W 34. tygodniu ciąży mojej żony, oboje wpadliśmy w jakiś amok w podmiejskim centrum handlowym i kupiliśmy maszynę zaprojektowaną specjalnie do podgrzewania chusteczek nawilżanych do dokładnie 37 stopni Celsjusza. Pamiętam, jak stałem przy kasie, podając kartę debetową, całkowicie przekonany, że jeśli nasze bliźniaczki doświadczą zimnej chusteczki na swoich pośladkach, poniesiemy porażkę jako rodzice. Kupiliśmy też napędzany silniczkiem leżaczek, który grał agresywnie wesołą muzykę na marimbie, kosz Mojżesza ze sztucznego futra, który wyglądał, jakby należał do rosyjskiego oligarchy, i malutkie dżinsowe kurtki, których założenie na wrzeszczące niemowlę wymagałoby użycia łyżki do butów.
Mój przedpokój wyglądał jak punkt skupu makulatury. Wieczory spędzałem na rozcinaniu kartonów z Amazona i budowaniu fortecy ze sprzętu, którego wcale nie potrzebowaliśmy, całkowicie nieświadomy faktu, że noworodki w zasadzie chcą tylko leżeć na twojej klatce piersiowej i głośno płakać prosto do twojego ucha, dopóki nie zasną. Daliśmy się wciągnąć w wielką konsumpcyjną panikę współczesnego rodzicielstwa, a to kosztowało nas fortunę.

Wielkie oszustwo nowoczesnej wyprawki
Wystarczyły dokładnie trzy dni spędzone w domu z dziewczynkami, abyśmy zdali sobie sprawę, że zostaliśmy całkowicie oszukani przez branżę dziecięcą. Ten podgrzewacz do chusteczek, z którego byliśmy tacy dumni? Wypiekał dolną połowę chusteczek na kruchy, brązowy papier ścierny, a górną zamieniał w wilgotne siedlisko bakterii. Jestem prawie pewien, że to on przyczynił się do powstania odparzeń pieluszkowych tak spektakularnych, że wymagały kremu na receptę.
Do tego doszła kwestia spania. Moja mająca dobre chęci ciocia przysłała nam ten masywny, pluszowy kocyk-przytulankę dla dziecka, który był w połowie misiem, w połowie polarem i w całości przerażał. Kiedy dr Hastings, nasza do bólu konkretna pielęgniarka środowiskowa, przyszła na dwutygodniową wizytę kontrolną, podniosła go dwoma palcami niczym brudną chusteczkę. Kazała mi natychmiast wyrzucić go do kosza, wyjaśniając, że niemowlęta potrzebują twardego jak skała materaca i śpiworka, a dosłownie wszystko inne w łóżeczku to ryzyko uduszenia czekające, by zrujnować ci życie. Wymamrotała też coś przerażającego o „zespole dziecka pojemnikowego”, kiedy zobaczyła dwa wibrujące leżaczki-bujaczki, które kupiliśmy, zwracając nam uwagę, że przypinanie dzieci do plastikowych wiaderek na cały dzień spłaszcza im główki i rujnuje rozwój bioder.
Tego samego popołudnia wyniosłem bujaczki na strych. Szybko uczysz się, że utrzymanie dziecka przy życiu polega głównie na usuwaniu rzeczy z jego otoczenia, a nie ich dodawaniu.
Rzeczy, które faktycznie utrzymały moje dziewczynki przy życiu (a mnie przy zdrowych zmysłach)
Bardzo chciałbym wam powiedzieć, że zostałem minimalistycznym mnichem, ale tak naprawdę potrzebujesz kilku rzeczy, żeby wchłaniały płyny ustrojowe i utrzymywały krzyki na akceptowalnym poziomie. Po prostu przestałem kupować miniaturowe ubrania dla dorosłych. Niemowlęta nie chodzą, ergo nie potrzebują butów sportowych, ty skończony wariacie. Przestań kupować im Nike Air Force 1.

To, czego naprawdę potrzebujesz, to ogromny stos body, które wytrzymają pranie w 40 stopniach bez rozpadania się na kawałki. Ostatecznie wyrzuciłem wszystkie welurowe pajacyki i drapiące lniane ogrodniczki, które dostaliśmy w prezencie, i w zasadzie żyliśmy wyłącznie dzięki body z bawełny organicznej od Kianao. Jestem nienaturalnie przywiązany do tych konkretnych ubranek, bo przetrwały wielką epidemię rotawirusa z zeszłego listopada. Bawełna jest na tyle miękka, że nie podrażniła egzemy u Bliźniaczki A (dostaje wysypki, jeśli syntetyczne włókno choćby na nią spojrzy), a dekolt rozciąga się na tyle szeroko, że można go ściągnąć przez ramiona w dół, gdy wybuch w pieluszce nieuchronnie przekroczy granice bezpieczeństwa. Jeśli spróbujesz zdjąć brudne body przez głowę dziecka, skończysz na wycieraniu odchodów z jego włosów – lekcja, którą odebrałem o 3 nad ranem we wtorek.
Na czas zabawy porzuciłem błyskające plastikowe potwory, od których dostawałem migreny, i kupiłem Stojak edukacyjny Dzika Dżungla. Jest drewniany, nie wymaga baterii AA i kupił mi dokładnie cztery minuty spokoju na wypicie letniej kawy, podczas gdy dziewczynki agresywnie wpatrywały się w szydełkowego lwa. Leżenie na brzuszku to zazwyczaj po prostu wbijanie przez dziecko twarzy w dywan i wrzeszczenie na podłogę, ale posiadanie czegoś ładnego do oglądania nieco opóźniło nieuniknioną histerię.
Ząbkowanie to zupełnie inny krąg piekła. Używaliśmy Gryzaka Panda, który, szczerze mówiąc, po prostu daje radę. Silikon jest porządny i dziewczynki żuły go wściekle, gdy wyrzynały się im przednie zęby, ale też co dziesięć minut wyrzucały go pod kanapę, więc spędzisz pół dnia na wygrzebywaniu go z kłębków kurzu. Działa, ale kup od razu trzy, bo na pewno zgubisz je gdzieś w bagażniku samochodu.
Czarna magia handlu z drugiej ręki
Ponieważ dzieci wyrastają ze wszystkiego w jakieś cztery sekundy, w końcu i tak przyłapiesz się na tym, że przewijasz telefon o 2 w nocy, desperacko polując na wyprzedaże tanich rzeczy dla dzieci, bo nie masz zamiaru płacić czterdziestu funtów za śpiworek, na który z pewnością i tak zwymiotują.

Szybko stałem się łowcą okazji. Zrozumiałem, że zaryzykowanie i kupno u sprzedawców internetowych rzeczy dla dzieci ze zwrotów to zazwyczaj genialny pomysł – kupiłem wysokiej klasy elektroniczną nianię z kamerą za pół ceny tylko dlatego, że ktoś rozerwał kartonowe opakowanie. Dotarła w idealnym stanie, chociaż instrukcja obsługi była po szwedzku, co szczerze mówiąc nie miało znaczenia, bo miała tylko trzy przyciski.
Ale kupowanie z drugiej ręki ma bardzo surowe zasady. Nasz pediatra powiedział nam, żeby nigdy, przenigdy nie kupować używanego fotelika samochodowego, ponieważ nie da się stwierdzić, czy jego konstrukcja nie została naruszona w wypadku, a ponadto, jak się okazuje, po kilku latach plastik po prostu traci swoje właściwości. Kto by pomyślał, że plastik ma termin ważności? Nauczyłem się też unikać łóżeczek w stylu vintage, głównie dlatego, że te stare z opuszczanym bokiem to w zasadzie nielegalne śmiertelne pułapki. Nie uśmiechało mi się też kupowanie używanego laktatora, chyba że miałbym ochotę na fascynujący eksperyment z pleśnią rosnącą w rurkach.
Próba odzyskania pieniędzy
Mniej więcej po pół roku wasz salon skurczy się do rozmiarów znaczka pocztowego, bo będzie wypełniony skoczkami i plastikowymi stolikami edukacyjnymi, których wasze dziecko nie dotykało od tygodni. To jest ten moment, w którym wpatrujesz się w tę górę plastiku i wpisujesz w Google gdzie sprzedać rzeczy dla dziecka, głęboko przekonany, że odzyskasz poniesione straty.
Pozwólcie, że zaoszczędzę wam trochę czasu. Facebook Marketplace to bezprawne pustkowie. Kiedyś spędziłem trzy dni, pisząc z niejaką Brendą o sterylizatorze do butelek za 10 funtów, tylko po to, by na koniec zapytała, czy mógłbym jej go dostarczyć do miasteczka oddalonego o 60 kilometrów. Obciążenie psychiczne związane ze sprzedawaniem rzeczy jedna po drugiej ostatecznie cię łamie, co prowadzi do gorączkowego wyszukiwania gdzie mogę hurtowo sprzedać rzeczy dla dzieci za gotówkę, ponieważ zbliżają się opłaty za żłobek, a te kosztują tyle, co mała rata kredytu hipotecznego w Londynie.
Skończyło się na tym, że zatargałem worki na śmieci pełne za małych pajacyków do lokalnego komisu. Dali mi około 14 funtów za czterdzieści sztuk, co uznałem za ogromną zniewagę, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że te rzeczy w końcu zniknęły z mojego domu i nie muszę już rozmawiać z Brendą. Wziąłem te 14 funtów, kupiłem w narożnym pubie pintę nieco rozczarowującego jasnego piwa i delektowałem się trzydziestoma minutami ciszy.
Rodzicielstwo polega głównie na przenoszeniu plastikowych obiektów z jednego pokoju do drugiego, podczas gdy próbujesz powstrzymać małego człowieka przed zjedzeniem kłębka kurzu z dywanu. Nie kupujcie podgrzewacza do chusteczek. Trzymajcie się podstaw, ufajcie swojemu instynktowi i pogódźcie się z tym, że wasz dom już nigdy nie będzie wyglądał jak okładka z magazynu wnętrzarskiego.
Pytania, które gorączkowo wpisywałem w Google o 3 nad ranem
Kiedy dzieci tak szczerze potrzebują butów?
Kiedy chodzą po żwirze na zewnątrz. I to by było na tyle. Zakładanie malutkich skórzanych półbutów dwumiesięcznemu dziecku, które nie potrafi nawet utrzymać własnej głowy, to syzyfowa praca. I tak zaraz skopią je prosto do kałuży.
Czy podgrzewacz do chusteczek jest naprawdę taki zły?
Tak. Wysusza chusteczki, namnaża dziwne bakterie i sprawia, że twoje dziecko staje się całkowicie nietolerancyjne na chusteczki w temperaturze pokojowej, co oznacza, że będziesz mieć na głowie wrzeszczącą histerię za każdym razem, gdy przyjdzie ci przebrać je w publicznej toalecie. Zimne chusteczki budują charakter.
Czy mogę używać wózka z drugiej ręki?
Absolutnie tak, wręcz powinieneś, bo nowe kosztują tyle co używana Honda Civic. Tylko upewnij się, że hamulce działają, sprawdź, czy stelaż nie jest uszkodzony, i bądź gotowy na to, że spędzisz popołudnie na myciu myjką ciśnieniową wgniecionych w materiał wafelków ryżowych i tajemniczych plam.
Ilu ubranek naprawdę potrzebuję dla noworodka?
Wystarczająco dużo, by przetrwać 24-godzinną jelitówkę bez robienia prania. W naszym przypadku oznaczało to około dziesięciu body i siedmiu zapinanych na zamek pajacyków. Nie kupujcie niczego z denerwującymi guzikami, chyba że sprawia wam przyjemność płakanie podczas prób dopasowania nap w ciemności.
Czy te puszyste ochraniacze do łóżeczka są bezpieczne?
Nie. Wytyczne służby zdrowia są w tej kwestii niezwykle surowe. Ochraniacze, poduszki i masywne pluszowe zabawki po prostu ograniczają przepływ powietrza i stwarzają ogromne ryzyko uduszenia. Łóżeczko waszego dziecka powinno wyglądać jak przygnębiająca więzienna cela: twardy materac, prześcieradło z gumką i dziecko w śpiworku. Nic więcej.





Udostępnij:
Jak przetrwać erę Baby Spice: plamy z kurkumy i pop lat 90.
Absurdalna prawda o kupowaniu butów Ugg dla noworodka