Była dokładnie 7:14 we wtorek. Stałam w kuchni, mając na sobie dziesięcioletnią studencką bluzę mojego męża z tajemniczą plamą z wybielacza na rękawie. Nie zdążyłam nawet wziąć pierwszego łyka mojej letniej latte na mleku owsianym. Wtedy właśnie mój czteroletni syn, Leo, wparował przez przesuwne szklane drzwi, trzymając dłonie szczelnie złożone w łódeczkę, jakby strzegł najcenniejszego, ubłoconego diamentu na świecie.
„Mamusiu, spójrz na moje maleństwo” – wyszeptał, a jego oczy były zdecydowanie zbyt szeroko otwarte.
Myślałam, że to kamień. Albo może jakiś naprawdę duży chrząszcz – co też nie byłoby moim szczytem marzeń, ale z chrząszczem dałabym sobie radę. Wtedy jego małe paluszki się rozchyliły, a na jego brudnej dłoni siedział malutki, pulsujący i niesamowicie oślizgły płaz. Dosłownie mała żabka. I zanim zdążyłam w ogóle przetworzyć to, co się dzieje, Leo delikatnie położył ją prosto na moim czystym, kwarcowym blacie.
Jeśli nigdy nie mieliście do czynienia z nieproszonym, bagiennym stworzeniem, które gapi się na was obok tostera, to uwierzcie mi na słowo – to dość szokujący sposób na rozpoczęcie dnia. To jest dokładnie ten moment, w którym absolutnie nie powinno się panikować, łapać za swój najlepszy szklany pojemnik na lunch i więzić w nim biednego stworzenia, podczas gdy dziecko drze się wniebogłosy. Ale oczywiście dokładnie tak właśnie zrobiłam.
Błagam, nie googlujcie ich diety
Więc tak to wyglądało. Żaba jest uwięziona w szklanym pojemniku, którego zazwyczaj używam na resztki lasagny, a Leo wręcz wibruje z ekscytacji, ponieważ właśnie uznał, że został ojcem. Oczywiście pierwszą rzeczą, jaką czterolatek chce zrobić ze swoim nowym zwierzakiem, jest nakarmienie go. Natychmiast pobiegł do lodówki i wyciągnął z niej zwiędłą marchewkę i paluszek serowy.
Gorączkowo wpisywałam w telefon „co jedzą małe żaby” jedną ręką, drugą próbując powstrzymać Leo przed wrzuceniem sera na żabę. Pozwólcie, że oszczędzę wam koszmaru tej historii wyszukiwania. Zawsze zakładałam, że te małe stworzonka po prostu skubią, no wiecie, trawę albo jakieś glony pływające w stawie. Gdzieś czytałam – no dobrze, mój mąż Dan wyczytał mi to kiedyś z jakiegoś filmu przyrodniczego – że kijanki jedzą gotowaną sałatę. Ale kiedy już wyrosną im nogi? O Boże, to koszmar.
Okazuje się, że potrzebują żywej ofiary. Żywych. Poruszających się. Owadów. Czytałam o wylęgu świerszczy, muszkach owocówkach i mącznikach, a żołądek zwinął mi się w supeł. Dan wszedł sobie spokojnie do kuchni, ocenił sytuację i rzucił: „O, fajnie, chcesz żebym skoczył do zoologicznego po świerszcze?”. Tylko się na niego gapiłam. Gapiłam się tak długo, aż powoli wycofał się z kuchni. W żadnym, ale to w żadnym wypadku nie wniosę do mojego domu torby skaczących robali, żeby nakarmić dzikie zwierzę, które obecnie przebywa w moim naczyniu na lasagnę.
Moja siostra zadzwoniła do mnie na FaceTime w samym środku tego kryzysu, zobaczyła żabę i zapytała, czy mówię o tej starej zabawkowej żabie od lalek Bratz, którą bawiłyśmy się w podstawówce. Po prostu się rozłączyłam. Nie mam absolutnie żadnych zasobów na nostalgię za latami 90., kiedy na moim blacie urzęduje prawdziwa dzika przyroda.
Nasza lekarka nazwała je chodzącymi bombami bakteryjnymi
Podczas gdy Leo był zajęty opowiadaniem żabie historii o traktorze, mój matczyny niepokój wszedł na najwyższe obroty. Przypomniałam sobie rozmowę z naszą lekarką, doktor Aris, z czasów, gdy Leo miał obsesję na punkcie łapania jaszczurek w parku. Widziała, jak od momentu jego narodzin wpadam w panikę z powodu każdej drobnej wysypki i dziwnej kupy, więc zazwyczaj mówi mi prosto z mostu.
Powiedziała mi, że płazy i gady to w zasadzie tylko uroczy mali nosiciele Salmonelli. Zdecydowanie nie jestem ekspertem medycznym, a mój mózg zapamiętuje zaledwie jakieś czterdzieści procent z tego, co mówią lekarze, ale jestem całkiem pewna, że mówiła, że bakterie żyją po prostu na ich skórze. Nawet nie sprawiają, że zwierzaki są chore – po prostu noszą je na sobie, czekając aż maluch ich dotknie, a potem wsadzi palce prosto do buzi. Co, powiedzmy sobie szczerze, jest ulubioną sekwencją zdarzeń każdego małego dziecka.
Patrzę więc na Leo, w całości pokrytego błotem, uświadamiając sobie, że jego układ odpornościowy za chwilę wyruszy na wojnę. Musiałam go przekonać, że nie możemy zatrzymać jego nowego przyjaciela w domu, co wiązało się z wysoce nienaukowym wyjaśnieniem, obejmującym:
- Zmyśloną historię o tym, jak prawdziwa mama żaby płacze w krzakach
- Jakieś mgliste bzdury, które pamiętałam o tym, że żaby muszą pić wodę przez skórę
- Obietnicę dwóch lodów wodnych jeszcze przed śniadaniem
- Absolutne kłamstwo, że nasz dom jest zbyt ciepły dla wrażliwych żabich paluszków
Ostatecznie udało nam się przenieść całą operację z powrotem na zewnątrz, a ja wyszorowałam mu ręce taką ilością mydła antybakteryjnego, że jestem prawie pewna, iż zmyłam mu warstwę linii papilarnych.
Podczas całego tego błotnego fiaska miał na sobie body dla dziecka z bawełny organicznej od Kianao i szczerze muszę je tu pochwalić. To mój absolutnie ulubiony element jego garderoby. Głównie dlatego, że jest na tyle miękkie, że nie zdziera go z siebie w szałach sensorycznych, ale też dlatego, że jakimś absolutnym cudem pralniczych bogów, bagienne błoto rzeczywiście zeszło z tej organicznej bawełny. Nie mam pojęcia, jak oni to robią, ale przetrwało wielki wtorkowy incydent z żabą, więc zyskało moją dozgonną lojalność.
Inny zielony potwór w mojej łazience
Zabawne jest to, że kiedy w naszym domu padają słowa „mała żabka”, zazwyczaj oznaczają one coś zupełnie innego i, szczerze mówiąc, prawie równie obrzydliwego. Mowa o pisuarze dla dzieci.

Jeśli macie małego synka, pewnie już widzieliście te cuda. To jaskrawozielona, plastikowa żaba, którą przykleja się na przyssawki do ściany w łazience, żeby mali chłopcy mogli uczyć się sikać na stojąco bez konieczności używania podnóżka. Dan kupił taką w internecie kilka miesięcy temu, całkowicie przekonany, że będzie to złoty środek na odpieluchowanie. W środku, w jej pyszczku, znajduje się mały, obracający się cel.
Nienawidzę jej. Tak bardzo jej nienawidzę.
Teoretycznie, obracający się cel pomaga im ćwiczyć celność. W rzeczywistości jest to po prostu zraszacz moczu. Dziecko tak się ekscytuje sprawianiem, że kółko się kręci, że wszystko po prostu leci dookoła. Na listwy przypodłogowe, matę łazienkową, jego własne skarpetki. Katastrofa. Poza tym, i tak trzeba odczepić tę małą plastikową miseczkę i wylać zawartość do dużej toalety, co oznacza, że ciągle noszę chlupiącą miskę siuśków przez całą łazienkę.
Dan próbował zrobić z tego całą grę. Kupił zestaw miękkich klocków dla niemowląt od Kianao, żeby używać ich jako toru przeszkód czy czegoś w tym stylu w strefie toaletowej. Szczerze mówiąc, klocki sprawdzają się do tego tak sobie. Są absolutnie świetne jako klocki – bardzo miękkie, bez dziwnej chemii, bezpieczne do gryzienia – ale w mojej łazience Leo użył ich do zbudowania dosłownej barykady wokół swojego plastikowego żabiego pisuaru. Więc teraz muszę demontować mur z miękkiej gumy za każdym razem, gdy muszę przetrzeć podłogę.
W każdym razie, bez względu na to, czy jest to prawdziwy płaz, czy ten plastikowy, obydwa po prostu generują gigantyczny bałagan w moim domu.
Sprawdźcie kolekcję ubranek z bawełny organicznej i bezpiecznych drewnianych zabawek od Kianao, jeśli potrzebujecie rzeczy, które naprawdę przetrwają chaos malucha, bez dodawania kolejnej porcji plastiku do waszej łazienki.
Dzikiej przyrodzie najlepiej na zewnątrz
Kiedy błoto zostało już posprzątane, a szklany pojemnik przeszedł przez zmywarkę na najgorętszym cyklu odkażającym, na jaki prawnie pozwalał mój podgrzewacz wody, usiadłam i w końcu wypiłam moją zimną kawę. Poczułam nostalgię za czasami, kiedy Leo był malutki, a jego największą obsesją wcale nie było łapanie dzikich zwierząt.

Kiedy moja córka Maya była mała, nie mieliśmy kryzysów błotnych. Mieliśmy tylko te ząbkowe. Pamiętam, jak przemierzałam z nią korytarz o drugiej w nocy, kompletnie półprzytomna, podczas gdy ona z furią żuła swój gryzak panda. Ta rzecz uratowała nam życie. Jest na tyle płaska, że mogła ją trzymać, nawet gdy jej koordynacja wynosiła okrągłe zero, i nie ma w niej dziwnych szczelin, w których mógłby utknąć jakiś brud. Czasami patrzę na Leo biegającego po podwórku w poszukiwaniu robaków i tęsknię za czasami, gdy kawałek zimnego silikonu potrafił rozwiązać wszystkie nasze problemy.
Teraz staramy się po prostu obserwować naturę z bezpiecznego dystansu, bez dotykania. Wydaje mi się, że czytałam, iż żaby wchłaniają nasze kremy do rąk i naturalne sebum przez skórę, co jest dla nich naprawdę szkodliwe. Zbudowaliśmy więc w rogu ogrodu mały stosik z kamieni i nazwaliśmy go „ropuszą rezydencją”, co brzmi, jakbym była mamą z Pinteresta, ale w rzeczywistości jest to po prostu rozpaczliwa próba powstrzymania mojego dziecka przed wnoszeniem żywych zwierząt do kuchni.
Teraz oglądamy je z tarasu. Nie potrzebujemy do tego szklanych pojemników. I szczerze mówiąc, moje ciśnienie krwi jest dzięki temu o niebo lepsze.
Jeśli macie malucha, który kocha eksplorować, ale zależy wam na bezpiecznych i zrównoważonych produktach, koniecznie odwiedźcie resztę sklepu Kianao w poszukiwaniu ubranek i akcesoriów, które poradzą sobie z tym bałaganem.
Brudna rzeczywistość życia maluchów i natury (FAQ)
Czy to w porządku, jeśli moje dziecko dotyka dzikich żab na podwórku?
Słuchajcie, ja sama za każdym razem panikuję, ale z tego co mówiła moja lekarka, naprawdę warto tego unikać u dzieci poniżej piątego roku życia. Żaby przenoszą Salmonellę, a maluchy dosłownie cały czas pchają rączki do buzi. Jeśli jednak dziecko taką złapie, rzućcie wszystko i natychmiast umyjcie mu ręce dużą ilością mydła. Nie pozwólcie nawet, by wcześniej wytarło dłonie w spodnie.
Jak powstrzymać dziecko przed próbami łapania wszystkiego, co się rusza?
Jeśli znajdziecie na to sposób, błagam, wyślijcie mi maila. Ale tak na poważnie – po prostu daliśmy Leo małą lupę i powiedzieliśmy, że jest "naukowcem-przyrodnikiem", a naukowcy patrzą tylko oczami, a nie rękami. Działa w jakiś 40 procentach przypadków, co osobiście uważam za gigantyczny rodzicielski sukces.
Czy te żabie pisuary dla dzieci naprawdę warto kupić?
Mój mąż uważa, że to najlepszy wynalazek wszech czasów, ale według mnie to jeden wielki bałagan. Obracający się cel po prostu rozrzuca siuśki na wszystkie strony. Jeśli macie nieskończoną cierpliwość do wycierania listew przypodłogowych – śmiało, ale szczerze mówiąc, nauka na zwykłym sedesie z podnóżkiem jest o wiele mniej obrzydliwa dla osoby, która akurat sprząta łazienkę.
Co zrobić, jeśli przypadkiem wnieśliśmy do domu małą żabkę?
Przede wszystkim – nie wkładajcie jej do swoich dobrych pojemników na jedzenie. Po prostu delikatnie złapcie ją do plastikowego kubeczka, wynieście z powrotem na zewnątrz do wilgotnego, zacienionego miejsca i wypuśćcie. I cokolwiek byście robili, nie sprawdzajcie w Google, czym ją nakarmić, chyba że macie ochotę spędzić resztę popołudnia na sprawdzaniu, gdzie kupić żywe świerszcze w hurcie.





Udostępnij:
Przerażająca prawda o Baby FNAF: Odkrycie zmęczonego taty
Dlaczego elektryczna G-Klasa dla dzieci o mało nie zrujnowała mojego wtorku