Była dokładnie 3:14 w nocy. Wiem to, bo świecące na czerwono cyfry budzika wypalały mi dziurę w siatkówce, podczas gdy ja siedziałam, karmiąc trzydniowego noworodka i żłopiąc wczorajszą mrożoną kawę, która smakowała zupełnie jak miedziane monety. Miałam na sobie ciążowy top na ramiączkach, którego nie prałam od wtorku, a moja trzyletnia córka, Maya, stała w drzwiach pokoiku dziecięcego, próbując pobić rekord świata w najdłuższym, ciągłym krzyku.
Mój mąż, Dave, robił tę swoją sztuczkę z głośnym oddychaniem, żeby udawać, że wciąż twardo śpi. Co, szczerze mówiąc, rozwścieczało mnie bardziej niż wrzeszczący maluch. Typowy Dave.
W każdym razie, chodzi o to, że przynieśliśmy Leo ze szpitala do domu, a Maya absolutnie tego nie akceptowała. Protestowała przeciwko samemu jego istnieniu, agresywnie rzucając na podłogę każdą książeczkę dla dzieci, jaką mieliśmy. Dobranoc, księżycu przeleciało tuż obok mojego lewego ucha. Bardzo głodna gąsienica odbiła się od krawędzi fotela. Byłam tak niesamowicie zmęczona, że bolały mnie wszystkie kości i całkowicie brakowało mi już pomysłów.
Z czystej desperacji sięgnęłam do pogniecionej torebki prezentowej, którą moja teściowa podrzuciła nam na początku tygodnia. Odsunęłam szeleszczącą bibułkę i wyciągnęłam z niej tę spersonalizowaną książeczkę dla dzieci, którą zamówiła w internecie. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, totalnie wywróciłam oczami. Myślałam sobie: o super, kolejny chwyt marketingowy. Tego nam właśnie trzeba, więcej gratów z przyklejonym jej imieniem.
Ale i tak ją otworzyłam. „Spójrz, Maya”, wyszeptałam, brzmiąc niemal jak wariatka. „Ta historia jest o Mayi”.
Zamilkła w połowie krzyku. Dosłowna cisza. Zamarła, wpatrywała się w stronę, a potem powoli podeszła i usiadła mi na kolanach. Jakbym właśnie zhakowała jej mózg. To był ten moment, w którym zorientowałam się, że jestem winna teściowej przeprosiny.
Dziwna psychologia własnego imienia
Nasz pediatra, dr Adler, powiedział mi kiedyś, że małe dzieci to po prostu maleńcy, uroczy narcyzi. Znaczy, ujął to znacznie bardziej profesjonalnie, ale taki był sens. Kiedy słyszą w bajce własne imię, ich małe mózgi po prostu się rozświetlają. Nie rozumiem dokładnych ścieżek neurologicznych, ale najwyraźniej buduje to jakiś rodzaj potężnego mostu poznawczego dla wczesnej nauki czytania. Coś o świadomości fonologicznej? Zasadniczo: skupiają uwagę, bo uwielbiają słuchać o sobie.
I powiem wam, że wykorzystałam ten fakt do cna.
Zaczęłam jej czytać tę książkę po pięć razy dziennie. Siadałyśmy na podłodze, podczas gdy Leo spędzał swój „czas na brzuszku”, a ona śledziła litery swojego imienia lepkimi, małymi paluszkami. To całkowicie zmieniło układ sił w naszym domu. Od poczucia bycia ignorowaną z powodu nowego dziecka, przeszła do poczucia, że jest absolutną gwiazdą wszechświata. Nie miało nawet znaczenia, o czym była fabuła. Ilustracje to po prostu jakieś zwykłe, pastelowe zwierzątka z akwareli, które chodzą dookoła i szukają liter, co szczerze mówiąc jest strasznie nudne, ale kogo to obchodzi? Magia tkwiła w tekście.
Zacięcia papierem i inne katastrofy
Rzecz w tym, że nikt nie mówi ci takich rzeczy o książkach dla dzieci, dopóki nie tkwisz po łokcie w rozdartym kartonie: format to dosłownie wszystko. Kiedy Maya była młodsza, niszczyła papierowe strony. Darła je, żuła, a czasami próbowała zjeść. Straciliśmy trzy egzemplarze Misiu, misiu, co ty widzisz? przez jej agresywnie swędzące dziąsła podczas ząbkowania.

Więc kiedy szukacie spersonalizowanej książeczki, naprawdę musicie pomyśleć o tym, jakie materiały przynosicie do domu.
A skoro mowa o żuciu rzeczy, powinnam chyba wspomnieć o Silikonowym Gryzaku z Bambusem w Kształcie Pandy, który walał się po domu podczas całej tej gehenny. Słuchajcie, jest w porządku. To po prostu kawałek silikonu w kształcie pandy. Maya gryzła go, kiedy była niemowlakiem, a ostatecznie przekazałam go Leo. Spełnia swoje zadanie, kiedy pulsują im dziąsła, i podoba mi się, że łatwo go umyć w zlewie, kiedy obklei się psią sierścią. Ale nie oszukujmy się, że kawałek gumy magicznie naprawi kryzys ząbkowania. Jest po prostu okej. Istnieje, działa, używamy go.
To, na punkcie czego miałam prawdziwą obsesję podczas tych porannych sesji czytania, to Bambusowy Kocyk Dziecięcy w Kolorowe Jeże. Owijałam w niego Leo, podczas gdy Maya siedziała obok, domagając się, bym znów przeczytała jej imię. Kocham ten kocyk tak bardzo, że gdybym mogła, pewnie wzięłabym z nim ślub. Prałam go chyba ze sto razy, bo Leo to w zasadzie gejzer płynów ustrojowych, a on jakimś cudem staje się po praniu tylko bardziej miękki. Tkanina bambusowa jest niesamowicie wytrzymała, a przy tym absurdalnie delikatna, z kolei ten mały nadruk z jeżykami nie jest tak denerwujący jak na większości rzeczy dla dzieci. To w zasadzie jedyna rzecz, która pozwala mi zachować zdrowe zmysły, gdy rośnie sterta prania.
Jeśli obecnie, tak jak ja kiedyś, toniecie w noworodkowym chaosie, może weźcie głęboki oddech i sprawdźcie organiczne kocyki dziecięce od Kianao, żeby te pobudki o 3 w nocy stały się przynajmniej trochę bardziej znośne.
Moja wysoce nienaukowa lista kontrolna
Ponieważ kupiłam już chyba z sześć takich personalizowanych książek dla różnych siostrzenic i bratanków, wypracowałam bardzo surowe, mocno osobiste kryteria, dzięki którym oceniam, czy faktycznie są warte swojej ceny.

- Sprawdź oprawę: Jeśli jest marna, twoje dziecko zniszczy ją w równe pięć minut. Potrzebujesz czegoś, co wygląda tak, jakby mogło przetrwać upadek z jadącego wózka.
- Zwróć uwagę na grubość stron: Tylko twarde, kartonowe strony dla najmniejszych. Jeśli dasz papierową książkę ośmiomiesięcznemu dziecku, po prostu prosisz się o wyciąganie mokrego papieru z jego buzi.
- Upewnij się, że opowieść faktycznie się rymuje: Jeśli nie ma rymów, mylę się i potykam o słowa ze zmęczenia, a to całkowicie psuje całą magię. Potrzebuję stałego rytmu, inaczej gubię wątek.
- Sprawdź limity personalizacji: Niektóre firmy pozwalają tylko na dziesięć znaków w imieniu, co jest totalnym koszmarem, jeśli masz dziecko z długim imieniem.
Kiedy nadchodzi dramat nowego rodzeństwa
Najtrudniejszą częścią po powrocie z Leo do domu wcale nie był brak snu. Dobra, czekajcie, tak, to był brak snu. Ale zaraz potem, najtrudniejszą rzeczą było patrzeć, jak Maya zmaga się ze swoją nową rzeczywistością. Zaczęła na niego wołać "dzidzia-bubu". I to wcale nie pieszczotliwie. Wypowiadała to tak, jakby to było obraźliwe określenie. „Dzidzia-bubu znowu płacze”, wzdychała, przewracając oczami jak maleńka, wykończona nastolatka.
Uświadomiłam sobie, że nie mogę jej po prostu czytać tej spersonalizowanej książeczki; musiałam ją fizycznie zaangażować, żeby nie próbowała usiąść na swoim bracie. Skończyło się na tym, że zamówiłam Zestaw Miękkich Klocków dla Dzieci specjalnie po to, by odwrócić jej uwagę w czasie karmienia. To takie mięciutkie, gumowe klocki w dziwnie uspokajających, pastelowych kolorach niczym makaroniki. Najlepsze jest to, że kiedy nieuchronnie się wścieka i rzuca jednym w głowę Dave'a, klocek po prostu się odbija, nie powodując wstrząśnienia mózgu. Trochę piszczą, co bywa lekko irytujące, ale zajmowały ją na tyle skutecznie, że mogłam autentycznie skończyć czytać całą stronę, a przy tym nikt nie płakał.
Zanim Leo wyrósł na tyle, by nosić prawdziwe ubranka zamiast być po prostu owiniętym w rożek 24/7, sytuacja trochę się uspokoiła. Doskonale pamiętam poranek, kiedy ubrałam mu jego Body Niemowlęce z Bawełny Organicznej — które, nawiasem mówiąc, ma te kopertowe zakładki na ramionach, dzięki którym przy pieluszkowej awarii można zsunąć je w dół przez ciałko, zamiast przeciągać przez głowę. Totalne wybawienie.
W każdym razie, ubrałam go, a Maya weszła na dywan obok niego. Przyniosła swoją sfatygowaną, obgryzioną książeczkę z własnym imieniem i wepchnęła mu ją pod nos. „Spójrz, dzidzia-bubu”, powiedziała śmiertelnie poważnie. „To jest moje imię. Ty jeszcze nie masz imienia”.
On po prostu się na nią gapił, śliniąc się z lekka.
Może nie było idealnie, ale to był postęp. Ta głupiutka książka dała jej poczucie przynależności do domu, który nagle wymknął się spod jej kontroli. Stała się dla niej pewnym punktem odniesienia.
Więc tak, zmieniłam zdanie i teraz w to wierzę. Nie wiem, czy wyrośnie z niej literacki geniusz czy coś w tym stylu, ale dało mi to trzydzieści minut spokoju w najtrudniejszą noc mojego życia, a to jest warte każdych pieniędzy.
Zanim przejdziemy do tych wszystkich przypadkowych pytań, które – jestem tego pewna – właśnie nerwowo wpisujecie w Google na telefonie, siedząc w mrocznym dziecięcym pokoiku, poświęćcie sekundę na przejrzenie pełnej kolekcji Kianao. Znajdziecie tam perełki, które autentycznie pomogą wam przetrwać ten tydzień.
Pytania, na które zadanie pewnie nie macie już siły
Czy spersonalizowana książka naprawdę sprawi, że moje dziecko będzie mądrzejsze?
O rany, nie. Moje dziecko wczoraj dosłownie próbowało zjeść kredkę. Ale sprawia, że potrafią usiedzieć w miejscu dłużej niż trzy sekundy, co w moim domu ociera się o Nagrodę Nobla. Powtarzanie pomaga im rozpoznawać litery, więc to zawsze jakiś dobry początek.
Czy te książki są warte swojej ceny?
Szczerze? Tak. Często w sieciówkach wydaję stówę na bezużyteczne pierdoły bez mrugnięcia okiem. Zainwestowanie takiej kwoty w książkę, której przeczytania będą się domagać absolutnie co wieczór przez pół roku, to prawdopodobnie najlepszy zwrot z inwestycji, jakiego doświadczycie w rodzicielstwie.
W jakim wieku najlepiej zacząć je czytać?
Powiedziałabym, że gdzieś w okolicach roczku, kiedy zaczynają zdawać sobie sprawę, że są osobnym człowiekiem, a nie tylko przedłużeniem waszego ciała. Choć oczywiście Maya miała trzy lata, kiedy złapała obsesję, więc ramy wiekowe są dosyć elastyczne.
Ile zazwyczaj trwa wysyłka?
Wieczność. Żartuję, ale to nie jest Amazon Prime. Skoro muszą autentycznie wydrukować w niej imię dziecka, zajmuje to zazwyczaj od tygodnia do dwóch. Nie bądźcie jak Dave i nie próbujcie zamawiać jej trzy dni przed imprezą urodzinową. Nie dojdzie na czas.
Czy nadal potrzebuję normalnych książek?
Tak, absolutnie. Potrzebujecie zdrowego miksu. Te personalizowane są świetne do podbudowywania dziecięcego ego i sprawiania, że czują się wyjątkowe. Wciąż jednak warto mieć pod ręką klasyki, przy których po prostu się wyłączacie i recytujecie je z pamięci, kiedy jesteście zbyt wykończeni, by patrzeć na tekst.





Udostępnij:
Jak Świnka Peppa uratowała nas przed chaosem po narodzinach rodzeństwa
Wpadki na sesji zdjęciowej: Kiedy fotografowanie malucha wymyka się spod kontroli