Richmond Park o szóstej czternaście rano późną wiosną to bardzo specyficzny rodzaj czyśćca. Trawa składa się tu w całości z lodowatego błota, powietrze jest gęste od tej typowo brytyjskiej mżawki, która właściwie nie wygląda jak deszcz, ale i tak jakimś cudem przemacza cię na wylot aż po bieliznę termiczną, a ja stoję obok bardzo starego dębu, trzymając w dłoniach dwa sproszkowane wafle ryżowe. Bliźniaczka A — która obecnie przechodzi przez bardzo pewny siebie, głośny etap, w którym identyfikuje wszystkie żywe stworzenia jako psa lub autobus — wibruje z ekscytacji, celując pulchnym, oblepionym biszkoptami paluszkiem w gąszcz mokrych paproci. „Mały piesio!” — piszczy, rozdzierając na strzępy pogodną leśną ciszę.
Bliźniaczka B, całkowicie niechętna do oddania pola w kwestii głośności, agresywnie potakuje i wrzeszczy: „Mały jeleń!”. Mrużę oczy w mroku, ścierając z okularów smugę niezidentyfikowanego dziecięcego śluzu. To nie jest mały piesio. To mały jeleń. Maleńkie, cętkowane, niewyobrażalnie krucho wyglądające stworzenie, które natychmiast uświadamia mi, jak bardzo głośne, niezdarne i absolutnie pozbawione kamuflażu jest moje własne potomstwo.
Bambi to film, a nie kategoria biologiczna
Mój natychmiastowy rodzicielski instynkt, pielęgnowany przez dwa lata odpowiadania na niekończące się strumienie pytań dwulatek, nakazuje mi podać spokojny, edukacyjny fakt. Otwieram usta, by pewnie ogłosić, jak nazywa się mały jeleń, tylko po to, by odkryć, że mój pozbawiony snu mózg jest całkowicie pusty. Czy to cielę? Źrebię? Nugget z dziczyzny? Gdybyście zapytali mnie o to przed dziećmi, wiedziałabym od razu. Ale moja pamięć operacyjna została w całości nadpisana tekstami piosenek z konkretnych odcinków Cocomelon i tajemną wiedzą o tym, który różowy plastikowy kubek jest tym „właściwym” różowym kubkiem na wtorkowe poranki.
W myślach przeszukuję resztki moich szarych komórek, próbując jednocześnie powstrzymać Bliźniaczkę A przed rzuceniem się w zarośla. Mały jeleń. Znam to. Bambi to postać z filmu, a nie kategoria biologiczna. Po wyczerpujących pięciu sekundach mentalnej gimnastyki słowo „jelonek” w końcu wypływa na powierzchnię. Chociaż, jak dowiedziałam się później podczas rozpaczliwego nocnego scrollowania telefonu o 3 rano, będąc przygniecioną przez ząbkujące dziecko, ta nomenklatura jest szalenie niespójna. Jeśli to potężny, przerażająco duży jeleń, jak łoś czy wapiti, to najwyraźniej jest to cielę. A jeśli uda mu się przetrwać rok na wolności bez bycia pożartym, staje się „roczniakiem” – terminem, który brzmi mniej jak majestatyczne leśne stworzenie, a bardziej jak irytujący młodszy urzędnik w wiktoriańskiej firmie księgowej. Postanawiam nie obciążać bliźniaczek rozróżnieniem między cielęciem a jelonkiem, głównie dlatego, że Bliźniaczka A właśnie upuściła swojego wafla ryżowego do kałuży i intensywnie rozważa, czy i tak go nie zjeść.
Matka natura sprawia, że nasze dzieci wypadają dość żałośnie
Zatrzymajmy się na chwilę, by omówić ten absolutny ewolucyjny popis, jakim jest nowo narodzony jelonek. Kojarzę, jak przez mgłę, że gdzieś czytałam — a może powiedział mi to kiedyś jakiś bardzo zapalony, brodaty strażnik parku — że te małe, cętkowane cudeńka potrafią wstać i chodzić zaledwie dwadzieścia minut po urodzeniu. Dwadzieścia minut. Patrzę w dół na moje bliźniaczki, które właśnie usilnie próbują ogarnąć całkowicie płaską, brukowaną ścieżkę, nie potykając się przy tym o własne kalosze. Moim dziewczynkom zajęło około czternastu miesięcy stękania, pełzania do tyłu niczym zepsute kraby i używania kanapy jako kuli ortopedycznej, zanim zrobiły choćby jeden chwiejny krok. A i tak chodziły wtedy chwiejnym, przerażającym chodem małych pijanych marynarzy wychodzących z pubu tuż przed zamknięciem.

Ponieważ nasze dzieci w zasadzie nie robią nic poza leżeniem na plecach i tępym wpatrywaniem się w sufit przez pierwsze pół roku życia, musieliśmy polegać na poważnych interwencjach, żeby zapewnić im rozrywkę. Próbowaliśmy uczynić ich horyzontalną egzystencję nieco mniej ponurą za pomocą Drewnianego stojaka edukacyjnego z zestawem zabawek z motywem tęczy od Kianao. To jeden z tych przyjemnie neutralnych, inspirowanych Montessori drewnianych stojaków w kształcie litery A, który nie atakuje cię agresywną, elektroniczną muzyką cyrkową, kiedy przypadkowo kopniesz go w ciemności. Ma po prostu urocze, małe sensoryczne zabawki w kształcie zwierzątek, w które dzieci mogą uderzać rączkami. Nie, nie nauczy w magiczny sposób twojego dziecka chodzić w jedno popołudnie, niczym dzikiego jelenia, ale dał mi dokładnie tyle czasu, ile potrzebowałam na wypicie kubka kawy, podczas gdy była jeszcze choć trochę ciepła. A to w pierwszych sześciu miesiącach życia bliźniąt jest w zasadzie cudem na równi ze spontaniczną leśną lokomocją.
A do tego dochodzi kwestia zapachu. Podobno małe jelenie rodzą się całkowicie pozbawione zapachu. To dosłownie peleryna niewidka przeciwko drapieżnikom. Ponieważ nie mają dostępu do NFZ, ich strategią przetrwania jest po prostu nie dać się znaleźć. Tymczasem ludzkie niemowlęta pojawiają się na świecie od razu pachnąc kwaśnym mlekiem, niewytłumaczalnym serkiem za uchem i jakąkolwiek katastrofą pieluszkową, która akurat rozgrywa się w ich majtkach. Gdyby drapieżnik nas tropił, nie potrzebowałby nawet wyostrzonego zmysłu węchu; po prostu podążałby szlakiem zużytych chusteczek nawilżanych, na wpół przeżutych rodzynek i delikatnego, utrzymującego się aromatu Sudocremu prosto pod nasze drzwi.
Zostaw te leśne stworzenia w spokoju, Grażyna
Ale wracając do dzikiej przyrody stojącej tuż przede mną w wilgotnej trawie. Jeśli jest jedna rzecz, którą absolutnie musicie wiedzieć o znalezieniu jelonka zwiniętego samotnie w zaroślach, to właśnie to: on nie jest porzucony, a ty nie jesteś księżniczką Disneya wybraną przez naturę do jego ocalenia.
Co wiosnę widzę te absurdalne posty na lokalnych londyńskich grupach na Facebooku. Ktoś odkrywa całkowicie zdrowego, cichego małego jelenia ukrytego pod krzakiem i od razu zakłada, że wydarzyła się wielka tragedia. Taka osoba zgarnia go, owija w szalik z Zary i kładzie na podłodze w swoim Audi, żeby zawieźć do weterynarza. Doprowadza mnie to do szału. Z tego, co zdążyłam zrozumieć z rodzicielstwa jeleni, matka celowo zostawia swoje dziecko w krzakach nawet na dwanaście godzin dziennie. Robi to właśnie dlatego, że sama cuchnie dorosłym jeleniem, co przyciąga niebezpieczeństwo, podczas gdy jej młode to urocza, bezzapachowa pustka. Ona po prostu idzie żerować i odciąga drapieżniki od swojego potomstwa. Nie porzuciła go; po prostu praktykuje odpowiednik zostawienia dzieci z iPadem, podczas gdy ty chowasz się w kuchni, by zjeść ciastko w absolutnej ciszy.
Kiedy ludzie w dobrych intencjach podchodzą i głaszczą jelonka, jedyne, co robią, to wcierają swój śmierdzący ludzki zapach w jego idealny kamuflaż, skutecznie malując na biedaku wielką neonową tarczę dla każdego lisa w okolicy. To absolutny szczyt ludzkiej arogancji, by zakładać, że natura potrzebuje naszej interwencji tylko dlatego, że młode zwierzę siedzi sobie po cichu. Gdyby moje dzieci siedziały cicho przez więcej niż cztery sekundy, nie uznałabym, że zostały porzucone; uznałabym, że właśnie aktywnie planują podpalenie salonu. Więc błagam, zostawcie jelenie w spokoju, nie próbujcie karmić ich butelką krowiego mleka, chyba że waszym życiowym celem jest wywołanie katastrofalnych problemów żołądkowo-jelitowych u lokalnej populacji dzikich zwierząt. Po prostu trzymajcie ręce głęboko w kieszeniach i odejdźcie.
Jeśli rzeczywiście natkniecie się na sytuację, w której matka w widoczny sposób nie żyje tuż obok swojego dziecka, to tak, zadzwońcie do lokalnego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt, ale w przeciwnym razie — pilnujcie własnego nosa.
(Jeśli naprawdę chcesz wczuć się w leśną estetykę bez przypadkowego traumatyzowania dzikich zwierząt lub rujnowania ich życia, zawsze możesz po prostu ubrać swoje dzieci w barwy ziemi i przejrzeć ekologiczne kolekcje Kianao do pokoju dziecięcego, by bezpiecznie przenieść ten leśny klimat do domu.)
Gryzaki i fioletowy kamuflaż
Patrzenie na tego delikatnego jelonka skubiącego liść natychmiast przenosi mnie z powrotem do mrocznych, bezsennych dni wyrzynania się zębów trzonowych u bliźniaczek. Przetrwaliśmy tę brutalną erę głównie dzięki naprzemiennym dawkom paracetamolu dla niemowląt i konkretnej grzechotce Drewniany gryzak z grzechotką w kształcie jelenia. To był nasz ssak wsparcia emocjonalnego. Mówię „nasz”, bo szczerze wierzę, że polegałam na nim bardziej niż dziewczynki, aby utrzymać resztki zdrowych zmysłów. Nie miał żadnych magicznych, bezzapachowych leśnych właściwości — w większości pachniał delikatnie ekologicznymi płatkami owsianymi i dziecięcą śliną — ale to masywne kółko z surowego drewna bukowego było dosłownie jedyną rzeczą, która powstrzymała Bliźniaczkę B przed zjedzeniem lakieru z szafki pod telewizor niczym agresywny bóbr. Mały, szydełkowy jelonek w różowym śliniaczku na czubku przetrwał miesiące tak zaciekłego, nieustępliwego żucia, które zniszczyłoby słabsze zabawki, co szczerze mówiąc jest najlepszym dowodem na jego wytrzymałość strukturalną.

Mieliśmy też od nich standardową Szydełkową grzechotkę Jeleń o podłużnym kształcie. Szczerze? Jest w porządku. Wygląda przepięknie na tych minimalistycznych, idealnie oświetlonych zdjęciach dziecięcych pokoików, do których zrobienia całkowicie brakuje mi naturalnego światła lub energii fizycznej. Ale ponieważ nie ma na dole solidnego drewnianego kółka, nasz pies (absolutny kretyn rasy spaniel) uznał to za swoją zabawkę do aportowania. A kiedy bliźniaczkom jakimś cudem udawało się uchronić ją przed psem, po prostu kończyła nieco rozmiękła od nieustannego ciumkania. To całkiem miła grzechotka, ale weźcie tę z drewnianym kółkiem; wytrzymałość strukturalna drewna bukowego nie podlega dyskusji w domu z dzikimi dwulatkami.
Jelonek w parku nieznacznie się porusza, a ja zachwycam się tym, jak jego białe plamki idealnie naśladują cętki porannego światła słonecznego padającego na poszycie lasu. To elegancki, bezbłędny system naturalnego kamuflażu. Jedyne, co kiedykolwiek naśladują stroje moich bliźniaczek, to gwałtowna eksplozja w fabryce hummusu. Mamy jednak ten Kocyk dziecięcy z bawełny organicznej w fioletowe jelenie. Dlaczego jest fioletowy? Nie mam bladego pojęcia. Jelenie słyną z tego, że nie są fioletowe. Ale pomimo biologicznej nieścisłości w kolorystyce, jest on dziwacznie, luksusowo miękki. To dwuwarstwowy, organiczny bawełniany twór, który jest jakimś cudem na tyle gruby, że kiedy rzuciłam go na wilgotną trawę Richmond Park, by dziewczynki mogły zjeść swoje rozgniecione banany, nie zanurzając się całkowicie w błocie, wilgoć nie przesiąkła do ich spodni. Przetrwał niezliczone prania w niemal wrzącej wodzie i pozostaje dyżurnym kocykiem awaryjnym w bagażniku samochodu na dokładnie takie spontaniczne, mroźne poranne wycieczki na łono natury.
Pełen godności odwrót
W końcu zza potężnego dębu wychodzi duża, sprawiająca wrażenie głęboko obojętnej łania. Obdarza mnie powolnym spojrzeniem, które idealnie komunikuje uniwersalne wyczerpanie macierzyństwem, delikatnie szturcha swojego jelonka i razem płynnie znikają w zaroślach, nie zostawiając absolutnie żadnego śladu swojej obecności. Ja tymczasem siłuję się, żeby wyrwać z lewej rączki Bliźniaczki A brudną kępę mchu, podczas gdy Bliźniaczka B agresywnie macha do pustych krzaków, wykrzykując triumfalnie: „Papa mały j!”. Bliżej prawdy się nie da.
Wleczemy się z powrotem do samochodu, zostawiając cichą godność natury daleko za nami. Więc jeśli kiedykolwiek złapiecie się na tym, że gapicie się na cętkowane stworzenie w lesie, podczas gdy wasze dzieci na nie krzyczą o szóstej rano, zapamiętajcie: to się nazywa jelonek, z pewnością potrafi chodzić znacznie lepiej niż wasze dzieci, absolutnie nie potrzebuje waszej pomocy i zdecydowanie nie ma ochoty być głaskanym. Chwyćcie solidny drewniany gryzak dla swoich własnych małych dzikusów, żeby przestały gryźć meble, zachowajcie należyty dystans od tych dzikich i po prostu zaakceptujcie brutalną rzeczywistość: dzieci natury są i zawsze będą z natury bardziej pełne wdzięku niż nasze własne.
Zanim spakujecie wózek na kolejny błotnisty spacer po lesie, by pokazywać palcem na odległe krzaki, poświęćcie chwilę na zapoznanie się z kolekcją zrównoważonych akcesoriów dziecięcych od Kianao, by zapewnić swoim małym dzikuskom wygodę i choć odrobinę cywilizowanych warunków.
Chaotyczny, pozbawiony snu FAQ o leśnych stworzeniach
Jak naprawdę nazywa się mały jeleń?
Jeśli jest to jeleń standardowych rozmiarów, skaczący po brytyjskim parku czy podmiejskim ogrodzie, to jest to jelonek. Jeśli jakimś cudem stanąłeś na drodze potężnego łosia czy wapiti, mówimy o cielęciu. A jeśli przeżyje swoje pierwsze urodziny, awansuje do miana „roczniaka”. Ale jeśli jedziesz obecnie na dwóch godzinach snu, nazwanie go „małym jeleniem” lub pozwolenie, by twoje dwuletnie dziecko nazywało go „małym piesiem”, jest całkowicie prawnie dozwolone.
Co tak naprawdę powinnam zrobić, jeśli znajdę samotnego jelonka w trawie?
Odejść. Dosłownie po prostu się odwrócić i pójść w przeciwnym kierunku. Matka celowo go tam ukryła, ponieważ sama pachnie jak dorosły jeleń, a jej dziecko nie ma żadnego zapachu, co chroni je przed drapieżnikami. Nie jest porzucony, nie jest samotny i zdecydowanie nie potrzebuje, żebyś pakowała go pod swoją kurtkę.
Czy moje dwuletnie dziecko może nakarmić dzikiego jelonka, jeśli podejdzie blisko?
Absolutnie nie. Dokarmianie dzikich zwierząt to ogólnie fatalny pomysł, ale karmienie jelonka ludzkim jedzeniem, mlekiem krowim czy mieszanką dla niemowląt poważnie zniszczy jego układ pokarmowy, czasem ze skutkiem śmiertelnym. Zatrzymajcie przekąski dla swojego malucha, który i tak nieuchronnie upuści je w błoto.
Dlaczego jelonki mają na sobie te wszystkie białe plamki?
To niesamowicie sprytna sztuczka ewolucyjna. Cętki naśladują promienie słoneczne wpadające przez liście na poszycie lasu, co pozwala im stać się praktycznie niewidzialnymi, gdy kładą się w zaroślach. Tracą te cętki w miarę dorastania, podobnie jak ludzkie dzieci ostatecznie wyrastają z ciemieniuchy, chociaż te cętki są o wiele bardziej urocze.
Czy te drewniane zabawki z jelonkiem są naprawdę bezpieczne dla dzikich bliźniąt?
Tak, kółka z surowego drewna bukowego są genialne, ponieważ nie mają żadnych obrzydliwych chemicznych lakierów, które by odpryskiwały, gdy twoje dziecko będzie je nieuchronnie obgryzać przez trzy godziny bez przerwy. Te od Kianao przetrwały etap zębów trzonowych moich bliźniaczek, co stanowi test wytrzymałościowy, jakiego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi.





Udostępnij:
Co to jest "baby booter"? Rozszyfrowujemy nocne literówki rodziców
Jak właściwie nazywa się mały lis? (I inne ogrodowe dylematy)