Była 3:42 we wtorek, a ja leżałem przygnieciony przez Bliźniaka A, który rytmicznie wydychał opary skwaśniałego mleka prosto w mój obojczyk. Dom pogrążony był w tej ciężkiej, nienaturalnej ciszy, która zapada tylko na chwilę przed tym, jak maluch uświadomi sobie, że zgubił smoczek. Robiłem to, co zawsze robię w tych granicznych godzinach walki o przetrwanie: scrollowałem telefon z jasnością zmniejszoną tak bardzo, że w zasadzie czytałem Braille'em.
Mój telefon zawibrował mi na nodze. SMS od żony z sąsiedniego pokoju (piszemy do siebie, bo rozmowa na głos grozi obudzeniem Bliźniaka B, a poza tym mówienie wymaga tlenu, którego po prostu już nie mamy).
babi znowu płacze, potrzebny Calpol
Chwila ciszy. Trzyminutowe opóźnienie, podczas którego próbowałem wyswobodzić lewą rękę spod śpiącego dwulatka. Potem przyszedł kolejny SMS.
babie*
Gapiłem się w ekran. Mamy prawdziwe dzieci, odpisałem kciukiem. Serio poprawiasz literówki o czwartej nad ranem?
To po francusku, nadeszła natychmiastowa odpowiedź. Wkraczamy w erę la babie. Brzmi to o wiele drożej.
Trudno się było z tym nie zgodzić. Wszystko, co z nimi związane, było oszałamiająco drogie, co gwałtownie przypomniało mi o artykule żarzącym się na moim ekranie: głęboko entuzjastycznej analizie tak zwanego Programu Dzieci Tesli. Okazuje się, że podczas gdy ja siedziałem w ciemnym londyńskim mieszkaniu, pokryty cudzymi płynami ustrojowymi, korporacyjna Ameryka postanowiła zacząć rzucać dziesiątkami tysięcy dolarów w ludzi po to, by się rozmnażali.
Czytanie o miliarderach po ciemku
Jeśli jeszcze nie natknęliście się na ten konkretny przejaw korporacyjnego utopizmu, program Tesli to zasadniczo gigantyczny pakiet świadczeń z zakresu planowania rodziny, zaprojektowany tak, aby powstrzymać pracowników przed ucieczką z branży technologicznej w momencie, gdy zdecydują się na dzieci. Napędzana (przynajmniej w pewnym stopniu) publiczną i nieco przerażającą obsesją Elona Muska na punkcie globalnego wyludnienia – koncepcją, która wydaje mi się absolutnie przezabawna, biorąc pod uwagę, że moje małe mieszkanie cierpi obecnie na katastrofalne przeludnienie maluchów – firma przeznacza potężną gotówkę na wspieranie płodności.
Mówimy tu o zwrocie kosztów do 40 000 dolarów za zapłodnienie in vitro, leczenie niepłodności i adopcję. Nawiązali współpracę z eleganckimi, wręcz agresywnie nowoczesnymi klinikami leczenia niepłodności o nazwach takich jak Kindbody, które brzmią mniej jak placówki medyczne, a bardziej jak drogie marki odzieży sportowej premium. Do tego dają ci szesnaście tygodni płatnego urlopu.
Szesnaście tygodni. Pozwoliłem tej myśli przez chwilę krążyć w moim niewyspanym mózgu. Kiedy moja żona była w ciąży z bliźniakami, spędziłem trzy tygodnie, próbując rozszyfrować politykę urlopów ojcowskich mojego byłego pracodawcy, która była zakopana tak głęboko w dziale kadr na intranecie, że czułem się jak Indiana Jones szukający zaginionej arki. Ostatecznie odkryłem, że przysługują mi dwa tygodnie urlopu ustawowego, który nie pokryłby nawet naszego miesięcznego budżetu na kawę, nie wspominając o przerażającej ilości pieluch, jakiej wymaga dwoje ludzi współpracujących w tandemie.
Przez mgłę pamiętam, jak czytałem – być może w jakimś sennym koszmarze pełnym paniki, a może w broszurze WHO, którą wręczono nam w pozbawionej okien poczekalni państwowej przychodni – że niepłodność jest oficjalnie klasyfikowana jako choroba układu rozrodczego. Nasza lekarka rodzinna, urocza kobieta, która zawsze wyglądała na równie zmęczoną co my, zasugerowała, że sama finansowa toksyczność płacenia za in vitro z własnej kieszeni prawdopodobnie niweczy połowę klinicznych korzyści samego leczenia (choć ujęła to z nieco większą medyczną dyplomacją). Myśl, że pracodawca po prostu wręczyłby ci czterdzieści kawałków, aby złagodzić ten ciężar, jest oszałamiająca. To oczywiście genialne, ale niesie ze sobą słabą, dystopijną woń złotych kajdanek. Co się stanie, jeśli będziesz chciał się zwolnić? Przejmą dziecko za długi? Mam wrażenie, że byliby do tego zdolni.
Asymetryczny słowotok na temat finansowej przepaści żłobkowej
Ale pieniądze na leczenie niepłodności to nawet nie jest ta część, przez którą miałem ochotę rzucić telefonem o ścianę. Nie, prawdziwie szalonym elementem programu Tesli jest integracja opieki nad dziećmi. Podobno badają możliwość tworzenia przyzakładowych żłobków i przedszkoli bezpośrednio w swoich fabrykach i biurach.

Pozwólcie, że opowiem wam o finansowej "przepaści", jaką jest opieka nad dziećmi w Londynie, chociaż to wcale nie jest przepaść. Przepaść sugeruje nagły spadek. Tutejszy system to raczej powolne, żmudne staczanie się w ruinę finansową, podczas gdy biurokracja nieustannie wymierza ci ciosy prosto w twarz. Aby zdobyć miejsce w żłobku dla bliźniaków w naszej okolicy, w zasadzie musisz je zapisać, gdy są tylko teoretyczną iskierką w twoim obciążonym hipoteką oku. Wchodzisz do tych miejsc, które pachną lekko wybielaczem i rozgniecionym bananem, a menadżerka patrzy ci prosto w oczy i mówi, że za przywilej utrzymywania twoich dzieci przy życiu między 8:00 a 18:00, będą wymagać twojej całej pensji netto i ewentualnie nerki.
Gimnastyka logistyczna wymagana, aby po prostu wyjść z domu i pójść do pracy, by zarobić pieniądze na opłacenie miejsca, które opiekuje się twoimi dziećmi, kiedy ty jesteś w tej pracy, jest wręcz oszałamiająca. Łapiesz się na tym, że o północy prowadzisz ściszone, gorączkowe rozmowy w kuchni o tym, czy pod kątem finansowym nie ma większego sensu, aby jedno z was po prostu rzuciło karierę i zostało pełnoetatowym menedżerem domowym, całkowicie zaprzepaszczając dekadę rozwoju zawodowego, ponieważ rząd uważa, że opieka nad dziećmi to luksus, a nie podstawowa infrastruktura gospodarcza. Czysta ulga płynąca z wejścia do biurowca, przekazania dziecka specjaliście na miejscu i wjazdu windą do swojego biurka bez konieczności negocjowania przejazdu metrem z podwójnym wózkiem... to brzmi jak science fiction. Brzmi to całkowicie mitycznie.
Och, oferują również dofinansowanie zamrażania komórek jajowych, co, jak sądzę, jest całkiem przydatne, jeśli twoim ostatecznym celem życiowym jest spędzenie całego okresu rozrodczego mieszkając w gigafabryce.
Biurowe przetrwanie i inne mityczne koncepcje
W końcu, rzecz jasna, urlop dobiega końca. Niezależnie od tego, czy dostałeś luksusowe szesnaście tygodni w amerykańskiej korporacji, czy jakikolwiek posklejany z kawałków bałagan, jaki udało ci się wynegocjować tutaj, musisz wrócić do pracy. Pamiętam ten absolutny terror związany z próbą przestawienia bliźniaków z bycia nieustannie do nas przyklejonymi na funkcjonujące, małe, niezależne byty.

Byłem tak zdesperowany, by kupić sobie cztery minuty nieprzerwanego spokoju na napisanie e-maila do menedżera w sprawie dat mojego powrotu, że jedną ręką gorączkowo rozpakowywałem Zestaw Gimnastyczny z Tęczą, jednocześnie przytrzymując telefon przy uchu ramieniem. Miałem nadzieję, że kojące naturalne drewno i te małe, wiszące słoniki odwrócą uwagę Bliźniaka B na tyle długo, bym zabrzmiał jak kompetentny profesjonalista. Prawdę mówiąc, to bardzo fajna rzecz, jak na tego typu gadżety. Jest minimalistyczny, nie atakuje siatkówek oczu jaskrawymi, migającymi światłami ani nie gra elektronicznych melodyjek, od których masz ochotę wejść do morza i nie wracać. Co więcej, skutecznie powstrzymał ją przed próbą zjedzenia listwy przypodłogowej przez równe dwanaście minut. Dwanaście minut to całe życie w walucie malucha.
Jeśli obecnie ze stresem przewijasz żałosną wymówkę, jaką twoja firma nazywa polityką urlopów macierzyńskich, i potrzebujesz czegoś, co odwróci twoją uwagę nie podnosząc ci ciśnienia krwi, zawsze możesz cynicznie przejrzeć niezbędniki dla niemowląt od Kianao, podczas gdy będziesz zastanawiać się, jak delikatnie zastraszyć dział HR.
Powrót do pracy to jednak także fizyczna logistyka związana z ubraniem i nakarmieniem tych malutkich ludzi, podczas gdy ty w zasadzie tracisz zmysły. Istnieje cała ta chałupnicza branża dziecięcych ubranek z serii "powrót do pracy", co w większości jest tylko marketingowym bzdurzeniem. W pewnym momencie kupiliśmy Dziecięce Body bez Rękawów z Bawełny Organicznej, ponieważ bardzo nakręcona kobieta na zajęciach dla maluchów powiedziała mojej żonie, że nieorganiczna bawełna to w zasadzie trucizna. Do takich twierdzeń podchodzę z głęboką podejrzliwością. Muszę jednak przyznać, że są... w porządku. Są całkowicie wystarczające. Łapią obfite ilości śliny, naciągają się na głowę wiercącego się dziecka bez wywoływania histerii i przechodzą przez pranie bez kurczenia się do rozmiaru ubranka dobrego tylko dla małego psa. Są solidną, bezpretensjonalną warstwą, a to szczerze mówiąc wszystko, czego tak naprawdę pragniesz o 6 rano, próbując zlokalizować swoją przepustkę do pracy.
Tym, czego jednak naprawdę potrzebujesz – i mówię to z mocą tysiąca słońc – jest Gryzak Panda. Kiedy Bliźniak A uznał, że ząbkowanie czterech zębów naraz w momencie, gdy ja próbowałem wrócić do niezależnego dziennikarstwa, to genialny wybór życiowy, stała się całkowicie zdziczała. Znalazłem ją, gdy próbowała obgryzać róg ekranu mojego laptopa w czasie, gdy pisałem artykuł na zlecenie. W przypływie czystej paniki wcisnąłem jej tę małą silikonową pandę i cisza, która po tym zapadła, była wręcz religijna. Ma takie małe wypustki o fakturze bambusa, które najwyraźniej trafiają w samo centrum nerwowe dziecięcej wściekłości. Nie wygląda niepozornie, ale jest genialna. Mamy trzy sztuki. Jedną zawsze trzymam w kieszeni płaszcza, jak amulet ochronny przed publicznymi napadami histerii.
Co zrobić, gdy firma nie oferuje ci nic
Jestem prawie pewien, że Amerykańska Akademia Pediatrii twierdzi, że płatne urlopy i świadczenia wspierające aktywnie zapobiegają depresji poporodowej. Chociaż szczerze mówiąc, nie potrzebowałem czasopisma medycznego, aby wiedzieć, że brak przymusu odpowiadania na maile, podczas gdy aktywnie krwawisz lub masz halucynacje z powodu braku snu, będzie korzystny dla zdrowia psychicznego.
W internecie panuje powszechne przekonanie, że jeśli w twojej firmie brakuje tych benefitów, powinieneś skrupulatnie przeszukać portal HR w poszukiwaniu ukrytych dodatków, agresywnie założyć Grupę Wsparcia Pracowników, aby lobbować u zarządu, i gładko załatwić wspólną nianię (tzw. nanny share) przez networking w lokalnym parku. Wszystko to niezwykle rozsądne rady, które całkowicie ignorują rzeczywistość bycia zbyt przyprawiającym o mdłości lub wykończonym, by w ogóle pamiętać hasło do własnego laptopa. Nie da się "być swoją własną szefową" w obliczu systemowego braku infrastruktury opieki nad dziećmi. Jeśli akurat gapisz się teraz na intranet swojej firmy, próbując dowiedzieć się, czy dadzą ci chociaż jedną godzinę wolnego na USG, może zechcesz po cichu wrzucić link do tych masowych programów z sektora technologicznego na wasz firmowy kanał HR na Slacku, byle tylko popatrzeć, jak wybucha panika, zamiast przyjmować standardowe „oto bon na dziesięć funtów” i znikać w cieniu nocy.
Nie powinniśmy być zmuszeni do pracy dla faceta, który próbuje skolonizować Marsa, tylko po to, by uzyskać godne wsparcie rodzicielskie. Nie powinniśmy być zdani na kaprysy korporacyjnych miliarderów decydujących o tym, czy stać nas na zamrożenie komórek jajowych, albo wsadzenie dzieci do bezpiecznego pokoju z klockami, podczas gdy my odpowiadamy na e-maile. Ale dopóki reszta świata nie dogoni samych kosztów wychowywania małych ludzi, wszyscy będziemy po prostu siedzieć w ciemności o 3 nad ranem, scrollować telefony i marzyć o przyzakładowym żłobku.
Zanim jednak zagłębicie się w moje całkowicie niekompetentne, wysoce cyniczne odpowiedzi na pytania dotyczące korporacyjnych benefitów poniżej, być może zechcecie sięgnąć po prawdziwą, namacalną ulgę na tu i teraz. Zaopatrzcie się w sprzęt do przetrwania z kolekcji na ząbkowanie od Kianao, zanim w ogóle spróbujecie rozszyfrować system emerytalny w swoim miejscu pracy.
Często zadawane pytania (Od taty, który czyta za dużo o 3 nad ranem)
O co tak naprawdę chodzi z programami dla rodziców w firmach technologicznych?
Szczerze mówiąc, to wyścig zbrojeń o talenty opakowany w kampanię PR. Firmy takie jak Tesla, Apple czy Google uświadomiły sobie, że zapłacenie czterdziestu kawałków za twoje in vitro i zapewnienie przyzakładowego żłobka jest znacznie tańsze, niż znalezienie kogoś na twoje miejsce, gdy w końcu się wypalisz i odejdziesz, bo nie będzie cię stać na opiekę nad dzieckiem. Owijają to w hasła o „wspieraniu rodzin”, ale tak naprawdę chodzi o to, by twój mózg koncentrował się na ich zyskach, a nie na rachunkach za przedszkole. To niesamowicie korzystne i szczerze mówiąc, gdyby ktoś zaoferował mi teraz taki układ, pewnie wziąłbym go bez wahania.
Czy muszę pracować dla miliardera, żeby pokryli mi koszty in vitro?
W USA zazwyczaj tak, albo przynajmniej w potężnej korporacji z progresywnym działem kadr, ponieważ tamtejszy system opieki zdrowotnej to pozbawione praw pustkowie. Tutaj, w Wielkiej Brytanii, teoretycznie mamy publiczną służbę zdrowia (NHS), ale nasza lekarka po cichu przyznała, że listy oczekujących są tak długie, że możesz przekroczyć limit wieku, zanim w ogóle zobaczysz się ze specjalistą. Niektóre dalekowzroczne firmy zaczynają oferować pożyczki lub dodatki na leczenie niepłodności za pośrednictwem platform takich jak Carrot, ale to wciąż traktowane jest jak dziwny luksusowy dodatek, a nie podstawowa opieka medyczna.
Jak poruszyć temat wsparcia w leczeniu niepłodności z szefem, który wciąż używa faksu?
Z ogromną ostrożnością i mocno udokumentowanymi porównaniami z branży. Nie wchodzisz z żądaniem, by zapłacili za zamrożenie twoich komórek jajowych. Wysyłasz maila, przedstawiając to jako „strategię zatrzymania pracowników” i wskazujesz, że konkurencja oferuje takie pakiety, aby przejmować najlepsze talenty. Kierownictwo nie dba o twoją drogę przez planowanie rodziny, ale bardzo dba o to, by nie stracić swoich najlepszych menedżerów średniego szczebla na rzecz technologicznego startupu. Mów do nich w języku pieniędzy.
Czy 16 tygodni urlopu macierzyńskiego to naprawdę wystarczająco?
Nasza lekarka wymamrotała coś o tym, że 16 tygodni to absolutne minimum, by zapobiec całkowitemu wypaleniu macierzyńskiemu, ale powiedzmy sobie szczerze: w 16. tygodniu twoje dziecko jest nadal w zasadzie głośno krzyczącym ziemniakiem, który wymaga całodobowego nadzoru. To lepsze niż przerażający brak urlopu w większości Ameryki, ale w porównaniu ze Skandynawami – którzy dostają coś około roku na wędrowanie po sosnowych lasach, by budować więź ze swoimi niemowlętami – 16 tygodni to okrutny żart. Bierzesz, co dają, ale nie daj sobie wmówić, że to jakiś niesamowicie hojny prezent.
Czy ubranka dziecięce z organicznej bawełny naprawdę mają znaczenie?
No, pewnie tak? Ludzie, którzy je sprzedają, powiedzą ci, że zwykła bawełna kąpie się w toksycznych chemikaliach, które zrujnują życie twojemu dziecku. Jestem zbyt zmęczony, by weryfikować stojącą za tym wiedzę o rolnictwie, ale wiem na pewno, że dzieci mają niesamowicie wrażliwą skórę, stale podatną na wysypki. Jeśli cię na to stać, bawełna organiczna jest bardziej miękka i, co można by argumentować, rzadziej wywołuje ten jakikolwiek losowy atak egzemy, który twoje dziecko postanowiło u siebie wyhodować w tym tygodniu. Ale uwierz – jeśli twoje dziecko ma na sobie poliestrowe body z supermarketu, to też wszystko będzie u niego w jak najlepszym porządku.





Udostępnij:
Dlaczego sos barbecue to koszmar malucha (i czym go zastąpić)
Młodsza siostra kontratakuje, czyli o zakładnikach we własnym salonie