Całe zdarzenie miało początek w wyjątkowo wilgotny wtorek w naszym lokalnym parku, akurat wtedy, gdy zastanawiałem się, czy picie letniej kawy z termosu o 9 rano jest społecznie akceptowalne. Maya i Chloe z nosami przyciśniętymi do korzeni potężnego dębu, pokazywały paluszkami na małą, różową, bezwłosą grudkę w błocie.
W ciągu trzech minut otrzymałem trzy całkowicie sprzeczne rady, co zrobić z tym nieszczęsnym stworzeniem. Pracownik zieleni miejskiej w odblaskowej kamizelce wyłączył dmuchawę do liści tylko na tyle, by powiedzieć mi, żebym zostawił je w spokoju, bo matka na pewno rzuci się z gałęzi i podrapie mi twarz. Moja teściowa, do której w panice nierozważnie napisałem, odpisała na WhatsAppie, że muszę natychmiast skonstruować prowizoryczny inkubator z pudełka po butach, lampki biurkowej i termoforu. Na koniec podszedł do nas starszy facet ze strasznie agresywnym Jackiem Russellem i zaklinał się, że wiewiórki mają tylko jedno młode na raz, więc to musi być szczur, i najlepiej by było, gdybym po prostu wkopnął go w krzaki.
Stałem tam, umazany śliną maluchów, trzymając w ręku nadgryzionego wafla ryżowego i gapiąc się na tego malutkiego, trzęsącego się kosmitę. Zgrabiałym kciukiem wpisałem w telefon „ile mło” – dosłownie, zanim zadziałała autokorekta – desperacko próbując ustalić, czy mam do czynienia z jedynym ocalałym, czy z pół tuzinem kolejnych takich stworków, które zaraz spadną na głowy moich dzieci.
Wielka debata o miotach
Jak się okazało, facet z psem spektakularnie minął się z prawdą w kwestii parkowej fauny. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się nad rzeczywistymi liczbami związanymi z rozmnażaniem się lokalnych gryzoni, to są one doprawdy zdumiewające. Z tego, co udało mi się wyczytać podczas gorączkowego przeszukiwania internetu, gdy jednocześnie powstrzymywałem płaczącą dwulatkę, mama wiewiórka ma zazwyczaj od dwójki do czwórki maluchów w miocie.
Jednak w zależności od gatunku wiewiórki kręcącej się przy waszych śmietnikach, ta liczba może podobno skoczyć do ośmiu lub dziewięciu. Maya teraz z zapałem pokazuje palcem na każdy szeleszczący krzak i krzyczy „dzidzia!” – to jej nowe, nieco nieprecyzyjne określenie na wszystko, co jest mniejsze od kota naszego sąsiada. I szczerze mówiąc, wcale się nie myli, zakładając, że są wszędzie. Najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest to, że samice wiewiórek zazwyczaj robią to dwa razy w roku. Raz wczesną wiosną, a potem decydują się znieść tę całą mękę ponownie późnym latem.
Uważam, że to biologiczna arogancja. Mam bliźniaczki i na samą myśl o zorganizowaniu jednych urodzin mam ochotę położyć się twarzą do podłogi w kuchni. Fakt, że gdzieś tam wiewiórka ogarnia dwa osobne mioty w roku, zbiera żołędzie i funkcjonuje bez krztyny snu, sprawia, że czuję się strasznie niekompetentny. Budują wysoko na drzewach te ogromne, zabałaganione gniazda, które w zasadzie wyglądają jak sterta śmieci zmieciona z patio, a jednak jakoś dają radę utrzymać w nich przy życiu nawet ośmioro wiercących się maluchów.
Malutcy różowi kosmici w trawie
Zaraz po narodzinach w ogóle nie przypominają tych puszystych akrobatów, którzy terroryzują wasze karmniki dla ptaków. Oficjalnie nazywa się je szczeniętami, ale ratownicy dzikiej przyrody mówią na nie „golaski”, ponieważ są całkowicie bezwłose, ślepe i głuche. Ważą około trzydziestu gramów, czyli mniej więcej tyle, co zabłąkane klocki Lego, które znajduję w kieszeniach płaszcza.

Aby dziewczynki przypadkiem nie rozdeptały maleństwa, podczas gdy ja próbowałem opracować jakiś plan działania, rozłożyłem nasz Kocyk dziecięcy z bawełny organicznej w wiewiórki. Kupiłem go w przypływie paniki, gdy dziewczynki się urodziły, i pozostaje on jedną z niewielu rzeczy dla dzieci w naszym domu, która nie uległa całkowitej dezintegracji. Jest zrobiony z dwuwarstwowej bawełny organicznej, która jakimś cudem odprowadza wilgoć, co jest idealne, gdy rzuca się go na wilgotną trawę w parku. Wzór w wiewiórki wydał mi się nieco ironiczny w obliczu naszej obecnej sytuacji, ale dziewczynki chętnie na nim usiadły. Materiał jest szokująco miękki i, co ważniejsze, całkiem nieźle maskuje plamy z błota po praniu w 40 stopniach (strona 47 mojego poradnika dla rodziców sugerowała kupowanie tylko białych rzeczy ze względów estetycznych, co okazało się głęboko bezużyteczne w momencie, gdy odkryliśmy zabawę na świeżym powietrzu).
W każdym razie, cokolwiek robicie, nie próbujcie karmić malutkiej wiewiórki krowim mlekiem z niekapka waszego dziecka.
Co tak naprawdę powiedziała pani z pogotowia dla zwierząt
Ponieważ jestem millenialsem, który fizycznie nie potrafi podjąć decyzji bez skonsultowania się z autorytetem, zadzwoniłem do lokalnego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt. Kobieta po drugiej stronie, która brzmiała, jakby przed śniadaniem tłumaczyła to już pięćdziesięciu innym zapłakanym rodzicom, westchnęła ciężko i podała mi konkretne instrukcje.
Powiedziała mi, że wiewiórcze matki mają niesamowicie silny instynkt macierzyński. Jeśli po prostu zostawisz malucha w spokoju, matka zazwyczaj zejdzie z drzewa, złapie go za kark i zaciągnie z powrotem do zapasowego gniazda. Tak, budują zapasowe gniazda. A ja tymczasem nie pamiętam nawet o włożeniu zapasowych pieluch do bagażnika.
Jej rady, przefiltrowane przez moją lekką panikę, sprowadzały się do dość mało finezyjnego procesu:
- Nie oferuj mu przekąsek: Podobno próba podania mu wody lub mleka spowoduje tylko zakrztuszenie, a ludzkie jedzenie zniszczy jego maleńki układ trawienny.
- Zbuduj prowizoryczną windę: Jeśli zwierzątko nie jest ranne, powinieneś włożyć je do małego pudełka lub koszyka wyłożonego liśćmi i bezpiecznie wcisnąć między niższe gałęzie drzewa, żeby nie dopadły go lisy.
- Wycofaj się i ukryj: Matka prawdopodobnie obserwuje cię z gałęzi, z góry oceniając twoje umiejętności rodzicielskie, i nie zejdzie na dół, dopóki się nie oddalisz.
- Obserwuj zegarek: Jeśli nie wróci po kilku godzinach albo jeśli maluch aktywnie krwawi, wtedy dopiero dzwonisz do weterynarza.
I tak oto stałem, delikatnie zgarniając bezwłosego gryzonia za pomocą zapasowej pary skarpetek moich dzieci, umieszczając go w plastikowym pojemniku, którego zamierzałem użyć na winogrona, i niezgrabnie wciskając go w rozwidlenie dębu przy dopingu moich córek.
Sprzęt, którego naprawdę potrzebujesz na parkowe safari
Jeśli zamierzasz spędzać poranki stojąc w wilgotnych parkach i czekając, aż dzikie zwierzęta odbiorą swoje młode, szybko zorientujesz się, że twoje dzieci okropnie się ubrudzą. Podczas oczekiwania wyciągnąłem przekąski. Założyłem Chloe Wodoodporny śliniak dziecięcy w kosmiczny wzór. Szczerze mówiąc, ten śliniak jest tylko w porządku. Ma ogromną silikonową kieszonkę, która z powodzeniem łapie upuszczone przez nią rozgniecione banany, i jest całkowicie wodoodporny, co jest świetne. Ale kosmiczny motyw wydaje się trochę z przypadku, gdy siedzisz w lesie i patrzysz na gryzonie, a niezależnie od tego, jak dużo płynu do naczyń użyję, silikon zatrzymuje bardzo słaby zapach wczorajszych kółeczek makaronowych. Spełnia swoje zadanie, ale nie zmienia mojego życia.

Z drugiej strony moja żona kupiła ostatnio Bambusowy kocyk dziecięcy w kolorowe jeżyki i to jest strzał w dziesiątkę. Mieliśmy go wciśniętego na dnie wózka jako awaryjny zapas. To mieszanka włókna bambusowego i bawełny organicznej, która jest jeszcze bardziej miękka niż ten w wiewiórki. Dziewczynki uwielbiają wzór w małe jeżyki, a ponieważ bambus naturalnie reguluje temperaturę, kocyk nie robi się wilgotny, gdy maluch upiera się, by nosić go na płaszczu niczym pelerynę superbohatera. Jeśli chcesz zachęcić dzieci, aby przez pięć minut posiedziały w spokoju i z powagą obserwowały naturę zamiast próbować ją zjeść, posiadanie przyzwoitej maty do siedzenia to połowa sukcesu.
Jeśli macie ochotę spojrzeć na naszą całkowicie nieadekwatną kolekcję parkowego sprzętu i znaleźć coś, co faktycznie sprawdzi się w waszej rodzinie, przejrzyjcie niezbędniki dla dzieci z bawełny organicznej na stronie głównej. To może uchronić was przed zniszczeniem własnego płaszcza.
Absolutny chaos fazy zafascynowania przyrodą
Około godziny później, zgodnie z przewidywaniami wyczerpanej pracownicy ośrodka, dość zmarnowana dorosła wiewiórka zbiegła po pniu, chwyciła różową grudkę z mojego pudełka i wciągnęła ją z powrotem w korony drzew. Dziewczynki biły brawo. Ja wypiłem swoją zimną kawę.
To dość dziwny etap dzieciństwa – ta nagła obsesja na punkcie każdego żywego stworzenia w błocie. Spędzasz pierwszy rok ich życia na gorączkowym wyparzaniu butelek i upewnianiu się, że podłoga lśni czystością, by w drugim roku aktywnie zachęcać je do zaglądania w gniazda gryzoni i grzebania w ziemi w poszukiwaniu dżdżownic. Sama ilość żołędzi, którą maluch potrafi zmieścić w kieszeniach, to anomalia naukowa. Wczoraj w mojej pralce znalazłem siedem żołędzi i niezwykle gładki kamień. Brzmiało to tak, jakby ktoś mieszał gruz w betoniarce.
Jednak wyciąganie ich na zewnątrz, pozwalanie im odkrywać, że świat jest znacznie większy niż nasz salon, wydaje się ważne. Nawet jeśli oznacza to, że muszę spędzać wtorkowe poranki, wygooglowując fakty o faunie i florze i udając prowizorycznego strażnika parku.
Zanim wyruszycie z domu, by nieuchronnie odnaleźć kolejne stworzenia, które wasze maluchy spróbują adoptować, może zaopatrzcie się w kilka rzeczy, które naprawdę dobrze się piorą. Sprawdźcie kolekcję kocyków dziecięcych Kianao, aby przygotować się na kolejny improwizowany piknik, i spróbujcie trzymać dzieci z dala od błota. (I tak wam się to nie uda, ale pomarzyć można).
Odpowiedzi na wasze głęboko bezużyteczne pytania
Co zrobić, jeśli mój maluch faktycznie dotknie dzikiej wiewiórki?
Po pierwsze, postaraj się nie krzyczeć, bo to tylko denerwuje dziecko. Każ mu wypuścić zwierzaka z rąk, natychmiast umyj mu ręce wodą z mydłem lub ogromną ilością płynu do dezynfekcji i sprawdź, czy nie ma ugryzień ani zadrapań. Jeśli dziecko zostało ugryzione, musisz bezwzględnie skontaktować się ze swoim lekarzem lub wezwać pomoc medyczną, ponieważ dzikie zwierzęta przenoszą bakterie, których na pewno nie chcesz w krwiobiegu swojego dziecka.
Czy matki naprawdę porzucają swoje młode, jeśli poczują na nich zapach człowieka?
Kobieta z pogotowia dla zwierząt w zasadzie wyśmiała mnie, gdy o to zapytałem. Podobno to wielki mit. Większość ssaków, w tym wiewiórki z naszego ogrodu, dba o swoje dzieci o wiele bardziej niż o słaby zapach mojego kremu do rąk. Bez problemu wezmą swoje młode z powrotem, nawet jeśli dotknęliście je, żeby przenieść je w bezpieczne miejsce.
Czy mogę dać uratowanemu maluchowi zwykłe mleko?
Absolutnie nie. Facet z parku mógłby ci powiedzieć co innego, ale krowie mleko jest w zasadzie toksyczne dla ich maleńkich układów trawiennych. Podawanie im płynów, gdy są wyziębione lub w szoku, może spowodować, że się zachłysną i utoną we własnych płynach. Zamiast wpadać w panikę, oblewać zwierzaka krowim mlekiem i krzyczeć o pomoc, po prostu powoli się wycofajcie i pozwólcie matce przejąć stery.
Jak długo mam czekać na powrót matki?
Ogólny konsensus ludzi, którzy naprawdę wiedzą, o czym mówią, to około dwóch do trzech godzin, zakładając, że jest jasno i nie ma mrozu. Jeśli robi się ciemno, matka prawdopodobnie nie wróci aż do rana, i to jest moment, w którym powinieneś zadzwonić do lokalnego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt, żeby biedactwo nie zamarzło.
Dlaczego wyglądają jak malutcy różowi kosmici?
Ponieważ natura bywa przerażająca. Rodzą się całkowicie nierozwinięte – bez futra, z zaciśniętymi powiekami, zamkniętymi uszami. Otwierają oczy dopiero, gdy mają około miesiąca. Potrzebują mniej więcej od dziesięciu do dwunastu tygodni, zanim zaczną choć trochę przypominać tych puszystych złodziejaszków, kradnących kule tłuszczowe z waszego karmnika.





Udostępnij:
4-pak dla małego autostopowicza: Kryzys z imieniem o 3 w nocy
Ile wydać na prezent na baby shower (i nie zbankrutować)