Stałam w kuchni o wpół do ósmej rano, wpatrując się w tekturową tubę ekologicznego kleiku ryżowego, który wyglądał i pachniał dokładnie jak szpachla, którą w zeszłym tygodniu łatałam listwę w przedpokoju. Maya i Zoe uderzały swoimi malutkimi piąstkami w blaty krzesełek w rytmicznym unisono, domagając się pożywienia. Miałam wymieszać ten beżowy pył z ciepłym mlekiem i podawać im łyżeczką do buzi, bo to właśnie się robi, gdy dzieci kończą sześć miesięcy. Dajesz im bezsmakową pastę i masz nadzieję, że nie wyplują jej prosto w twoje oko.
Ale dzień wcześniej byłyśmy na wizycie kontrolnej u naszej pani pediatry, a ona całkowicie zrujnowała moje pojęcie o tym, jak działają niemowlęta. Rzuciła okiem na moje blade, upite mlekiem bliźniaczki i zapytała, jak zamierzamy poradzić sobie ze spadkiem poziomu żelaza. Spojrzałam na nią tępym wzrokiem, zakładając, że mówi o jakimś suplemencie witaminowym o smaku starych monet. Zamiast tego zasugerowała, żebyśmy podali naszym bezzębnym sześciomiesięcznym dzieciom kawałek steka.
Zaśmiałam się, myśląc, że to żart. Ona się nie zaśmiała. Okazuje się, że mięsne dziecko to zdrowe dziecko, a ja byłam zupełnie nieprzygotowana na tę informację.
Dziwaczna matematyka żelaza u niemowląt
Nie jestem dietetykiem, głównie dlatego, że mój własny obiad zazwyczaj składa się z resztek jedzenia, które dziewczynki odrzuciły i letniej filiżanki rozpuszczalnej kawy, ale fakty naukowe, które przekazała nasza lekarka, były naprawdę alarmujące. Kiedy dzieci się rodzą, mają podobno w organizmie ogromne zapasy żelaza, które zgromadziły w łonie matki. Ale w okolicach szóstego miesiąca te rezerwy drastycznie spadają. Nagle ich małe ciałka domagają się 11 miligramów żelaza każdego dnia.
Żeby dać wam pełen obraz: dorosły mężczyzna potrzebuje tylko około 8 miligramów dziennie. Moje malutkie, mięciutkie córeczki, które wciąż nie do końca potrafiły włożyć klocek do wiaderka, potrzebowały więcej żelaza niż ja. A mleko matki, pomimo tych wszystkich cudownych właściwości, o których się trąbi dookoła, ma strasznie mało żelaza.
Tydzień później nasza położna dorzuciła swoje trzy grosze i wspomniała o czymś, co nazywa się biodostępnością, co – jak sądzę – oznacza po prostu, ile tego wszystkiego faktycznie zostaje w ich organizmie w porównaniu do tego, co ląduje całkowicie niestrawione w porannej pieluszce. Powiedziała nam, że żelazo roślinne (to, które pompują w te beżowe kaszki dla niemowląt) jest w zasadzie bezużyteczne, ponieważ dzieci przyswajają go tylko około pięciu procent. Ale żelazo w mięsie? Ich ciałka po prostu je wchłaniają jak gąbka. Dokładnie w tym momencie uświadomiłam sobie, że moje dni spokojnego podawania im rozgniecionego banana bezpowrotnie minęły. Musiałam nauczyć się gotować.
Dlaczego odruch wymiotny postarzy cię o dziesięć lat
Przejście na stałe pokarmy u niemowląt jest generalnie przerażające, ale podanie sześciomiesięcznemu dziecku paska wołowiny wymaga specyficznego rodzaju odporności psychicznej. Niemowlęta nie mają zębów trzonowych. Mają tylko te twarde, dziąsłowe wałeczki, które wyglądają, jakby nie mogły wgnieść nawet pianki marshmallow, nie mówiąc już o przeżuwaniu pieczeni.

Poradzono nam, żebyśmy stosowali test zgniatania. Jeśli potrafisz wziąć kawałek jedzenia i z łatwością rozgnieść go na płasko między kciukiem a palcem wskazującym, ich dziąsła też sobie z tym poradzą. Brzmi to bardzo pocieszająco w jasno oświetlonym gabinecie lekarskim, ale nie daje absolutnie żadnego komfortu, gdy twoja córka wkłada do ust kawałek jagnięciny i natychmiast wydaje dźwięk przypominający zablokowany odkurzacz.
One krztuszą się. Mają odruch wymiotny i to bardzo często. Zoe w szczególności traktuje każdą nową teksturę jak osobistą zniewagę. Kiedy po raz pierwszy dałam jej wolno gotowane udko z kurczaka, zrobiła się cała czerwona na twarzy, wydała okropny dźwięk, jakby miała zwymiotować, a potem spokojnie je połknęła, po czym zażądała kolejnego kawałka. Ja w tym czasie zestarzałam się o dekadę i po cichu spisywałam testament.
W tamtym czasie boleśnie ząbkowała, przez co cały proces karmienia był koszmarem łez i odrzucanych obiadów. Jej dziąsła były tak spuchnięte, że po prostu krzyczała na kurczaka. To, co faktycznie uratowało nasze wieczory, to Gryzak Panda. Naprawdę zawdzięczam resztki mojego zdrowia psychicznego tej zabawnej, silikonowej pandzie. Ma taki idealnie płaski kształt, że jakimś cudem docierała na sam tył jej buzi, tam gdzie ból był najgorszy. Zanim podałam jej obiad, pozwalałam jej wściekle gryźć go przez dziesięć minut, tylko po to, by na tyle znieczulić dziąsła, żeby w ogóle rozważyła jedzenie. Przetrwał upadki do błotnistych kałuż, wleczenie po kuchennej podłodze i codzienne mycie w zmywarce.
Maya z kolei mniej interesowała się zabawkami do gryzienia, a bardziej wszystkim tym, co miałam w rękach. Kupiliśmy jej Ręcznie Robiony Gryzak Drewniano-Silikonowy, który jest w porządku. Pięknie prezentuje się na stoliku kawowym, drewniane kółko jest bardzo gładkie i widać, że jest solidnie wykonany. Ale Maya użyła go dokładnie dwa razy, po czym zorientowała się, że nie smakuje jak sos pieczeniowy i w konsekwencji rzuciła nim w kota. Teraz mieszka na dnie torby do wózka, czekając na nagłe sytuacje.
Absolutny koszmar zblendowanego kurczaka
Jeśli wizja podania dziecku kawałka prawdziwego mięsa przyprawia was o kołatanie serca, internet doradzi wam, żeby po prostu je zblendować. Spróbowałam tego dokładnie raz. Ugotowałam pierś z kurczaka (co już samo w sobie jest zbrodnią kulinarną), wrzuciłam ją do naszego malaksera z odrobiną wody i wcisnęłam przycisk.
To, co wyszło z tego urządzenia, pachniało uderzająco podobnie do taniej karmy dla kotów i miało konsystencję mokrego cementu. Było szare, przygnębiające i całkowicie pozbawione radości. Zaproponowałam łyżeczkę Mayi, która spojrzała na mnie ze stopniem poczucia zdrady, jaki rzadko widuje się u człowieka. Natychmiast wyrzuciliśmy całą porcję do kosza. Papka z mięsa to obrzydlistwo i odmawiam narażania na nią moich dzieci.
Rzeczy, którymi faktycznie je karmimy
Więc jeśli nie blendujemy tego na żałosną breję, to w jaki sposób im to podajemy? Okazuje się, że trzeba pogodzić się z bałaganem. I mam tu na myśli taki poziom bałaganu, który po każdym posiłku wymaga spłukiwania jadalni wężem ogrodowym.

Oto, co w miarę sprawdza się w naszym domu, na podstawie prób, błędów i niezdrowej ilości zużytego ręcznika papierowego:
- Ciemne mięso drobiowe: Piersi z kurczaka są zbyt suche i stwarzają ogromne ryzyko zadławienia. Udka z kurczaka mają natomiast dwa razy więcej żelaza i stają się niesamowicie miękkie, gdy gotuje się je na wolnym ogniu. Duszę je w wodzie, aż same się rozpadają, rwę na paski wielkości dwóch palców dorosłego człowieka i daję dziewczynkom do ręki.
- Mielona wołowina wymieszana z czymś mokrym: Suche mięso mielone przeraża. Rozsypuje się wszędzie, a maluchy wdychają te małe kawałeczki. Aby temu zaradzić, mieszam ugotowaną mieloną wołowinę z pełnotłustym jogurtem naturalnym lub niesłodzonym musem jabłkowym. Wygląda to jak miejsce zbrodni i utyka w fałdkach na szyi, ale gładko im wchodzi.
- Gigantyczne pulpety: Jeśli ulepicie pulpeta wielkości piłeczki golfowej i upieczecie go do miękkości, mogą wziąć go w obie dłonie i po prostu ogryzać po bokach jak jabłko.
- Rzeczy, których należy całkowicie unikać: Wszystko, co przetworzone. Nasza położna była w tej kwestii bardzo stanowcza. Boczek, parówki, wędliny – są absolutnie nafaszerowane sodem, z którym nerki niemowlaka po prostu nie dają sobie rady. A więc żadnego przemycania kawałka waszej kanapki z bekonem, bez względu na to, jak wymownie się na was gapią.
Gotowanie w ten sposób zajmuje głupio dużo czasu. Nie da się po prostu odgrzać dziecku steka w mikrofali. Trzeba dusić, powoli gotować i nieustannie sprawdzać temperaturę wewnątrz mięsa, bo zatrucie pokarmowe własnych bliźniaków jest raczej źle widziane. Utrzymanie ich z dala od kuchni, kiedy masz do czynienia z gorącym tłuszczem, to logistyczny koszmar.
Zazwyczaj podczas gotowania lokuję je w salonie pod ich Drewnianym Stojakiem Edukacyjnym ze Zwierzątkami. Jest wprost genialny, bo nie miga i nie gra okropnej syntezatorowej muzyki, która wierci dziurę w mózgu. To po prostu spokojna, minimalistyczna drewniana rama z wyrzeźbionym słonikiem i ptaszkiem, w które uderzają rączkami. Daje mi to dokładnie czternaście minut świętego spokoju – akurat tyle, żeby upewnić się, że pulpet wieprzowy jest w pełni upieczony w środku i nie spalić przy tym domu.
Szukasz sposobów na to, by radośnie zająć maluchy, podczas gdy ty spędzasz połowę życia na przygotowywaniu im obiadu? Przejrzyj kolekcję naturalnych stojaków edukacyjnych i akcesoriów do rozszerzania diety od Kianao, by uczynić porę posiłków nieco mniej chaotyczną.
Finansowa ruina z powodu podatku podłogowego
Nikt was nie ostrzega przed tym, jak wielka ilość drogiego, wysokiej jakości białka wyląduje na waszej podłodze. Jako że staramy się być odpowiedzialnymi rodzicami, kupujemy wołowinę od krów karmionych trawą i ekologicznego kurczaka. Czytamy etykiety. Zwracamy uwagę na profil kwasów omega-3.
A potem Zoe bierze kawałek idealnie przyrządzonej ekologicznej jagnięciny za kilkadziesiąt złotych, wysysa z niej soki przez całe trzy sekundy i upuszcza go prosto na posłanie psa. (Nie mamy psa, po prostu rzuciła go na dywanik, na którym czasem śpi kot, ale sens pozostaje). Marnotrawstwo finansowe jest wręcz oszałamiające. Łapię się na tym, że dni później wydłubuję resztki wołowiny premium z pasków od krzesełka do karmienia, przeliczając w głowie, jak wiele pieniędzy utknęło właśnie w tych plastikowych zakamarkach.
Musicie pogodzić się z faktem, że przez pierwszych kilka miesięcy one tak naprawdę nie jedzą tego mięsa. One go tylko doświadczają. Wysysają bogate w żelazo soki, testują teksturę na swoich dziąsłach i uczą się, że jedzenie nie zawsze smakuje jak słodkie mleko mamy czy modyfikowane. To inwestycja w ich przyszłe kubki smakowe, nawet jeśli macie poczucie, że po prostu wyrzucacie drogie zakupy prosto do kosza.
Szczerze mówiąc, karmienie niemowlaków mięsem jest przerażające, brudne i głęboko pozbawione grama luksusu. O 9 rano będziecie pachnieć wołowym tłuszczem. Będziecie wycierać sos pieczeniowy z maleńkich uszu. Ale gdy po raz pierwszy zobaczycie, jak wasze dziecko z sukcesem pochłania kawałek pieczonego kurczaka bez odruchu wymiotnego, poczujecie absurdalne, pierwotne wręcz poczucie spełnienia.
Zanim odważysz się ruszyć na dział mięsny, upewnij się, że jesteś wyposażona na wypadek nieuniknionych fochów ząbkowania, które zawsze pojawiają się tuż przed obiadem. Sprawdź pełną ofertę bezpiecznych, nietoksycznych gryzaków Kianao, aby ukoić obolałe dziąsła malucha, podczas gdy ty będziesz odpalać wolnowar.
Brudne pytania o karmienie niemowląt prawdziwym jedzeniem
Czy one naprawdę potrzebują zębów, żeby żuć mięso?
Byłam przekonana, że tak, ale okazuje się, że wcale nie. Te małe dziąsełka są zaskakująco silne. Dopóki gotujesz mięso do momentu, w którym przechodzi test zgniatania (możesz łatwo rozgnieść je w palcach), ich dziąsła dadzą radę je rozdrobnić. Maya żuła wołowinę na długo przed pojawieniem się jej pierwszego ząbka.
A co, jeśli tylko wysysają soki, a mięso wypluwają?
Dokładnie to robiła Zoe przez pierwszy miesiąc, a nasza pani doktor powiedziała, że to absolutnie normalne. Wszystko to, co dobre – żelazo, tłuszcz, składniki odżywcze – i tak znajduje się w tych sokach. One dopiero uczą się, jak przemieszczać jedzenie w buzi. Po prostu cichutko podnieś szary, wyssany do cna kawałek mięsa z podłogi i postaraj się nie myśleć o tym, ile to kosztowało.
Czy mogę po prostu dać im kawałek mojej parówki?
Zapytałam o to z nadzieją na ułatwienie sobie życia przy śniadaniu, ale odpowiedź to zdecydowane „nie”. Parówki, kiełbaski, boczek i wędliny są nafaszerowane sodem i azotanami. Nerki dorosłego poradzą sobie ze słonym posiłkiem, ale nerki niemowlaka są malutkie i nie za bardzo znają się jeszcze na swojej robocie. Trzymajcie się nieprzetworzonych mięs.
Jak powstrzymać mięso przed wysychaniem i stwarzaniem ryzyka zadławienia?
Suche mięso to wasz wróg. Rozwarstwia się i staje im w gardle. Wszystko gotuję w bulionie lub wodzie, a jeśli podaję coś w stylu mielonej wołowiny, agresywnie mieszam to z jogurtem, niesłodzonym musem jabłkowym lub wywarem na kościach, aż będzie przyjemnie mokre. Wygląda obrzydliwie, ale połyka się to bez problemu.
Czy powinnam się martwić, że zadławią się kością?
I tak, i nie. Porada, którą dostaliśmy, polegała na tym, by szczerze mówiąc, podać im całe udko z kurczaka, z którego obrano całe mięso, chrząstki i te małe ostre kostki, zostawiając jedynie odrobinę mięsa przymocowaną do najgrubszej części kości. Sama kość jest zbyt duża, by się nią zadławić, i daje im coś łatwego do chwycenia podczas gryzienia. Wygląda to dość barbarzyńsko, ale dzieciaki to absolutnie uwielbiają.





Udostępnij:
Cała prawda o gipsówce (i dlaczego wyrzuciłam swoją)
Jak maleńki samogłów wyleczył mnie z poczucia winy w eko-rodzicielstwie