, który pozwolił nam obojgu zachować zdrowe zmysły podczas wielkiej bitwy z egzemą w 2018 roku.
Moja paranoja na punkcie poziomu głośności
Dostałam też niesamowitej paranoi na punkcie głośności. Greg nie słyszy częściowo na jedno ucho od chodzenia na zbyt wiele koncertów metalowych w swoich dwudziestych latach, więc zawsze podkręca głośność telewizora tak, że aż szyby w oknach drżą. Ja za to ciągle biegałam po domu i wszystko ściszałam, absolutnie przerażona, że zniszczę słuch Mai, zanim jeszcze zdąży spróbować stałych pokarmów. W jakiejś medycznej ulotce przeczytałam, że ich małe kanały słuchowe są tyciusieńkie, co podobno dodatkowo wzmacnia dźwięk. Trzeba więc utrzymywać głośność na tym magicznym limicie sześćdziesięciu decybeli. Dosłownie ściągnęłam sobie aplikację do pomiaru decybeli na telefon, bo aż tak zwariowałam na tym punkcie. Stałam nad jej łóżeczkiem, mierząc poziom hałasu w pokoju, a Greg patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie oddać do zamkniętego zakładu.
A dlaczego w ogóle produkują słuchawki muzyczne dla niemowląt? Kiedyś zobaczyłam ich reklamę na Instagramie i mało nie padłam. Ich małe czaszki są takie miękkie, a ty chcesz im przypiąć głośniki bezpośrednio do uszu? Nie ma w tym dla mnie żadnego sensu; przecież wystarczy puścić muzykę w pokoju normalnie, żeby stanowiła tylko tło.
Do tego dochodzi jeszcze cała sprawa związana z rutyną. Podobno rano powinno się puszczać radosną muzykę, żeby przekazać im, że świeci słońce, a powolną, nudną muzykę klasyczną na noc, żeby nie walczyły ze snem jak jacyś mali, pijani marynarze. Próba bycia didżejem dla małego człowieka, który chce tylko pociumkać własną stopę, jest strasznie wyczerpująca.
Maszyny do białego szumu to w sumie i tak tylko absurdalnie drogie generatory szumu statycznego, więc dajmy sobie spokój.
Faza ząbkowania i tak wszystko psuje
W końcu, gdzieś w okolicach szóstego miesiąca, przestają się przejmować tą twoją starannie wyselekcjonowaną akustyczną playlistą, bo mają ochotę tylko gryźć wszystko, co wpadnie im w ręce. Maya przechodziła ząbkowanie strasznie ciężko. Kupiliśmy jej Silikonowy Gryzak Dla Niemowląt Bubble Tea W Kolorowym Wzorze. Był... w porządku. To znaczy, jasne, jest uroczy, bezpieczny spożywczy silikon to fajna sprawa i nawet jej się chyba podobało żucie tych małych, wypukłych kulek tapioki na dole. Ale mówiąc szczerze, koniec końców częściej rzucała nim w moją głowę, niż faktycznie używała go do uśmierzania bólu dziąseł. Działa całkiem nieźle, pod warunkiem że pamiętasz, by najpierw wrzucić go do lodówki, żeby się schłodził, ale nie spodziewaj się, że magicznie rozwiąże wszystkie wasze ząbkowe koszmary albo da wam godziny błogiej ciszy. To po prostu solidny, uroczy gryzak, który w końcu i tak zgubiła gdzieś pod kanapą.

Rzeczywistość amatorskiego rodzicielstwa
Szczerze mówiąc, najlepszą muzyką, jaką twoje dziecko może usłyszeć, jest prawdopodobnie po prostu twój głos, nawet jeśli słoń nadepnął ci na ucho. Ja śpiewam koszmarnie. Wymyślam dziwne piosenki o zmianie brudnych pieluch i piciu kawy. Im to nie robi różnicy. Chcą tylko wiedzieć, że jesteś tam z nimi, w jednym pokoju.
Zanim znów wpadniesz w czarną dziurę nocnego przeglądania internetu, martwiąc się o decybele i muzykę rapową, może po prostu zgarnij parę wygodnych ubranek organicznych i daj sobie z tym wszystkim spokój. Całą kolekcję Kianao ze zrównoważonymi produktami, które faktycznie sprawdzają się w prawdziwych, bałaganiarskich rodzinach, możesz kupić właśnie tutaj.
Pytania, które ciągle słyszę w tym temacie
Czy kawałki rapowe są naprawdę bezpieczne dla niemowląt?
Znaczy, bezpieczeństwo to pojęcie względne, prawda? Bas ich fizycznie nie skrzywdzi, o ile nie odkręcisz go do poziomu koncertu stadionowego, ale teksty zazwyczaj są... niezbyt odpowiednie. Maya nauczyła się swojego pierwszego przekleństwa z playlisty samochodowej Grega, co było absolutnym koszmarem, kiedy trzeba to było wytłumaczyć mojej matce w Święto Dziękczynienia. Zostań przy kawałkach akustycznych, jeśli zależy ci, żeby naprawdę zasnęły i nie uczyły się wulgaryzmów.
Czy naprawdę potrzebuję papierowego albumu pamiątkowego?
Zdecydowanie nie. Jeśli go chcesz i masz energię, by go wypełniać, to wspaniale, i głęboko zazdroszczę ci zmysłu organizacyjnego. Ale jeśli jesteś taka jak ja, a twoja rolka z aparatu to 9 tysięcy rozmazanych zdjęć śpiącego dziecka, to też się liczy jako album. Nie pozwól, by przez Instagrama zjadało cię poczucie winy z powodu pustej, papierowej książki leżącej gdzieś w szufladzie biurka.
O co chodzi z tym, że muzyka klasyczna robi z dzieci geniuszy?
Mój lekarz powiedział mi mniej więcej to, że jest to świetne dla ich rozwoju mózgu, ale nie zrobi z nich nagle małego Einsteina z dnia na dzień. To po prostu ustrukturyzowany dźwięk, który pomaga uspokoić ich układ nerwowy. Szczerze? Myślę, że uspokaja on bardziej mnie niż ich, i to jest chyba ta prawdziwa korzyść z całej tej sytuacji.
Skąd mam wiedzieć, czy muzyka nie jest za głośna dla mojego dziecka?
Moją złotą zasadą jest to, że jeśli muszę podnosić głos, żeby przekrzyczeć muzykę, to na pewno jest zdecydowanie za głośno dla tych małych uszek. Ma to być dźwięk w tle, a nie wrażenia rodem z koncertu. Zdecydowanie za dużo o tym myślałam i przez tygodnie korzystałam z apki do decybeli, ale tak po prawdzie, to po prostu użyj zdrowego rozsądku i to ścisz.
Czy ząbkujące dzieci lubią słuchać muzyki?
Czasami? Kiedy Leo wyżynał się pierwszy ząb, nienawidził absolutnie wszystkiego. Muzyki, ciszy, mnie, psa. Wszystko było fatalne. Po prostu daj im do gryzienia coś zimnego, włącz jakąkolwiek muzykę, która sprawi, że TO TY nie oszalejesz, i postaraj się przetrwać ten dzień.





Udostępnij:
Lil Baby aresztowany: popkulturowe nagłówki a prawdziwe lęki rodziców
Dlaczego wychowywanie małej damy to absolutny, przezabawny mit