Był wtorek. 14:14. Stałam w kuchni w czarnych legginsach, które nie widziały wnętrza pralki od zeszłego czwartku, i staniku do karmienia, który w tym momencie dawał już tylko luźną sugestię wsparcia. Maya miała osiemnaście miesięcy, a ja odwróciłam się dokładnie na tyle czasu, ile potrzeba, by przelać wczorajszą mrożoną kawę do kubka termicznego i wsadzić go do mikrofali, bo jestem potworem, który pije podgrzane cold brew. Gdy mikrofala zapiszczała, a ja się odwróciłam, ona stała na wyspie kuchennej. Nie siedziała na niej. Stała. Trzymając w połowie zjedzonego, okropnie obitego banana, wyglądała jak mała, triumfująca Statua Wolności. O Boże. Prawie upuściłam kubek.
Mój mąż, Dave, zawsze mówi, że przesadzam z jej mobilnością, kiedy opowiadam te historie na imprezach ze znajomymi. Ale przysięgam, wspinała się po uchwytach dolnych szafek jak po profesjonalnej ściance wspinaczkowej. To tak, jakby ta mała wiewiórka była dobra we wszystkim, z wyjątkiem trzymania własnych stóp na podłodze. Poważnie, gdyby wspinaczka po meblach była sportem olimpijskim, miałaby złoto. Kocham ją nad życie, ale ona jest nie do zatrzymania. Pewnego dnia znalazłam ją siedzącą na stole w jadalni, w całkowitej ciszy, po prostu patrzącą, jak pies śpi. Jak się tam dostała? Nie mam pojęcia. Krzesła były wsunięte. To przeczy prawom fizyki. W każdym razie, rzuciłam się przez całą kuchnię, wylałam kawę na blat — bo oczywiście tak musiało być, nie mogę mieć ładnych rzeczy — a ona po prostu zachichotała i próbowała schować tego rozciapanego banana za miską z owocami. Chomikowanie. Wspinaczka. Bieganie. To było przerażające.
Zaraz, czy to o tym internetowym komiksie?
Później w tym samym tygodniu narzekałam na ten stan przedzawałowy przy wyspie kuchennej naszej opiekunce, Chloe. Chloe ma dziewiętnaście lat, studiuje grafikę i wie dosłownie wszystko o kulturze internetowej, której ja jestem zbyt stara i zmęczona, by zrozumieć. Zaśmiała się, kiedy nazwałam Mayę wiewiórką, i zapytała, czy nawiązuję do tego koreańskiego komiksu. A ja na to: o czym ty w ogóle mówisz. Okazuje się, że w internecie krąży teraz szalenie popularna powieść internetowa czy komiks o tytule dosłownie Baby Squirrel Is Good At Everything. Z tego, co Chloe wyjaśniła między kęsami resztek naszej pizzy, to historia fantasy o dziewczynie, która zmienia się w małe leśne stworzonko i leczy rodzinne traumy swoimi uroczymi wybrykami. Sama nie wiem, brzmi niesamowicie uroczo. Gdyby tylko moje własne dziecko było magicznym stworzeniem uzdrawiającym duszę, a nie dzikim brzdącem, który próbuje chomikować czerstwe chrupki w moich butach do biegania. Chloe czyta to na telefonie w ciemności, kiedy Maya śpi. Ja czytam przerażające ostrzeżenia z tyłu butelek syropu przeciwbólowego dla dzieci. Różne etapy życia, tak przypuszczam.
Dlaczego one nagle chcą wspinać się po zasłonach
Ale tak szczerze, to wspinanie tak bardzo mnie stresowało. Wspomniałam o tym u pediatry na bilansie 18-miesięcznym, bo autentycznie bałam się, że rozbije sobie głowę o płytki w naszym przedpokoju. Doktor Miller — który sam zawsze wygląda na lekko wyczerpanego, co u lekarza bardzo doceniam — zaśmiał się cicho i powiedział, że to całkowicie normalny etap rozwoju. Wymamrotał coś o tym, że ich mózgi robią taki ogromny skok, gdzie nagle zdają sobie sprawę, że ich ciała mogą poruszać się w pionie, a nie tylko w poziomie. Wydaje mi się, że ma to związek ze świadomością przestrzenną i dużą motoryką. Ma to sens, ale potem od niechcenia rzucił przerażającą statystyką o przewracających się meblach, co wciągnęło mnie w absolutną spiralę paranoi.

Ponoć oficjalne gremia pediatryczne twierdzą, że zachowywanie się przez małe dzieci jak dosłowne gryzonie między dwunastym a dwudziestym czwartym miesiącem życia jest czymś bardzo powszechnym. Chomikowanie jedzenia w dziwnych miejscach, nieustanne bieganie, całkowity brak instynktu samozachowawczego. Doktor Miller stwierdził w zasadzie: proszę pani, prawdopodobnie i tak nie powinna pani nawet próbować jej powstrzymywać przed wspinaczką, więc po prostu musi pani przykręcić komody do ściany. Więc Dave spędził całą sobotę, wiercąc dziury w naszych ścianach z karton-gipsu. Trzy razy jeździł do marketu budowlanego, bo ciągle kupował zły rozmiar kołków. Pocił się i przeklinał pod nosem, przymocowując te superwytrzymałe pasy mocujące do każdego regału, komody i szafki pod telewizor, jakie posiadamy. Kupił takie masywne metalowe wsporniki, które wyglądają, jakby ich miejsce było na moście wiszącym, a nie na komodzie w pokoju dziecięcym. Ale hej, jeśli ma to uchronić meble przed zmiażdżeniem jej, kiedy nieuchronnie spróbuje się po nich wspiąć, by dosięgnąć elektronicznej niani, jestem jak najbardziej za. Bezpieczeństwo przede wszystkim, nawet jeśli zniszczy to nasze ściany. Nasz salon wygląda teraz jak więzienie o zaostrzonym rygorze dla książek, ale nieważne.
Wybawca o 3 nad ranem (i kocyk, który wylądował w jogurcie)
Szczerze mówiąc, ta chaotyczna energia wiewiórki siedziała nie tylko w jej nogach, ale i w buzi. Gdy Mayi wyrzynały się zęby trzonowe, żuła WSZYSTKO. Rogi stolika kawowego. Moje ramię. Szarpak psa (nie oceniajcie mnie, wyprałam go... w końcu, tak mi się wydaje). Śliniła się tak, że zużywała chyba cztery body dziennie i miała ciągłą, czerwoną i podrażnioną wysypkę na brodzie. W końcu, w desperackiej mgle niewyspania o 3 nad ranem poddałam się i kupiłam ten silikonowy gryzak dla niemowląt w kształcie wiewiórki z żołędziem od Kianao. Najlepszy impulsywny zakup w moim życiu. Nie żartuję.

Zazwyczaj uważam gryzaki za bezużyteczne kawałki plastiku, które gubią się pod fotelem samochodowym i tylko zbierają paprochy, ale ten wykonany jest w 100% z silikonu spożywczego i ma kształt małej, miętowej wiewiórki trzymającej żołędzia. Właściwie jest to kształt pierścienia, więc Maya mogła zahaczyć o niego swoimi pulchnymi, lepkimi paluszkami, nie upuszczając go co pięć sekund. Zwykle wkładałam go do lodówki. Przy okazji, nie do zamrażarki. Doktor Miller powiedział, że zamrażanie sprawia, że są zbyt twarde i mogą siniaczyć ich dziąsła. Świetnie, po prostu kolejna rzecz, o której zepsucie muszę się martwić. Kiedy o 16:00 wpadała w histerię z krzykiem, bo wyrzynał jej się ząbek, dawałam jej ten zimny pierścień z wiewiórką, a ona po prostu obgryzała część z żołędziem, jakby od tego zależało jej życie. Poważnie, uratowało to moje zdrowie psychiczne podczas najgorszego miesiąca ząbkowania w naszym życiu. Poza tym, możesz go po prostu wrzucić do zmywarki. Jeśli czegoś nie można włożyć do zmywarki, to nie przetrwa w tym domu. Kropka.
Mówiąc o dziecięcych gadżetach z motywem wiewiórki, moja teściowa kupiła nam kocyk dla niemowląt z bawełny organicznej w wiewiórki, kiedy Maya się urodziła. Jest... miły. Nie zrozumcie mnie źle, jest absurdalnie miękki, bo to bawełna organiczna, a mały leśny nadruk jest bardzo uroczy i w estetyce mam z Pinteresta. Ale szczerze mówiąc, to jest kocyk. Robi to, co kocyki mają robić. Używaliśmy mniejszego rozmiaru do wózka, kiedy mocno wiało, ale drugiego dnia Leo od razu rozsmarował na nim w połowie zjedzoną tubkę jogurtu jagodowego. Sprało się bez problemu. Prawdę mówiąc, po praniu zrobił się nawet nieco bardziej miękki. Po prostu nie jestem osobą, która zbytnio ekscytuje się kocykami. Jest ładny, ekologiczny, ogrzewa dziecko. Czego chcieć więcej.
Mieliśmy też drewniany gryzak z grzechotką Koala, który był uroczy, bo wydawał cichy dźwięk przy potrząsaniu, ale w tych najcięższych dniach trzonowców zdecydowanie wolała silikonową wiewiórkę. Jednak drewniane kółko przy koali świetnie sprawdzało się na przednie ząbki, więc wiecie, dobrze mieć wybór, kiedy wasze dziecko zachowuje się jak mały rekin.
Jeśli obecnie toniecie w fazie ząbkowania, wspinania się i absolutnego chaosu wczesnego dzieciństwa, to prawdopodobnie powinniście po prostu się poddać i sprawdzić te organiczne niezbędniki dla niemowląt oraz gryzaki, zanim całkowicie stracicie zmysły.
Prawdziwe spotkania z dziką naturą są piekielnie stresujące
Druga część tego całego kryzysu tożsamości leśnego stworzenia w moim domu to mój starszy syn, Leo. Leo ma siedem lat i święcie wierzy, że jest profesjonalnym ratownikiem dzikich zwierząt. Jest w fazie, w której ogląda z Dave'em programy o sztuce przetrwania w dziczy w niedzielne poranki i teraz uważa, że jest Bearem Gryllsem. Ma taką małą płócienną kamizelkę z kieszeniami, w której chodzi wszędzie, wypchaną kamieniami, gałązkami i — nie żartuję — na wpół zjedzonym batonikiem musli z października. Zeszłej wiosny byliśmy w parku wzdłuż naszej ulicy. Siedziałam na wilgotnej drewnianej ławce, próbując wypić kawę, póki była jeszcze w miarę gorąca, a Leo podbiegł do mnie sprintem, zupełnie bez tchu. – Mamo. Mamo. Znalazłem dzidziusia. Prawdziwego.
Serce zjechało mi prosto do żołądka. Myślałam, że chodzi mu o ludzkie dziecko, które ktoś zostawił w piaskownicy. Nie. Pociągnął mnie za rękę do tego ogromnego dębu w pobliżu huśtawek, a tam, w ziemi, była prawdziwa, dosłownie mała wiewióreczka. Wypadła z gniazda gdzieś wysoko w górze. Była malutka, piszczała i była prawie całkiem łysa.
Zaraz, pozwólcie, że się cofnę. Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom ma tę całą przerażającą stronę internetową o niedotykaniu dzikich zwierząt z powodu kleszczy, pcheł, a czasem grzybicy. Grzybica! Co brzmi jak absolutny koszmar w domu z dwójką dzieci i psem. Chyba mój lekarz wspomniał kiedyś, że małe gryzonie nie przenoszą zbytnio wścieklizny, ale potrafią mocno ugryźć, gdy są przerażone. Tak czy inaczej, Leo wyciągał swoją brudną, małą rączkę, żeby zgarnąć to malutkie, piszczące stworzonko, a ja zapiszczałam. W sensie tak całkowicie panicznie, jak w horrorze. Złapałam go z tyłu za kołnierzyk koszulki i szarpnęłam do tyłu.
Był na mnie TAK BARDZO zły. Płakał, mówił, że jestem wredna. Skończyło się na tym, że zadzwoniliśmy z mojego telefonu do lokalnej rehabilitantki dzikich zwierząt prosto z parku. Miała na imię Brenda, brzmiała jakby paliła trzy paczki papierosów dziennie i miała absolutnie zero cierpliwości do mojego panicznego bełkotu. Kazała nam po prostu zostawić ją w spokoju. Powiedziała, że jeśli włoży się malucha do małego, otwartego pudełka u podstawy drzewa i bardzo mocno się odsunie, to matka zazwyczaj zejdzie i weźmie go z powrotem na górę. Znaleźliśmy w koszu wyrzuconą tekturową podstawkę na napoje, włożyliśmy do niej zwierzaka używając patyka (żeby go nie dotykać) i przez godzinę obserwowaliśmy to z odległości kilkunastu metrów. Matka faktycznie przyszła! To było niesamowite. W sensie, natura jest niesamowita, ale proszę, nie pozwalajcie swoim dzieciom dotykać przypadkowych dzikich zwierząt. Kupcie im po prostu lornetkę i powiedzcie, żeby patrzyły z daleka. To o wiele mniej stresujące dla wszystkich zaangażowanych.
Szczerze mówiąc, wychowywanie malucha, który wkroczył w erę chaotycznego leśnego stworzenia, to po prostu maraton utrzymywania go przy życiu, podczas gdy on aktywnie próbuje się zrzucić z mebli w salonie. Po prostu musisz to przetrwać. Kupujesz supermocne pasy do mebli, znajdujesz gryzak, który nie jest do bani, odwracasz ich uwagę tysiąc razy dziennie i pijesz absurdalne ilości kawy.
Jeśli musicie zaopatrzyć się w rzeczy, które mogą wam szczerze pomóc przetrwać tę dziką fazę, zróbcie zakupy ekologicznych i bezpiecznych produktów dla niemowląt Kianao właśnie tutaj, zanim wasze dziecko wespnie się na półki w spiżarni i zje wszystkie przekąski.
Kilka pytań, które dostaję na temat całego tego zamieszania
- Jak powstrzymać mojego malucha przed wspinaniem się na meble? Nie da się. W sensie, możecie próbować, ale one są szybsze od was i nie czują strachu przed śmiercią. Doktor Miller powiedział mi, żebym przestała z tym walczyć i po prostu zabezpieczyła ciężkie rzeczy. Zdobądźcie te zabezpieczenia przed przewróceniem do waszych komód i telewizorów. I może kupcie miękki zestaw piankowych klocków do wspinaczki, żeby miały coś legalnego do wspinania się, kiedy dostaną głupawki.
- Dlaczego moje dziecko przechowuje jedzenie w dziwnych miejscach? Ponieważ to mali chomikujący zbieracze. Maya kiedyś schowała kawałek sera do mojego buta zimowego i nie znalazłam go przez trzy tygodnie. To całkowicie normalne, chyba po prostu odkrywają stałość obiektu i przejmują swoje terytorium. Po prostu regularnie sprawdzajcie poduszki na kanapie i postarajcie się nie myśleć o okruszkach.
- Czy silikonowe gryzaki są naprawdę lepsze od tych plastikowych? Tak, o mój Boże, tak. Plastikowe stają się dziwne i porysowane, i nie da się ich wygotować ani włożyć do zmywarki bez roztopienia w toksyczną kałużę. Silikon spożywczy, taki jak w tej wiewiórce, o której wspomniałam, jest w zasadzie niezniszczalny i można go naprawdę wyczyścić bez utraty zmysłów.
- Co tak na poważnie powinnam zrobić, jeśli moje dziecko znajdzie dzikie maleństwo? NIE POZWÓLCIE IM GO DOTYKAĆ. Naprawdę, zastosujcie zasadę trzech metrów. Wyguglujcie lokalnego rehabilitanta dzikich zwierząt (pozdrowienia dla Brendy) i zadzwońcie do niego. Zazwyczaj każą wam zostawić je w spokoju, żeby matka mogła po nie wrócić. Nie próbujcie karmić go krowim mlekiem z lodówki, tylko sprawicie, że zachoruje.
- Czy ten koreański komiks jest naprawdę odpowiedni dla dzieci? Szczerze mówiąc, Chloe twierdzi, że jest mega uroczy i pozytywny. To w większości po prostu urocze fantasy o uzdrawianiu rodziny. I tak jest o wiele lepsze niż połowa tych dziwnych, generowanych przez algorytmy śmieci, które dzieci znajdują na YouTubie. Jeśli wasze starsze dzieci albo nastolatki to czytają, to prawdopodobnie nic w tym złego. Może tylko nie pozwólcie im próbować zmieniać kształtów w salonie.





Udostępnij:
Modne pluszowe elfy "Baby Three" to tak naprawdę koszmar
Dlaczego jako tata zupełnie nie doceniłem wykreślanki na baby shower