Właśnie spędziłam czterdzieści pięć minut na gorączkowym usuwaniu starych albumów na Facebooku z 2019 roku, podczas gdy mój maluch próbował wspiąć się na zmywarkę, i powiem wam, że naprawdę oblał mnie zimny pot. Patrzyłam na cyfrowy ślad mojego najstarszego syna i uświadomiłam sobie, że opublikowałam dosłownie wszystko. Jego wielką awarię pieluchową na parkingu przed supermarketem, pełne imię i nazwisko na szpitalnej tablicy, wideo, na którym wpada w histerię, bo banan złamał się na pół. To po prostu zawstydzające. Siedziałam tam, klikając przycisk „archiwizuj”, jakby od tego zależało moje życie, kiedy na telefonie wyskoczyło powiadomienie o tym, że Millie Bobby Brown adoptowała dziecko. Uderzyło mnie to jak grom z jasnego nieba: ta dwudziestojednolatka jest już o wiele mądrzejszą matką, niż ja byłam w wieku dwudziestu ośmiu lat.
Jeśli przegapiłyście to między robieniem kolejnych kanapek z masłem orzechowym a składaniem tego samego prania przez trzy dni robocze – aktorka i jej mąż adoptowali dziewczynkę, ale kategorycznie odmawiają pokazania jej twarzy czy zdradzenia czegokolwiek na jej temat. Dziewczyny na moich matczynych grupach odchodzą od zmysłów, próbując odgadnąć imię dziecka Millie Bobby Brown, a ja szczerze mówiąc, myślę sobie: i dobrze! Niech jej Bóg błogosławi, robi dokładnie to, co sama chciałabym zrobić od pierwszego dnia.
Sprzedałyśmy nasze najstarsze dzieci za lajki
Będę z wami szczera – moje pierwsze dziecko to w zasadzie przestroga przed milenialskim oversharingiem. Kiedy się urodził, w sieci panowała moda na budowanie swojej marki jako mamy, więc po prostu ślepo przekazywałyśmy całe historie życia naszych dzieci Markowi Zuckerbergowi, bo wszyscy inni też to robili. Moja babcia dzwoniła do mnie i pytała, dlaczego pokazuję całemu miastu gołą pupę dziecka w wannie, a ja tylko przewracałam oczami i mówiłam, że po prostu nie rozumie internetu. Cóż, wyszło na to, że babcia miała stuprocentową rację.
Moja lekarka, dr Sarah z tutejszej przychodni, przy okazji ostatniej wizyty kontrolnej mimochodem wspomniała, że jej zdaniem dzieci w ogóle nie powinny mieć publicznego wizerunku w sieci aż do momentu, gdy pójdą do starszych klas szkoły podstawowej. Głównie dlatego, że ich małe, rozwijające się mózgi fizycznie nie są w stanie pojąć tego, że tysiące obcych ludzi ma dostęp do ich najbardziej niezręcznych momentów. Nie znam się na konkretnych badaniach, ale mruknęła coś o tym, że poczucie własnego „ja” u dziecka zostaje całkowicie zaburzone, gdy wie, że występuje przed publicznością. Ma to sens, biorąc pod uwagę fakt, że sama ledwo wytrzymuję, gdy ktoś gapi się na mnie zbyt długo w kolejce do kasy w Biedronce.
To niesamowite, jak bardzo byłyśmy przekonane, że tworzymy tylko cyfrowe albumy, podczas gdy tak naprawdę odbierałyśmy im prawo do opowiadania własnych historii, kiedy dorosną. Zamiast robić wielkie zamieszanie ze sprzątania swoich mediów społecznościowych i prawić krewnym kazania o granicach, po prostu po cichu zacznijcie archiwizować żenujące momenty już teraz. A jeśli ktoś będzie narzekał, że nie widzi już twarzy waszego dziecka w swoich aktualnościach, zwalcie wszystko na algorytm.
Wielkie internetowe zaciemnienie
Kiedy na świat przyszło moje trzecie dziecko, prowadziłam już w salonie coś na kształt programu ochrony świadków. Jeśli chcesz zobaczyć jej twarz, musisz fizycznie przyjechać do mojego domu na teksańskiej prowincji i wypić ze mną letnią kawę. Ale trzymanie dziecka z dala od internetu oznacza również, że musisz wymyślić, jak fizycznie chronić je przed ludźmi z twojego otoczenia, którzy nadal myślą, że niemowlę to darmowy rekwizyt do publicznych sesji zdjęciowych.

Właśnie dlatego kupiłam bambusowy kocyk Rainbow Bridge, i to z powodów, których producent pewnie nigdy nie przewidział, jest to chyba mój najczęściej używany dziecięcy gadżet. Słuchajcie, jest pięknie wykonany, a tkanina bambusowa jest bardziej miękka niż mój ulubiony stary T-shirt z czasów studenckich, ale dla mnie najważniejszą zaletą jest to, że jest po prostu ogromny i nieprzezroczysty. Kupiłam go tuż przed Świętami, specjalnie po to, by zarzucić go na fotelik samochodowy, gdy moja teściowa bez pytania wyciągnęła iPada, żeby zdzwonić się na FaceTime z całym swoim kółkiem różańcowym. Przy wymiarach 120x120 cm można całkowicie okryć nim nosidełko podczas spaceru po markecie, a ciemnobrązowy kolor sprawia, że wścibscy nieznajomi nie mogą łatwo przez niego zajrzeć i zrobić z ukrycia zdjęcia, podczas gdy ty próbujesz w spokoju kupić mleko. Jest na tyle przewiewny, że dziecko nie poci się w upale, ale wystarczająco kryjący, by pełnić funkcję zasłony chroniącej prywatność.
Sprawiedliwy podział obowiązków
Jedną z rzeczy, która naprawdę uderzyła mnie w doniesieniach o tym celebryckim dziecku, jest to, że mąż został sfotografowany z nosidełkiem podczas załatwiania codziennych spraw. Oboje opowiadali też o dzieleniu się obowiązkami pół na pół. Co, powiedzmy sobie szczerze, zazwyczaj oznacza, że mama bierze na siebie osiemdziesiąt procent obciążenia psychicznego, podczas gdy tata dostaje owacje na stojąco za zmianę jednej mokrej pieluchy.
Mój mąż jest wspaniały, ale przy naszym pierwszym dziecku to ja byłam domyślnym rodzicem. Jeśli nie zamówiłam pieluch, to nie mieliśmy pieluch. Teraz stosujemy system, w którym on nie tylko wykonuje zadanie, ale jest właścicielem całej kategorii. Oznacza to, że jeśli dziecko wyrasta z butów, to on musi to zauważyć i on musi rozwiązać ten problem.
A skoro o butach mowa, mój mąż dumnie przyniósł do domu te buciki dla niemowląt, bo uznał, że ich żeglarski fason jest przezabawny. Powiem wam prosto z mostu: są po prostu okej. Jeśli wasze dziecko faktycznie podciąga się już przy stoliku kawowym i próbuje stawiać pierwsze kroki, antypoślizgowa podeszwa jest naprawdę przydatna na drewnianych podłogach, no i wyglądają uroczo na rodzinnych zdjęciach. Ale jeśli wasz maluch ma mniej niż pół roku i głównie leży na brzuszku, to zrzuci je ze stóp z tyłu samochodu w ułamku sekundy, gdy tylko odwrócicie wzrok. Jeśli macie odpowiedni budżet i konkretne wesele, na które się wybieracie, bierzcie je śmiało. W przeciwnym razie nie stresujcie się próbami utrzymania fikuśnych bucików na stopach niemowlaka, który najchętniej zjadłby własne palce u nóg.
Odłączanie ich mózgów od sieci
Skoro ograniczamy udostępnianie naszych dzieci cyfrowemu światu, musimy też ograniczyć to, jak bardzo ten cyfrowy świat wdziera się w życie naszych dzieci. Sama kiedyś zbyt mocno polegałam na błyskających, grających plastikowych zabawkach, by odwrócić uwagę mojego najstarszego syna, kiedy musiałam pakować zamówienia z mojego sklepu na Etsy. Do pory kolacji oboje byliśmy przebodźcowani i zapłakani.

Sprawdźcie naszą kolekcję ekologicznych zabawek bez prądu i ekranów, jeśli właśnie kompletujecie wyprawkę, która nie wymaga połączenia z Wi-Fi ani baterii AA.
Teraz po prostu kładę moje najmłodsze dziecko pod drewnianym stojakiem edukacyjnym Nature Play, kiedy potrzebuję dwudziestu minut, żeby odpisać na maile od klientów. Kocham ten stojak, bo on... nic nie robi. I mówię to jako wielki komplement. Nie ma głośnika Bluetooth, nie ma mrugających neonowych światełek, to po prostu gładkie drewno bukowe i kilka miękkich, materiałowych listków w kolorach ziemi, które zwisają z góry. Dr Sarah powiedziała mi kiedyś, że dzieci są przytłoczone kontrastowymi, plastikowymi zabawkami, a naturalne tekstury znacznie lepiej pomagają im zrozumieć głębię i ćwiczyć chwyt. Wydaje się to być prawdą, biorąc pod uwagę, że moja córka potrafi radośnie leżeć i przez pół godziny szturchać mały drewniany księżyc, wcale nie marudząc. Do tego całość wygląda jak normalny mebel w moim salonie, a nie jak małe, plastikowe wesołe miasteczko.
Kwestia miłości do samej siebie
W jednym z wywiadów Millie wspomniała też, że przestała żartować z własnego ciała, bo nie mogła znieść myśli, że jej córka mogłaby tego słuchać i przyswoić sobie ten toksyczny sposób mówienia o sobie. Ma to całkowity sens i prawdopodobnie w tej sekundzie wszystkie powinnyśmy przestać nazywać nasze poporodowe brzuszki dziwnymi workami z ciasta. Po prostu umówmy się, że będziemy tak robić i przejdźmy do trudniejszych tematów.
Rodzicielstwo w erze cyfrowej polega w zasadzie na działaniu po omacku i nadziei, że przypadkiem nie zrujnujesz swojemu dziecku życia na zawsze. Ale decyzja, by nie pokazywać ich twarzy w internecie, dopóki nie będą na tyle dorosłe, by same mogły wyrazić na to zgodę? To może być jedyna rzecz, co do której mam całkowitą pewność, że jest słuszna. Nawet jeśli oznacza to, że moja babcia musi czekać na wydrukowane zdjęcie w liście, jakby był 1995 rok.
Jeśli jesteście gotowe, by powitać w swoim życiu macierzyństwo w stylu offline i bez zaawansowanych technologii, weźcie kubek kawy, którą pewnie będziecie musiały podgrzewać trzy razy, i przejrzyjcie nasze ekologiczne, analogowe niezbędniki.
Trudne pytania o cyfrowe rodzicielstwo
Jak powiedzieć rodzicom, żeby przestali wstawiać zdjęcia mojego dziecka na Facebooka?
Szczerze mówiąc, możecie spróbować odbyć pełną szacunku rozmowę o cyfrowych śladach, ale ja zazwyczaj po prostu zrzucam winę na internetowych świrów, bo to skutecznie napędza stracha starszemu pokoleniu i sprawia, że zaczynają słuchać. Powiedziałam mojemu tacie, że oprogramowanie do rozpoznawania twarzy ściąga zdjęcia niemowląt do trenowania sztucznej inteligencji. I chociaż nie mam pojęcia, czy to do końca prawda, to od 2022 roku nie wrzucił ani jednego zdjęcia moich dzieci.
Czy naklejanie emoji na twarz dziecka na zdjęciach jest dziwne?
Tak, nie będę kłamać – wygląda to trochę jak dowód życia zakładnika. Ale róbcie to i tak. Jeśli naprawdę chcecie udostępnić to rodzinne zdjęcie z plaży, zasłońcie mu twarz wielkim słonecznikiem. Ludzie, którzy naprawdę was znają, nie będą mieli z tym problemu, a ci, którzy was za to oceniają, i tak prawdopodobnie nie powinni w ogóle oglądać waszych dzieci.
Czy trzymanie ich z dala od internetu zaszkodzi ich umiejętnościom społecznym?
Zgodnie z opinią każdego lekarza, którego kiedykolwiek zamęczyłam swoimi lękami – absolutnie nie. Prawdziwe umiejętności społeczne buduje się poprzez zacięte negocjacje o to, kto dostanie niebieski kubeczek przy kolacji, a nie przez to, że wie się, jak zapozować do Rolki na Instagramie. W końcu i tak ogarną internet, dosłownie nie ma co się spieszyć.
Co, jeśli już zdążyłam udostępnić całe życie mojego starszego dziecka?
Witamy w klubie, oto twój identyfikator. Nie cofniesz przeszłości, ale możesz po cichu przejrzeć swoje stare posty i klikać „archiwizuj”, siedząc w samochodzie pod szkołą. Nie obwiniaj się o to – byłyśmy tak naprawdę pokoleniem królików doświadczalnych w kwestii rodzicielstwa w mediach społecznościowych, a teraz po prostu jesteśmy już mądrzejsze.





Udostępnij:
Dlaczego o 3 w nocy szukam filmu 'I Had A Baby Without You'
Brutalnie szczera prawda o niani elektronicznej Nanit