Była trzecia w nocy w pewien duszny, sierpniowy dzień. Byłam w ósmym miesiącu ciąży z moim najstarszym synem – który dziś, nawiasem mówiąc, jest moim chodzącym znakiem ostrzegawczym przed niemal każdą decyzją wychowawczą. Siedziałam na podłodze mojego przegrzanego salonu tutaj, na teksańskiej prowincji, otoczona górą wściekle żółtej, niewiarygodnie puszystej włóczki. Trzymałam w dłoni masywne szydełko i gorzko płakałam. Dlaczego? Ponieważ ta przeklęta przędza, która w sklepie z materiałami plastycznymi wyglądała jak miękka chmurka, podczas szydełkowania sprawiała wrażenie, jakbym próbowała zawiązać w supeł piszczący plastik. Chciałam przecież tylko być tą magiczną, idealną mamą, która otula swoje dziecko w coś pięknego, zrobionego własnoręcznie. Zamiast tego wyprodukowałam koślawą, grzejącą szmatkę, która przy pocieraniu prawdopodobnie krzesałaby iskry. Będę z Wami całkowicie szczera: w pierwszej ciąży całkowicie traci się rozum, całymi godzinami wyszukuje w Google rzeczy, które nie mają żadnego sensu, i kupuje materiały na projekty, których nigdy się nie skończy.
Ale ten kocyk? Musiał zostać skończony. Głupio się złożyło, że nie miałam absolutnie żadnego pojęcia o tekstyliach. Myślałam, że włóczka to po prostu włóczka. Dopóki jest miękka i pasuje kolorystycznie do pokoju dziecięcego, wszystko będzie dobrze, prawda? Błąd. Wybór odpowiedniego materiału dla takiego noworodka to wyższa szkoła jazdy, a ja musiałam się o tym przekonać na własnej skórze.
Moment, w którym mój pediatra zniszczył moje rękodzielnicze marzenia
Kupiłam tę tanią syntetyczną włóczkę, bo była w promocji. Trzy dolary za motek. Myślałam, że zrobiłam interes życia. Ale kochani, to jest dosłownie plastik. Jak się z tego szydełkuje, ręce same się pocą. Siedziałam tam w tym moim teksańskim, letnim upale, klimatyzacja buczała na najwyższych obrotach, a szydełko i tak kleiło się do tego żółtego koszmaru. Jakoś w tym samym tygodniu miałam rutynową wizytę kontrolną u naszego pediatry, dr. Millera.
Miałam to w połowie skończone, wściekle żółte monstrum w mojej wielkiej torebce, bo planowałam pilnie kontynuować szydełkowanie w poczekalni. Zobaczył to coś, uniósł brew tak wysoko, że prawie dotknęła jego linii włosów, i mruknął coś o przegrzaniu i oddychalności. Wydaje mi się, że powiedział, że małe dzieci nie potrafią jeszcze samodzielnie regulować temperatury swojego ciała, ponieważ ich gruczoły potowe są na początku wciąż na urlopie, albo wewnętrzne okablowanie termostatu jeszcze nie działa... nie mam pojęcia, jak dokładnie funkcjonuje tam biologia. Ale to, co zrozumiałam, było absolutnym szokiem.
Jeśli owinę moje świeżo upieczone maleństwo w kocyk ze 100% poliestru lub poliakrylu, to będzie dokładnie tak, jakbym włożyła je do grubej, plastikowej torby i zostawiła na słońcu. Ciepło się gromadzi, pot nie ma jak odparować, a dziecko niemiłosiernie się przegrzewa. Wspomniał o SIDS – zespole nagłej śmierci łóżeczkowej – i że potężne przegrzanie jest tu powszechnie znanym czynnikiem ryzyka. Prawie spadłam z krzesła w gabinecie. Siedziałam tam jako hormonalny wrak i nieświadomie wyszydełkowałam małą, żółtą śmiertelną pułapkę. Akrylowa włóczka może jest tania i dostępna w tysiącach wspaniałych kolorów, ale równie dobrze możecie to od razu wyrzucić do kosza, jeśli ma z tym mieć do czynienia noworodek.
Moja babcia i jej dobra rada o owczej wełnie
Po wizycie u lekarza byłam całkowicie zdezorientowana. Zadzwoniłam do mojej teksańskiej babci. Świeć Panie nad jej duszą, to była kobieta czynu. Rzuciła tylko sucho do słuchawki: „Jess, nie rób scen, po prostu użyj prawdziwej owczej wełny, tak jak my kiedyś”. Brzmiało to niezwykle rustykalnie, naturalnie i rozsądnie. Pojechałam więc do grzesznie drogiego sklepu z włóczkami i kupiłam za mnóstwo pieniędzy nieprzetworzoną, drapiącą naturalną wełnę. Pachniała trochę jak mokre zwierzę na farmie, ale wmawiałam sobie, że to zapach czystej natury.
Przez tygodnie dziergałam nowe arcydzieło. Kiedy mój najstarszy wreszcie przyszedł na świat, położyłam go z dumą na tym „tradycyjnym” kocyku, żeby zrobić piękne zdjęcie. Niecałe dziesięć minut później dziecko wyglądało jak przejrzały pomidor. Cały jego mały kark i plecki były jaskrawoczerwone i pełne drobnych krostek. Okazuje się, że skóra niemowlęcia w pierwszych miesiącach jest tak samo przepuszczalna i wrażliwa jak mokry filtr do kawy, a każde szorstkie włókno czy ostre chemiczne barwienie wnika bezpośrednio do organizmu i powoduje podrażnienia. Eksperci twierdzą podobno, że certyfikaty takie jak GOTS lub Oeko-Tex Standard 100 są absolutnie niezbędne, ale dla mnie od tego momentu oznaczało to po prostu: jeśli coś na mojej własnej szyi wydaje się choćby odrobinę drapiące, nie znajdzie się nawet w pobliżu mojego dziecka.
A propos rzeczy, które lądują bezpośrednio na lub w buziach dzieci. Jeśli szydełkujecie i macie już w domu dziecko, potrzebujecie ciszy i spokoju, a spokój przy małych dzieciach to absolutny mit. Mój najmłodszy obecnie tak bardzo ząbkuje, że w zeszłym tygodniu całkiem poważnie próbował zjeść nogę naszego stolika kawowego. Żeby móc w ogóle przerobić dwa oczka z rzędu, dałam mu do rączki nasz Silikonowy gryzak Krówka o miękkiej teksturze, łagodzący ból dziąseł, i przysięgam Wam, to małe cudeńko w ostatnich tygodniach uratowało moje zdrowie psychiczne. Naprawdę uwielbiam ten produkt. Kółko na dole jest idealnie dopasowane rozmiarem do tego, by jego pulchne rączki mogły je utrzymać bez ciągłego upuszczania go na zakurzoną podłogę co trzy sekundy. Silikon jest w sam raz – nie za twardy, ale też nie tak elastyczny, by nie stawiał żadnego oporu podczas żucia. Kiedy wieczorem płacze, bo wredne zęby trzonowe dają o sobie znać, wkładam krówkę na chwilę do lodówki, po czym mam pół godziny niebiańskiej ciszy na rozplątywanie włóczki.
Brutalna prawda o praniu
Wracając jednak do włóczki. Muszę wyznać Wam brutalną prawdę o praniu kocyków dziecięcych. Kiedy stoicie w sklepie, obracacie piękny, ręcznie farbowany motek włóczki i na banderoli widzicie symbol „Tylko pranie ręczne”, zaśmiejcie się na głos, odłóżcie go z powrotem i idźcie dalej. Mam trójkę dzieci poniżej piątego roku życia. Pranie ręczne? To koncepcja z innego wszechświata. Są dni, kiedy cieszę się, jeśli w ogóle udaje mi się przetrzeć twarz wyschniętą chusteczką nawilżaną.

Przy drugim dziecku myślałam, że jestem mądrzejsza. Wydziergałam na szydełku przepiękny kocyk ze strasznie drogiej, czystej wełny merynosa. Merynos jest przecież uważany za wszechstronny cud natury. Podobno grzeje, chłodzi, oddycha i w zasadzie sam się czyści. Nic z tego. Gigantyczna awaria pieluchowa – z tych, co sięgają aż po kark – zmusiła mnie do wrzucenia tego szlachetnego materiału prosto do pralki. Naiwnie założyłam, że program do prania wełny w zimnej wodzie załatwi sprawę. Pięćdziesiąt minut później wyciągnęłam z bębna coś tak sfilcowanego, małego, zbitego i sztywnego, że mogłam tego używać najwyżej jako łapki do wyciągania moich naczyń żaroodpornych. Łzy rozpaczy też, niestety, nie sprawiły, że łapka zrobiła się bardziej miękka. Jeśli wybieracie merynosa – a to jest naprawdę super materiał dla dzieci urodzonych zimą – na litość boską, upewnijcie się, że na metce widnieje ogromny napis „Superwash”, inaczej srogo się zdziwicie.
Bawełna i bambus: Ratunek dla moich nerwów
Dlatego powiem Wam teraz, co u nas w prawdziwym, chaotycznym rodzinnym życiu codziennym sprawdza się najlepiej: bawełna ekologiczna. Tak, nieco gorzej ślizga się na szydełku. Tak, być może w środku zimy nie grzeje tak mocno jak grube futro z owcy. Ale jej ogromną zaletą jest to, że wybacza prawie wszystko. Zamiast wpadać w panikę i gromadzić drogie, specjalistyczne środki piorące, po prostu wrzucacie bawełniany kocyk z brudnymi ulewajkami do pralki na 40 stopni, krótko się modlicie, a kocyk wychodzi i wciąż wygląda jak kocyk.
Jeśli koniecznie chcecie czegoś lżejszego, na przykład dlatego, że spodziewacie się letniego dziecka, przyjrzyjcie się wiskozie bambusowej. Do dziś nie do końca rozumiem, w jaki sposób z twardego drewna bambusowego przemysł tworzy miękką, lejącą się nitkę – zgaduję, że to kwestia enzymów chemicznych i mnóstwa wody – ale produkt końcowy w dotyku przypomina miękki jedwab i ma delikatny efekt chłodzący, który tutaj, w teksańskie lato, jest na wagę złota.
Kiedy latem jesteśmy na zewnątrz w ogrodzie, a ja próbuję przerobić chociaż jeden rząd w cieniu, często przypinam małemu do koszulki Silikonowy gryzak Lama z motywem serduszka, łagodzący ból dziąseł. Lama jest urocza, a dzięki małemu otworowi w kształcie serca mogę ją z łatwością przymocować do standardowej zawieszki od smoczka. Na zewnątrz, w brudzie, to niesamowicie praktyczne, bo nie muszę ciągle go myć. Jest solidny, wykonuje swoje zadanie i wygląda po prostu słodko na zdjęciach, które wysyłam dziadkom.
Mamy też u nas w koszu na zabawki Silikonowo-bambusowy gryzak Panda do żucia dla niemowląt. Będę z Wami całkowicie szczera, jak zawsze: jest okej, ale bez rewelacji. Drewniany, bambusowy element na brzegu na pierwszy rzut oka wygląda ładnie i dla nas, dorosłych, sprawia wrażenie „ekologicznego”, ale w praktyce nie daje dziecku zbyt wiele podczas żucia swoimi obolałymi dziąsełkami. Poza tym nasz pies niedawno próbował odgryźć dokładnie ten drewniany element w chwili, gdy nikt nie patrzył. Silikon u Pandy jest pięknie miękki, ale gdybym miała wybierać, zawsze sięgam po krówkę. Niemniej jednak, Panda w zupełności sprawdza się do torby na pieluchy, kiedy jesteśmy w drodze i potrzebujemy czegoś na szybko do uspokojenia, a krówka po raz kolejny zniknęła gdzieś pod fotelem samochodowym.
Jeśli i tak jesteście na etapie ratowania swoich nerwów (i nerwów Waszego płaczącego, ząbkującego dziecka), przejrzyjcie naszą kolekcję gryzaków – znajdzie się tam coś dla każdego małego chrupacza i każdej torebki.
Gdy małe paluszki utkną
Jeszcze jedno krótkie, ale niezwykle ważne słowo o wzorach szydełkowych, bo to kosztowało mnie naprawdę sporo nerwów i siwych włosów przy pierwszym dziecku. Na Pintereście i Instagramie zawsze widać te piękne, niezwykle misterne, ażurowe wzory, które wyglądają jak stare koronkowe serwetki. Po prostu sobie odpuśćcie. Niemowlęta mają te malutkie, pulchne, wciąż szukające czegoś paluszki, które chwytają wszystko. Jeśli wyszydełkujecie wzór z dużymi otworami, na sto procent w nim ugrzęzną.

Mój najstarszy (jak już wspomniałam, mój chodzący znak ostrzegawczy) kiedyś tak głupio zaplątał się w podarowany przez ciocię dziergany kocyk z ażurem, że jego mały palec wskazujący lekko zsiniał, ponieważ przekręcił go sobie podczas snu. To w zasadzie syndrom opaski włosowej, tyle że z grubej włóczki. Wpadłam w absolutną panikę i ostatecznie musiałam przeciąć kosztowną włóczkę tępymi, dziecięcymi nożyczkami córki, podczas gdy mały wrzeszczał wniebogłosy. Zamiast na siłę studiować filmiki instruktażowe o skomplikowanych wzorach z dziurkami, trzymajcie się prostych, zamkniętych splotów, takich jak półsłupki, półsłupki nawijane czy prosty splot plastra miodu, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy, a Wy żebyście szybciej skończyły projekt.
Ile właściwie kosztuje ta zabawa?
I proszę, nie wmawiajcie mi, że taki projekt DIY jest ostatecznie tańszy niż coś kupionego w sklepie. To największe kłamstwo w społeczności rękodzielników. Na porządny kocyk dla niemowlaka, który nie przypomina rozmiarem myjki kąpielowej, potrzebujecie z łatwością 400 do 650 gramów włóczki. Jeśli kupujecie porządną, certyfikowaną włóczkę organiczną (GOTS), bardzo szybko dochodzicie do 60, 80, a nawet ponad 100 dolarów – tylko za same materiały. Za kawałek materiału, na który prędzej czy później gwarantowanie ktoś wypluje trochę kwaśnego mleka. Sama prowadzę teraz mały sklep na Etsy, w którym sprzedaję drobiazgi, ale właśnie z tego powodu nie oferuję ręcznie robionych kocyków – koszty materiałów i samej pracy są wręcz astronomiczne, jeśli chcesz to robić dobrze.
Dobrze się więc zastanówcie, czy naprawdę potrzebujecie tej ręcznie farbowanej mieszanki jedwabiu i merynosa za 25 dolarów od motka, przy której każdy, najmniejszy fleczek przyprawi Was o zawał serca, czy może uczciwa, solidna organiczna włóczka bawełniana za połowę ceny nie będzie wyborem, który o wiele bardziej oszczędzi Wasze nerwy.
Zanim z rozpaczy usuniecie swój wirtualny koszyk w sklepie z włóczkami i zakopiecie szydełka w ogrodzie, weźcie głęboki oddech. Czasami w pełni w porządku jest oszczędzić sobie stresu, po prostu kupić gotowy, bezpieczny i certyfikowany kocyk i wykorzystać resztki wolnego czasu na ciepłą kawę. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o bezpiecznych, wolnych od toksyn niezbędnikach dla niemowląt i przemyślanych produktach, zajrzyjcie do naszego sklepu. A jeśli macie jeszcze jakieś palące pytania dotyczące całego tego wełnianego szaleństwa, poniżej postarałam się odpowiedzieć Wam na chaos, który miałam w głowie.
Moje bardzo osobiste odpowiedzi na Wasze pytania
Czy do kocyka mogę użyć też włóczki syntetycznej, takiej jak poliakryl?
Zdecydowane NIE z mojej strony. Kiedyś też myślałam, że to bez znaczenia, ale poliakryl w ogóle nie oddycha. Dziecko przegrzewa się w tym bardzo szybko, ponieważ pot nie ma jak odparować. Wasz pediatra z pewnością potwierdzi Wam, że gromadzenie się ciepła jest dla maleństwa niebezpieczne. Trzymajcie się naturalnych włókien, bez względu na to, jak tania i puszysta wydaje się ta sztuczna włóczka w sklepie.
Jak duży właściwie powinien być szydełkowany kocyk dla niemowlaka?
Nie róbcie go zbyt wielkiego. Wymiar około 75x75 cm lub 80x80 cm jest całkowicie wystarczający do wózka głębokiego czy fotelika samochodowego. Jeśli zrobicie go większego, to po pierwsze: będziecie go dziergać, aż dziecko pójdzie do przedszkola, a po drugie: kocyk później i tak będzie ciągnął się po ziemi i zbierał brud, gdy tylko narzucicie go na spacerówkę.
Jaka włóczka nie mechaci się i jest bezpieczna dla buzi?
Trzymajcie się z dala od moheru, alpaki i wszystkiego, co wygląda jak pies z długą sierścią! Niemowlęta ciągną wszystko do buzi. Jeśli kocyk się mechaci, włosy trafią do ich ust, maluchy się zakrztuszą lub zaczną dławić. Gładko spleciona, twarda przędza z organicznej bawełny lub bawełna merceryzowana nie mechacą się i potrafią przetrwać nawet najbardziej dzikie ataki żucia.
Czy gotowy kocyk mogę po prostu wyprać w pralce?
To zależy w 100 procentach od Waszego wyboru włóczki. Jeśli weźmiecie bawełnę ekologiczną, zazwyczaj możecie ją bez problemu wrzucić do pralki na 40 stopni. Jeśli zdecydujecie się na nieprzetworzoną żywą wełnę, będziecie musieli prać ją ręcznie (powodzenia). Wyświadczcie sobie przysługę i od samego początku wybierajcie włóczki, które można prać w pralce – Wasze przyszłe "ja" Wam podziękuje.
Co właściwie jest lepsze dla dziecka: robienie na drutach czy na szydełku?
Całkiem szczerze? To czysta kwestia gustu. Kocyki robione na drutach są zazwyczaj trochę bardziej miękkie i rozciągliwe, a kocyki szydełkowane są za to stabilniejsze i bardziej zwarte. Ja szydełkuję, bo w moim odczuciu idzie to znacznie szybciej i łatwiej mi skorygować błędy. Dla dziecka ostatecznie jest to zupełnie obojętne, dopóki materiał jest bezpieczny i milutki.





Udostępnij:
Gryzak z naturalnego kauczuku: Przewodnik taty po sprzęcie na ząbkowanie
Dlaczego moda na śmieszne body niemowlęce to medyczny koszmar