Była 22:47 w deszczowy wtorek w Londynie, a ja ostrożnie przesuwałem w lodówce napoczęty kawałek sera cheddar i trochę smutno wyglądający jarmuż, żeby zrobić miejsce na zastrzyki hormonalne o wartości jakichś czterech tysięcy funtów. To ta część, której nie pokazują w błyszczących broszurach klinik. Nie dostajesz tylko zespołu medycznego; dostajesz drugą pracę na pół etatu jako domowy farmaceuta urzędujący we własnej kuchni, desperacko próbując nie zanieczyścić ratujących życie i marzenia leków wczorajszymi resztkami kurczaka curry.

A messy fridge shelf showing cheese next to boxes of IVF hormone injections.

Ten żółty pojemnik na ostre odpady medyczne stojący na wyspie kuchennej tuż obok miski z owocami niesie ze sobą dziwny psychologiczny ciężar. Stoi tam, łypiąc na ciebie, jaskrawo-plastikowe przypomnienie, że proces tworzenia nowego człowieka wiąże się obecnie z większą ilością niebezpiecznych odpadów biologicznych niż drobny zabieg stomatologiczny. Spędziłem tygodnie wpatrując się w ten pojemnik, przerażony, że go przewrócę, a jednocześnie czując do niego dziwne, opiekuńcze przywiązanie.

Trzymaliśmy wszystkie zużyte igły w wielkim kartonie w pokoju gościnnym, bo najwyraźniej w internecie istnieje niepisana zasada, że jeśli dotrzesz do mety, masz prawny obowiązek zrobienia jednego z tych wiralowych zdjęć noworodka po in vitro w otoczeniu strzykawek, ułożonych w idealny, lekko traumatyczny kształt serduszka na dywanie w salonie. Spędziłem całe godziny na skrupulatnym układaniu tych małych plastikowych zatyczek, całkowicie ignorując fakt, że nie mieliśmy jeszcze nawet zarodka.

Każdy wieczór stawał się istnym performance'em o wysoką stawkę. Łapiesz się na tym, że wstrzymujesz oddech, trzymając tę malutką plastikową strzałkę, agresywnie w nią pukając, by pozbyć się mikroskopijnych pęcherzyków powietrza jak jakiś oszalały lekarz z opery mydlanej, gorączkowo modląc się, by wciskać tłoczek w idealnym tempie, tak by nie zostawić ogromnego, fioletowego siniaka na i tak już wymęczonym brzuchu żony.

Samo pobranie komórek jajowych i transfer zarodka minęły nam jak przez mgłę w morzu niebieskich szpitalnych koszul i ohydnej rozpuszczalnej kawy, co udało nam się przetrwać tylko po to, by natychmiast zanurzyć się w komorze psychologicznych tortur znanej jako dwutygodniowe czekanie.

Czekając, aż nauka zadziała

Byłem absolutnie przerażony o zdrowie naszego pierwszego dziecka z in vitro (no dobra, dzieci, ale na tamtym etapie żyliśmy jeszcze w błogiej nieświadomości zbliżającej się inwazji bliźniaków). Te dwa tygodnie między transferem a testem ciążowym to istny kurs mistrzowski z całkowitego postradania zmysłów. Każde lekkie ukłucie, które poczuła moja żona, było zwiastunem cudu podziału komórkowego albo katastrofalnym końcem naszych marzeń, w zależności od tego, która to była godzina w ciągu dnia.

Kiedy wreszcie zobaczyliśmy pozytywny wynik testu, spodziewałem się, że poczuję czystą, niczym niezmąconą, filmową radość. Tymczasem to, co naprawdę poczułem, było nagłą, przytłaczającą falą lęku, że teraz muszę utrzymać przy życiu ten mikroskopijny, absurdalnie drogi projekt naukowy.

Kiedy dziewczynki w końcu przyszły na świat, trochę przed czasem i wyglądając zupełnie jak wściekłe, półprzezroczyste pisklęta, mój niepokój wrzucił najwyższy bieg. Naczytałem się po nocach zdecydowanie zbyt wielu forów o tym, jak to dzieci z in vitro mogą być mniejsze, opóźnione w rozwoju albo w jakiś sposób nieskończenie bardziej kruche niż ludzie poczęci naturalnie.

Nasz lekarz – wspaniały facet z potężną brodą, który wygląda, jakby powinien rąbać drwa w skandynawskim lesie, a nie sprawdzać odruchy u niemowląt – nalał nam po kubku letniej herbaty i całkowicie rozbroił moją panikę. Wymamrotał coś o tym, że nasze bliźniaczki są absolutnie przeciętne, biorąc pod uwagę, że piekły się w bardzo zatłoczonym piekarniku, i że wszystkie te przerażające statystyki, które wyczytałem w internecie, to w większości tylko szum statystyczny oparty na przestarzałych metodach badań, a dziewczynki pewnie i tak dogonią rówieśników w okolicach drugich urodzin.

Prawda o wyprawce, której naprawdę potrzebujesz

Ponieważ ich skóra w tych pierwszych dniach była tak delikatna, ubieranie ich przypominało obchodzenie się z muzealnymi artefaktami. Wydawało się, że absolutnie wszystko wywołuje u nich wysypkę, od szpitalnych kocyków po te absurdalnie drogie ubranka z butików, które moja mama uparcie przysyłała nam pocztą.

The reality of the gear you actually need — The Beautiful, Chaotic Reality of Having an IVF Baby in London
Two tiny newborn twins wearing soft organic cotton bodysuits sleeping soundly.

W tym miejscu muszę być całkowicie szczery w kwestii tego, co naprawdę zadziałało. Body bez rękawów z bawełny organicznej od Kianao stało się naszym kołem ratunkowym. To mój absolutnie ulubiony element garderoby, jaki mieliśmy, bo dosłownie jako jedyne nie zostawiało wściekle czerwonych śladów na ich boczkach. Ma idealną dozę elastyczności, co jest kluczowe, gdy o trzeciej nad ranem próbujesz wepchnąć rączki wrzeszczącego, sztywnego noworodka w ubranko, nie mając przy tym poczucia, że za chwilę przypadkowo złamiesz mu kończynę. Nie ma tych drapiących metek i przetrwało pranie w absurdalnie wysokich temperaturach po nieuniknionych pieluchowych awariach.

Z drugiej strony wyprawkowego spektrum – porozmawiajmy o ząbkowaniu. Kiedy zęby w końcu zaczęły się wyrzynać, kupiliśmy silikonowy gryzak w kształcie pandy. Słuchajcie, jest w porządku. Jest całkowicie nietoksyczny, można go myć w zmywarce (co jest gigantycznym plusem, bo oficjalnie odmawiam ręcznego mycia czegokolwiek), i wygląda uroczo. Ale będąc do bólu szczerym – gryzą uszy pandy przez jakieś trzy minuty, po czym rzucają nią prosto w głowę naszego kota. Spełnia swoje zadanie, kiedy są uwięzione w wózku, ale gdyby miały wybór, i tak wolałyby żuć moje brudne trampki albo pilota od telewizora.

Przytłaczający ciężar rodzicielskiej wdzięczności

Wychowywanie dziecka, o które walczyło się tak bardzo, wiąże się z bardzo specyficznym, głęboko irytującym rodzajem poczucia winy. Przez to, że spędziłeś lata płacząc w poczekalniach klinik i wyczyściłeś swoje konto oszczędnościowe do zera, by się tu znaleźć, czujesz przytłaczającą presję, by być błogo szczęśliwym w każdej sekundzie każdego dnia.

Strona 47 jakiegoś kiepskiego poradnika dla rodziców, który kupiłem, sugerowała, by zachować całkowity spokój i pogodę ducha podczas napadów złości malucha, co uznałem za wyjątkowo nieprzydatne o trzeciej nad ranem, kiedy byłem pokryty śliną bliźniaczek, niezidentyfikowaną lepką substancją i funkcjonowałem na dwóch godzinach przerywanego snu. Masz prawo czasem uważać, że to wszystko jest do chrzanu. To nie znaczy, że nie jesteś wdzięczny; to po prostu znaczy, że jesteś człowiekiem, który jest zmęczony tym, że krzyczy na niego ktoś, kto nie potrafi nawet korzystać z toalety.

Jeśli jesteś właśnie w okopach i próbujesz kupić rzeczy, które naprawdę działają i nie są tylko plastikowymi śmieciami, które psują się po tygodniu, spójrz na tę kolekcję ubranek dla dzieci z bawełny organicznej, bo nieba wiedzą, że masz już wystarczająco dużo zmartwień bez dopisywania do tej listy kontaktowego zapalenia skóry.

Próby wychowania z nich małych geniuszy

Ponieważ były nieco mniejsze, nadrabialiśmy to, próbując zmusić je do jak najszybszego osiągania kamieni milowych w rozwoju. Otoczyliśmy je fiszkami i obrazkami kontrastowymi do tego stopnia, że nasz salon zaczął przypominać bardzo agresywną instalację sztuki nowoczesnej.

Trying to nurture the genius out of them — The Beautiful, Chaotic Reality of Having an IVF Baby in London

W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że musimy po prostu pozwolić im rozwijać się we własnym tempie. Wtedy właśnie wprowadziliśmy drewniany stojak edukacyjny | Tęczowy zestaw z zawieszkami. To było jak dar z niebios. To po prostu solidny drewniany stojak w kształcie litery A z kilkoma uroczymi, cichymi zwierzakami, które na nim wiszą. Nie błyskał neonowymi światłami, nie grał agresywnej, piskliwej muzyki elektronicznej, przez którą masz ochotę wyrzucić go przez okno, i wyglądał naprawdę ładnie, stojąc na naszym dywanie. Dziewczynki leżały pod nim, od czasu do czasu trącając małego słonia, w pełni zadowolone w swoim własnym małym świecie, dając mi dokładnie czternaście minut na wypicie kubka herbaty, póki była jeszcze gorąca.

Jak wytłumaczyć im całą tę naukę

Ludzie zawsze pytają, jak planujemy wytłumaczyć dziewczynkom całą naszą drogę przez in vitro. W tej chwili mają dwa lata. Obecnie wierzą, że zmywarka to magiczny portal, który tworzy czyste łyżki, więc tłumaczenie im zawiłości laboratoryjnego zapłodnienia wydaje się odrobinę przedwczesne.

Ale w końcu powiemy im prawdę, tak skomplikowaną i zawiłą, jaka była. Powiemy im, że tak bardzo ich pragnęliśmy, że musieliśmy poprosić o pomoc kilkoro bardzo mądrych ludzi w białych kitlach, i że historia ich powstania wiąże się z mnóstwem miłości, absurdalną ilością pieniędzy i tym, że przypadkiem trzymałem leki za grube tysiące funtów obok kawałka sera cheddar.

Jeśli szukasz wyprawki, która wesprze twoją własną, pełną bałaganu i nieprzewidywalną rodzicielską podróż bez dodawania do niej toksycznych chemikaliów, poznaj drewniane zabawki i zrównoważone ubranka bazowe od Kianao, zanim wpadniesz w nieskończoną króliczą norę internetowych poszukiwań.

Trudne pytania, które wszyscy potajemnie zadają

Czy dzieci z in vitro płaczą więcej niż te poczęte naturalnie?
Nie, płaczą dokładnie tyle samo, co w praktyce oznacza: cały czas, głośno i zazwyczaj wtedy, gdy właśnie usiadłeś do ciepłego posiłku. Metoda poczęcia nie zmienia faktu, że ich główną formą komunikacji jest wrzeszczenie prosto w sufit.

Czy naprawdę powinnam zachować wszystkie igły od zastrzyków do zdjęcia?
Tylko jeśli naprawdę tego chcesz. My trzymaliśmy nasze przez dziewięć miesięcy w wielkim, nieco psychopatycznie wyglądającym pudle. Zrobiliśmy jedno zdjęcie, na którym oboje głęboko się wzruszyliśmy, a potem od razu zawieźliśmy je do apteki do utylizacji, bo trzymanie wielkiego pojemnika z odpadami medycznymi w domu z raczkującym niemowlakiem to po prostu fatalny pomysł.

Czy to dwutygodniowe czekanie jest naprawdę aż tak złe, jak mówią?
Jest gorzej. Czas dosłownie się zakrzywia. Pojedyncze popołudnie ciągnie się jak cały kwartał finansowy. Moim jedynym mechanizmem radzenia sobie ze stresem było oglądanie najgorszych z możliwych reality show, w których ludzie kłócili się o błahe problemy. Dzięki temu nasza ogromna panika na miarę życia i śmierci wydawała się trochę bardziej normalna.

Czy moje dziecko z in vitro będzie mniejsze od innych dzieci?
Nasze były malutkie, ale to bliźniaczki, co i tak jest praktycznie gwarantowanym biletem na oddział noworodkowy. Moja absolutnie nienaukowa obserwacja jest taka, że do czasu, gdy idą do żłobka, wszystkie są po prostu chaotyczną zbitką lepkich rączek i brudnych kolan, i dosłownie nie da się odróżnić, kto został stworzony w laboratorium, a kto nie.

Jak radzisz sobie z poczuciem winy z powodu tego, że macierzyństwo bywa trudne po in vitro?
Trzeba po prostu o tym rozmawiać z ludźmi, którzy to rozumieją, i całkowicie ignorować brygadę toksycznej pozytywności na Instagramie, która upiera się, że każda chwila to wielkie błogosławieństwo. Można być przytłaczająco wdzięcznym za swoje dziecko, a jednocześnie chcieć schować się w łazience, żeby mieć dziesięć minut absolutnej ciszy. Obie te rzeczy są prawdziwe.