Jest 19:42 we wtorek. Mam na sobie szare dresy z polaru, które nie widziały wnętrza pralki chyba od czasów administracji Obamy. Moje lewe kolano mocno, ale delikatnie przygniata ośmiomiesięczną Mayę do puszystej białej maty łazienkowej, podczas gdy moja lewa dłoń tworzy prowizoryczne obcęgi wokół jej pulchnej, wściekle rzucającej się małej szczęki. Ona krzyczy. Ja się pocę. W łazience agresywnie pachnie lawendowym płynem do kąpieli dla niemowląt i matczyną desperacją. Mój mąż wsuwa głowę przez drzwi, trzymając w ręku letni kubek kawy, którą jakimś cudem zdążył zaparzyć, podczas gdy ja byłam na froncie, patrzy na to chaotyczne kłębowisko kończyn na podłodze i pyta: „Chcesz, żebym ja spróbował?”

Jasne, Mark. Chcę, żebyś spróbował. Chcę, żebyś rozpracował tę maleńką, śliską jaskinię pełną ostrych jak brzytwa ząbków za pomocą sztywnego kawałka plastiku. Chcę, żebyś poczuł głęboką, egzystencjalną panikę na myśl o tym, że przypadkowo dźgniesz swoje pierworodne dziecko w migdałki. Chcę, żebyś doświadczył czystego, nieskażonego piekła, jakim jest cowieczorna walka o umycie zębów z niemowlakiem.

W każdym razie, chodzi o to, że nikt cię nie ostrzega przed zębami. Ostrzegają przed brakiem snu, kupami po same pachy i niesamowitą ilością prania, jaką może wygenerować trzykilogramowy człowiek. Ale nikt na bociankowym nie bierze cię na bok i nie mówi: „Hej, małe ostrzeżenie: dwa razy dziennie przez kilka najbliższych lat będziesz musiała fizycznie siłować się ze swoim dzieckiem, żeby umyć mu zęby”.

Pamiętam, jak pewnej nocy o 3 nad ranem siedziałam na kanapie, wściekle wpisując kciukiem w telefon „niemowlę z”, trzymając w drugim ramieniu karmiące się, wiercące się niemowlę, pozwalając, by Google samo uzupełniło to do „niemowlę zęby wychodzą wcześnie” lub „sposoby na ząbkowanie u niemowląt”, ponieważ byłam całkowicie zagubiona. Dziewczyny, znalezienie najlepszej szczoteczki do zębów dla dzieci to nie kwestia estetyki higieny jamy ustnej. Tu chodzi o przetrwanie.

Co tak naprawdę powiedział mi lekarz o harmonogramie mycia zębów

Kiedy Maya miała jakieś cztery miesiące i uśmiechała się dziąsłami jak dziadek bez sztucznej szczęki, byliśmy na wizycie kontrolnej. Doktor Patel, którą uwielbiam, ale która czasami rzuca coś, co sprawia, że mam ochotę roześmiać jej się histerycznie w twarz, mimochodem wspomniała, że powinnam czyścić usta Mai.

Po prostu się na nią gapiłam. Czyścić jej usta? Czym? Przecież ona nie miała jeszcze nawet zębów.

Ale doktor Patel powiedziała, że powinniśmy delikatnie przecierać jej dziąsła dwa razy dziennie czystą, wilgotną myjką. Chodziło o to, żeby zmywać cukry mlekowe z piersi i mleka modyfikowanego, żeby nie zalegały tam i nie mnożyły bakterii. Poza tym, mówiła, że to przyzwyczaja dziecko do uczucia, że ktoś manipuluje mu w buzi, żeby później nie panikowało. Cóż, uwaga, spoiler: Maya i tak później panikowała. Próbowałam z tą myjką dokładnie przez trzy dni. To było okropne. Ona nienawidziła szorstkiej tekstury frotte, a ja nienawidziłam wkładać gołego palca do jej zaślinionej buzi, podczas gdy przez połowę czasu po prostu zaciskała swoje twarde jak skała dziąsła na mojej kostce.

Następnie, w szóstym miesiącu, wyrżnął się pierwszy prawdziwy ząb mleczny. To była po prostu malutka, poszarpana góra lodowa przebijająca powierzchnię jej dolnych dziąseł, ale była wystarczająco ostra, żeby ciąć szkło. I wtedy doktor Patel powiedziała, że musimy przerzucić się na prawdziwą szczoteczkę.

Znalezienie szczoteczki, która nie przypomina narzędzia tortur

Jeśli przejdziesz się alejką dla niemowląt w jakimkolwiek hipermarkecie, zobaczysz mnóstwo malutkich szczoteczek do zębów, które wyglądają dokładnie tak samo, jak te dla dorosłych, tylko są pomniejszone. Mają twarde plastikowe rączki i sztywne nylonowe włosie. Kupiłam jedną dla Mai. Włożyłam jej ją do buzi. Spojrzała na mnie z ogromnym poczuciem zdrady, wytrąciła mi ją z ręki na drugi koniec łazienki i odmówiła otwarcia ust przez resztę tygodnia.

Finding a brush that doesn't feel like a torture device — Surviving the Nightly Baby Toothbrush Wrestling Match in Sweatpants

To była katastrofa. Włosie było po prostu zbyt ostre dla jej spuchniętych, ząbkujących dziąseł. Kiedy trzy lata później pojawił się Leo, przysięgłam sobie, że nie użyję już nigdy twardej, plastikowej szczoteczki.

Właśnie wtedy odkryłam Zestaw silikonowych szczoteczek na palec dla niemowląt od Kianao. O rany, dziewczyny. Totalny przełom. Absolutne, niekwestionowane wybawienie.

To dosłownie taka miękka, elastyczna silikonowa nakładka, którą wsuwasz na palec wskazujący. Z jednej strony ma ultradelikatne silikonowe wypustki myjące, a z drugiej małe wypustki masujące. Ponieważ jest na twoim palcu, możesz dokładnie wyczuć, co robisz w buzi malucha. Wiesz, czy naciskasz zbyt mocno. Wiesz, czy ominęłaś tylne dziąsła. Leo zazwyczaj po prostu leżał i żuł mój palec, podczas gdy ja poruszałam nim w jego buzi, a silikon chronił moją skórę, jednocześnie czyszcząc jego maleńkie ząbki. To był jedyny sposób, żebyśmy przetrwali jego pierwszy rok bez utraty mojego palca. Jedną trzymałam w łazience, a drugą w torbie z pieluchami, ponieważ czasami podczas ząbkowania w miejscach publicznych był tak marudny, że pozwalałam mu po prostu gryźć tę silikonową szczoteczkę, aby ukoić dziąsła, podczas gdy siedzieliśmy na parkingu przed supermarketem i piłam zimną kawę.

Próbowaliśmy również tych gadżetów, które łączą szczoteczkę z gryzakiem. Kupiłam Silikonowo-bambusowy gryzak Panda, bo Mark stwierdził, że jest zabawny i uroczy. Szczerze? Jako narzędzie do mycia zębów jest po prostu w porządku. Jako gryzak sprawdza się świetnie – ma mnóstwo płaskich, teksturowanych krawędzi, które Leo uwielbiał wciskać między tylne zęby trzonowe, gdy te mu wychodziły. Ale jeśli chodzi o faktyczne czyszczenie jego zębów? Zazwyczaj po prostu rzucał nim za kanapę. Maya prawdopodobnie by go pokochała, bo znacznie bardziej metodycznie podchodziła do gryzienia rzeczy, ale Leo był dość chaotycznym dzieckiem. Mimo to, jeśli twoje dziecko desperacko potrzebuje pochrupać coś z teksturą, żeby złagodzić okropny ból podczas ząbkowania, to solidna rzecz, którą warto mieć w zamrażarce.

Aha, i bez względu na wszystko, nie próbuj myć im zębów po tym, jak już siłą wcisnęłaś je w piżamę na noc. Nie zliczę, ile razy Leo wyglądał iście anielsko w swoim Body z bawełny organicznej dla niemowląt – które uwielbiam, bo jest niewiarygodnie miękkie dla jego podatnej na egzemę skóry – tylko po to, by całkowicie zrujnować ten urok kapiącą z przodu śliną i pastą do zębów. Załóżcie im z powrotem śliniak. Uczcie się na moich błędach pralniczych.

Jeśli właśnie chowasz się w spiżarni, unikając cowieczornej rutyny, i szukasz czegoś, co ułatwi ci sprawę, przejrzyj pełną kolekcję do pielęgnacji niemowląt Kianao, która jest w zasadzie prawdziwą skarbnicą rzeczy zaprojektowanych tak, aby nasze chaotyczne życie stało się choć trochę łatwiejsze do opanowania.

Wielka panika fluorowa naszego pokolenia

Porozmawiajmy o paście do zębów, bo to właśnie tutaj całkowicie postradałam zmysły. Kiedy Maya była dzieckiem, myślałam, że fluor to jakaś toksyczna trucizna dla niemowląt. Kupowałam jej taki dziwny, przezroczysty żel edukacyjny o smaku gumy balonowej, który nie miał żadnych składników aktywnych, a w zasadzie sprawiał tylko, że jej oddech pachniał jak wesołe miasteczko.

Kiedy miała około roku, zabrałam ją do prawdziwego dentysty dziecięcego. Doktor Miller to cudownie bezpośrednia babka, która spojrzała na moją tubkę z żelem do nauki mycia zębów i dosłownie wyrzuciła ją do kosza na śmieci.

Powiedziała mi, że wytyczne całkowicie się zmieniły. Podobno powinno się używać pasty z fluorem już w sekundzie, w której pojawi się pierwszy ząbek. Chodzi o to, że szkliwo jest bardzo porowate i podatne na wczesną próchnicę zaraz po wyrznięciu, a może cukry z mleka atakują je szybciej? Nie znam się na tym naukowo, jestem tylko zmęczoną pisarką, która polega na suchym szamponie, by wyglądać przyzwoicie, ale chodzi o to, że: fluor jest dobry.

Ale zszokowała mnie ilość. To nie jest ten wielki, zakręcony pasek z reklam. Doktor Miller powiedziała, że w przypadku dzieci poniżej trzeciego roku życia używa się „muśnięcia” albo porcji wielkości ziarenka ryżu. Próbowałaś kiedyś wycisnąć z nowej, mocno napełnionej tubki ilość pasty wielkości ziarenka ryżu? To niemożliwe. Wystrzeliwuje w postaci ogromnej kleksy, a ty potem próbujesz zeskrobać ją z malutkiej główki szczoteczki na krawędź umywalki, podczas gdy dziecko krzyczy, a mąż pyta z korytarza, czy potrzebujesz pomocy.

Kiedy skończą trzy lata, zwiększasz dawkę do wielkości ziarenka grochu. Ale serio, używaj po prostu najmniejszej odrobiny pasty, jaką zdołasz wycisnąć.

Absolutny chaos na podłodze w łazience

Najtrudniejsza jest w tym wszystkim pozycja. Próbujesz stanąć przed nimi, uśmiechnąć się i powiedzieć „Powiedz aaaa!” jak normalny człowiek, a oni po prostu tak mocno zaciskają usta, że aż robią się białe. Albo rzucają głową na boki, jakby opętał ich demon.

The absolute chaos of the bathroom floor — Surviving the Nightly Baby Toothbrush Wrestling Match in Sweatpants

Doktor Miller nauczyła mnie chwytu zapaśniczego. Oczywiście tak tego nie nazwała, nazwała to „techniką kolano w kolano” czy czymś w tym rodzaju, co brzmi łagodnie. Oznacza to siedzenie na podłodze, ułożenie dziecka na plecach z główką na twoich kolanach, albo siedzenie za nim na podłodze przed lustrem, tak aby było odwrócone do ciebie plecami. To jedyny sposób. Jeśli jesteś zwrócona do dziecka twarzą w twarz, niczego nie widzisz w jego buzi. Lecisz na oślep prosto do jaskini pełnej śliny.

Siedząc za Leo i pozwalając mu odchylić główkę do tyłu o moją klatkę piersiową, mogłam wreszcie zajrzeć w głąb jego ust, jednym palcem odciągnąć mu wargę na dół, a drugą ręką operować silikonową szczoteczką. To skróciło cowieczorną walkę z dwudziestu minut krzyku do jakichś dwóch minut umiarkowanego narzekania. Ustawiałam małą szczoteczkę pod kątem 45 stopni do jego dziąseł i robiłam maleńkie, gorączkowe kółka, śpiewając całkowicie szaloną, przyspieszoną wersję piosenki o alfabecie.

Aha, a kiedy ich zęby urosną na tyle blisko, że będą się stykać, doktor Miller mówiła, że trzeba zacząć je nitkować. Taaa. Powodzenia z tym.

Dlaczego zasada sznurowania butów zrujnowała moje marzenia

Oto najbardziej przygnębiająca ciekawostka dla rodziców, jaką kiedykolwiek poznałam.

Kiedy Leo skończył dwa lata, wszedł w tę zaciekłą, nieustępliwą fazę „JA SAM”. Chciał trzymać szczoteczkę. Wyrywał mi ją z ręki, żuł włosie przez cztery sekundy, oznajmiał: „Skończone!” i próbował wybiec z łazienki. Przez krótki, piękny tydzień myślałam: *Wow, sam myje sobie zęby. Jestem rodzicielskim geniuszem. Moja misja tutaj zakończona.*

Potem poszliśmy znowu do dentysty. Z dumą powiedziałam doktor Miller, że Leo sam już myje zęby.

Zaczęła się śmiać. Takim głębokim, serdecznym, brzusznym śmiechem. Opowiedziała mi o „zasadzie wiązania butów”. Dentyści dziecięcy używają tej miary do oceny małej motoryki. Dopóki dziecko nie posiada zręczności manualnej pozwalającej na idealne zawiązanie sznurowadeł, nie ma koordynacji ruchowej niezbędnej do dokładnego usunięcia płytki nazębnej z zębów.

Wiesz, kiedy dzieci uczą się wiązać buty? W wieku około siedmiu lub ośmiu lat. Maya ma siedem lat i nadal regularnie partaczy te królicze uszy. Leo ma cztery i nosi wyłącznie buty na rzepy.

To oznacza, że będę musiała fizycznie nadzorować i poprawiać mycie zębów, dopóki praktycznie nie pójdą do starszych klas podstawówki. To była druzgocąca wiadomość. Poszłam do minivana i w ciszy zjadłam czerstwego batona musli, tylko po to, żeby poradzić sobie z tą rzeczywistością. Jasne, trzeba im pozwalać „ćwiczyć” szczotkowanie, by czuli się niezależni. Ale potem i tak musisz wejść i wykonać całą prawdziwą robotę. To projekt grupowy, w którym wykonujesz 95% najcięższej pracy.

Do tego musisz ciągle wyrzucać szczoteczki. Tak co trzy miesiące. Albo od razu, kiedy dzieci zachorują. Jeśli Leo łapie katar w przedszkolu, to szczoteczka ląduje prosto w koszu w momencie, w którym wyzdrowieje. Nie zamierzam ponownie infekować całego domu przedszkolnymi zarazkami, bo poskąpiłam grosza na wymianę kawałka silikonu.

Słuchaj, podróż po świecie higieny jamy ustnej nie jest dla słabych. Jest brudna, frustrująca i wiąże się z mnóstwem śliny. Ale posiadanie odpowiednich narzędzi robi ogromną różnicę. Jeśli jesteś zmęczona gryzieniem po palcach i chcesz odzyskać odrobinę zdrowego rozsądku podczas wieczornej rutyny, chwyć za Zestaw silikonowych szczoteczek na palec dla niemowląt. Obiecuję, że jest wart każdej złotówki, choćby po to, by uniknąć wieczornych załamań nerwowych w łazience.

Kłopotliwe pytania, które pewnie teraz ci się nasuwają

Kiedy tak naprawdę powinnam zacząć to robić?
Szczerze mówiąc, znacznie wcześniej, niż byś chciała. Mój lekarz kazał mi zacząć przecierać nagie dziąsła wilgotną szmatką kilka dni po tym, jak przywieźliśmy dzieci ze szpitala do domu. Myślałam, że oszalała, ale to naprawdę pomaga im przyzwyczaić się do tego uczucia. Zaledwie sekunda po tym, jak pierwszy ząb mleczny przebije się przez dziąsło, musisz przejść na prawdziwą szczoteczkę i myć zęby dwa razy dziennie. Przykro mi.

Jak do cholery myć zęby, kiedy dzieci po prostu zaciskają buzię?
Musisz stać się sprytna. Nie ustawiaj się z nimi twarzą w twarz. Usiądź za nimi na podłodze, pozwól im oprzeć główkę o swoją klatkę piersiową i delikatnie użyj wolnego palca wskazującego, żeby podnieść górną wargę z drogi. Czasami musiałam łaskotać Leona po żebrach, żeby go rozśmieszyć, a w sekundzie, w której jego usta się otwierały, wkraczałam do akcji ze szczoteczką. Robisz to, co musisz.

Czy mogę po prostu użyć zwykłej, małej szczoteczki ze sklepu spożywczego?
To znaczy, *możesz*, ale nie polecam. Nylonowe włosie jest niezwykle sztywne i okropne dla wrażliwych, opuchniętych od ząbkowania dziąseł. Gwarantuję, że będą płakać i walczyć z tobą. Używanie super miękkiej silikonowej szczoteczki na palec zmieniło u nas wszystko, ponieważ przypominało to bardziej delikatny masaż niż wizytę w gabinecie stomatologicznym.

Ile pasty powinnam używać?
Dla dzieci poniżej trzech lat, tylko takie malutkie „muśnięcie”. Mniej więcej wielkości ziarenka ryżu. Prawie nic. I tak, mój dentysta powiedział, że to musi być absolutnie pasta z fluorem już od pierwszego zęba, co mnie zaszokowało, bo myślałam, że niemowlęta nie mogą mieć kontaktu z fluorem. Kiedy skończą trzy lata, możesz zwiększyć porcję do wielkości ziarnka grochu.

Kiedy będę mogła wreszcie przestać myć im zęby?
Straszna i przygnębiająca odpowiedź brzmi: kiedy będą umiały idealnie samodzielnie wiązać buty. Zazwyczaj w wieku około 7 lub 8 lat. Dopóki nie opanują motoryki małej na tym poziomie, fizycznie nie będą w stanie ułożyć szczoteczki pod odpowiednim kątem, by usunąć całą płytkę nazębną. Rozsiądź się więc wygodnie, bo będziemy to robić jeszcze przez bardzo, bardzo długi czas.