Kiedy Maya miała około dwunastu tygodni, moja teściowa wkroczyła do kuchni i wręczyła mi dosłownie srebrną grzechotkę, która ważyła tyle co odważnik kettlebell. „To pamiątka rodowa” – szepnęła z namaszczeniem, gładząc wygrawerowane inicjały jakiegoś wiktoriańskiego przodka, który prawdopodobnie zmarł na suchoty. Następnego dnia moja „uduchowiona” sąsiadka z jogi – taka, która sama robi sobie dezodorant, a psa nazwała na cześć warzywa korzeniowego – wpadła z niepolakierowanym brzozowym patykiem, twierdząc, że jest nasycony uziemiającą energią matki natury. A potem, jakby wszechświat stroił sobie ze mnie żarty, kolega mojego męża Dave'a ze studiów przysłał nam plastikowe monstrum, które błyskało stroboskopami i ryczało techno remiksem „Starego MacDonalda” na poziomie decybeli rodem z rockowego koncertu.

Stałam tak w mojej kuchni, mając na sobie poplamione legginsy ciążowe, które nie widziały studia jogi od czasów prezydentury Obamy, funkcjonując na dokładnie czterech godzinach snu i trzecim kubku wczorajszej kawy podgrzanej w mikrofalówce, i po prostu gapiłam się na te trzy zupełnie różne przedmioty. Nie miałam zielonego pojęcia, co robię. Naprawdę. Kompletne zero.

Mogłoby się wydawać, że danie dziecku zabawki do potrząsania to najprostszy element rodzicielstwa, ale o rany, wcale tak nie jest. Kiedy o 3 nad ranem wreszcie usiadłam z telefonem, by poszukać bezpiecznej rassel für babys (ponieważ praca Dave'a sprawiła, że mieliśmy do czynienia z europejskimi rynkami zabawek i nagle wszystkie moje reklamy były po niemiecku), czysta objętość sprzecznych informacji o mały włos nie przyprawiła mnie o atak paniki.

Baby chewing on a wooden rattle while lying on a playmat

Wielki incydent ze zderzeniem z twarzą w 2018 roku

Oto zabawny fakt o niemowlętach, o którym nikt ci nie mówi na tych słodkich zajęciach w szkole rodzenia: nie mają absolutnie żadnej kontroli motorycznej. Żadnej. Są w zasadzie jak malutkie, nieprzewidywalne wiatraki.

Moja lekarka, dr Miller – która ma cierpliwość prawdziwej świętej i grzecznie ignoruje fakt, że zazwyczaj pojawiam się na wizytach pachnąc lekko skwaśniałym mlekiem i suchym szamponem – powiedziała mi, że wczesny chwyt niemowlęcia opiera się wyłącznie na odruchach. Łapią rzeczy, wymachują rączkami, jakby dyrygowały chaotyczną orkiestrą, i puszczają je całkowicie losowo.

Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy Leo miał cztery miesiące. Dałam mu ciężką, solidną drewnianą grzechotkę, którą kupiłam na hipsterskim targu rzemieślniczym, bo pasowała do estetyki mojego salonu. Leżał na plecach na swojej macie edukacyjnej, radośnie nią potrząsając, a potem po prostu... wypuścił ją z rąk. Grawitacja zrobiła swoje. Ciężki, drewniany kloc spadł prosto na grzbiet jego malutkiego noska. Rozległ się okropny *trzask*, nastała sekunda oszołomionej ciszy, a potem zaczęły się krzyki. Czułam się jak najgorsza matka na planecie. Szlochałam głośniej niż on, przykładając mu do twarzy torebkę mrożonego groszku, podczas gdy Dave próbował pomóc mi odzyskać zmysły.

Dr Miller delikatnie zasugerowała, abym celowała w grzechotki o wadze od 20 do 50 gramów. Powiedziała, że wszystko cięższe to w zasadzie tępa broń w rękach nieskoordynowanego niemowlaka. Więc tak, ta srebrna pamiątka od teściowej? Natychmiast wylądowała w pudełku wspomnień na najwyższej półce w szafie. Szczerze mówiąc, sam pomysł wręczenia dziecku ciężkiego metalowego przedmiotu wydaje mi się teraz po prostu absurdalny.

Jeśli szukasz czegoś, co nie skończy się wizytą na dziecięcym SOR-ze, to naprawdę świetnie sprawdzi się u ciebie hybrydowa opcja z tkaniny i drewna. Kiedy urodziła się Maya, po prostu wyrzuciłam przez okno wszystkie moje estetyczne pretensje i kupiłam tę grzechotkę-króliczka z bawełny organicznej od Kianao. Na dole ma super lekkie, gładkie drewniane kółko, ale góra to pluszowa główka króliczka wykonana z organicznej bawełny.

Maya miała na jej punkcie obsesję. Agresywnie gryzła królicze uszy, aż stały się rozmoczoną, szarą, obślinioną papką, ale ponieważ grzechotka nie ważyła praktycznie nic, kiedy o 2 nad ranem nieuchronnie upuściła ją na własną twarz, nawet nie mrugnęła. Po prostu miękko odbiła się od jej czoła. To było wybawienie.

Dlaczego moja lekarka nienawidzi głośnych plastikowych zabawek

Pomówmy przez chwilę o tym techno-potworze Starego MacDonalda. Pomijając fakt, że za każdym razem, gdy się włączał, miałam ochotę rzucić się do najbliższego zbiornika wodnego, okazuje się, że te głośne elektroniczne zabawki są w rzeczywistości dość podejrzane dla niemowląt.

Why my doctor hates your loud plastic toys — Finding the right Rassel für Babys without losing your mind

Pewnego dnia podczas badania uszu Mayi, dr Miller wspomniała od niechcenia, że kanał słuchowy niemowlęcia jest znacznie mniejszy niż nasz. Z powodu fizyki rozchodzenia się dźwięku w małych przestrzeniach – której nie będę udawać, że rozumiem, bo ledwo zdałam fizykę w liceum – dźwięki w ich maleńkich uszach są w rzeczywistości wzmacniane. To, co dla nas brzmi głośno, dla nich jest OGŁUSZAJĄCE.

Powiedziała mi, że niektóre z tych komercyjnych plastikowych zabawek mogą osiągać poziom decybeli, który powoduje uraz akustyczny, jeśli dziecko przyłoży sobie głośnik tuż do ucha. A co robi sześciomiesięczne dziecko z dosłownie każdym przedmiotem, który chwyci? Uderza nim prosto we własną głowę i próbuje go zjeść.

W każdym razie, sęk w tym, że wyrzuciłam zabawkową farmę techno do kosza na recykling (a może do zwykłych śmieci, nie mówcie Dave'owi, on ma bzika na punkcie segregacji) i obiecałam sobie, że będę trzymać się rzeczy, które wydają dźwięk napędzany wyłącznie fizycznym ruchem dziecka. Jeśli jesteś przytłoczona ilością dostępnych opcji, możesz po prostu przejrzeć niektóre z tych cichych, niemowlęcych zabawek bez baterii tutaj i oszczędzić sobie bólu głowy. Dosłownie.

Cała ta tajemnica odporności na ślinę

Kiedy twoje dziecko osiąga wiek pięciu lub sześciu miesięcy, grzechotka przestaje być zabawką do potrząsania, a staje się gryzakiem. To tak zwana faza eksploracji oralnej, co jest bardzo uprzejmym, klinicznym sposobem na powiedzenie, że twoje dziecko będzie próbowało pożreć świat niczym malutki, bezzębny żarłacz biały.

The whole saliva-proof mystery — Finding the right Rassel für Babys without losing your mind

Kiedy Dave i ja próbowaliśmy ustalić, które drewniane zabawki są naprawdę bezpieczne, wszędzie pojawiała się ta europejska norma bezpieczeństwa – EN 71, o ile dobrze pamiętam. Mówi ona o tym, że zabawki muszą być „speichelfest”, co jest fantastycznym niemieckim słowem oznaczającym po prostu odporność na ślinę.

Mówiąc krótko, kiedy masz w domu niemowlaka, który agresywnie obgryza pomalowany drewniany koralik, jakby to był najtwardszy cukierek na świecie, musisz mieć pewność, że jego wysoce kwasowa ślina nie rozpuszcza toksycznych lakierów i nie wprowadza metali ciężkich do przewodu pokarmowego. Nie do końca rozumiem skład chemiczny nietoksycznych farb, ale wiem za to, że pokolenie moich rodziców pozwalało nam w zasadzie żuć pomalowane ołowiem listwy przypodłogowe i wszyscy wyrośliśmy na... cóż, spójrzcie na stan dzisiejszego świata, może jednak nie wszystko z nami w porządku.

Po prostu nie kupuj taniego plastikowego chłamu od nieautoryzowanych sprzedawców na Amazonie, ponieważ zazwyczaj smakuje jak koło ratunkowe i jest pełen ftalanów.

Drewno kontra plusz i moje własne zdrowie psychiczne

Zdecydowanie przeszłam przez fazę, w której kupowałam za dużo drewnianych zabawek, ponieważ chciałam być tą taką „naturalną”, minimalistyczną mamą. Kupiłam ten piękny drewniany zaklinacz deszczu dla Leo, gdy był nieco starszy. To taki walec z małymi koralikami w środku, które spadają przez kołeczki i wydają delikatny, kojący dźwięk rwącej wody.

Estetycznie? Oszałamiający. Mamy z Instagrama w stylu Montessori by go pokochały. Ale Leo? Całkowicie zignorował kojące dźwięki deszczu i po prostu użył ciężkiego cylindra jako maczugi, by wielokrotnie uderzać w miskę z wodą naszego psa, dopóki ta nie pękła. No... w porządku. To pięknie wykonana zabawka, ale kompletnie nie trafiała w klimat mojego destrukcyjnego malucha. Dość szybko nauczyłam się, że nie można narzucać estetyki dziecku, które chce po prostu siać chaos.

Jeśli spróbujesz odpuścić sobie ciężkie jak hantle zabawki, będziesz przecierać drewniane rzeczy wilgotną szmatką, żeby nie stały się obrzydliwe, i będziesz trzymać się przedmiotów, które nie wymagają baterii AAA do działania, to powiem ci szczerze – radzisz sobie świetnie. Nie potrzebujesz doktoratu z rozwoju wczesnodziecięcego, aby wybrać grzechotkę. Potrzebujesz po prostu czegoś, co twoje dziecko może złapać, bezpiecznie żuć i okazjonalnie upuścić na własną twarz bez konieczności interwencji medycznej.

Jeśli toniesz w morzu opcji i po prostu chcesz czegoś, co spełnia wszystkie normy bezpieczeństwa, nie wyglądając przy tym jak plastikowy koszmar podczas gorączki, prawdopodobnie powinnaś po prostu sprawdzić tę kolekcję bezpiecznych drewnianych gryzaków i grzechotek, załatwić sprawę i wreszcie pójść spać.

Kłopotliwe pytania, które ciągle słyszę

Jak u licha czyścić drewnianą grzechotkę?

O rany, absolutnie NIE wkładaj jej do zmywarki. Zniszczyłam w ten sposób przepiękne klonowe kółko do chwytania, które po wyjęciu wyglądało jak kawałek drewna, które dryfowało w oceanie przez osiemdziesiąt lat. Nie próbuj też jej wygotowywać, bo po prostu pęknie i powstaną drzazgi. Moja lekarka powiedziała, żeby po prostu przetrzeć ją wilgotną szmatką i ewentualnie odrobiną łagodnego płynu do naczyń. Czasami używam mieszanki wody i białego octu w proporcji 50/50, jeśli zabawka spadnie na podłogę w kawiarni, chociaż szczerze mówiąc, sprawia to, że przez kilka godzin pachnie jak sałatka. Trudno. Dziecku to nie przeszkadza.

W jakim wieku dzieci tak naprawdę zaczynają interesować się grzechotkami?

Przez pierwsze dwa miesiące w zasadzie nie obchodzi ich nic poza mlekiem, spaniem i krzykiem. To ty potrząsasz im grzechotką przed nosem, a one patrzą na ciebie, jakbyś była im winna pieniądze. Około trzeciego, może czwartego miesiąca życia, Leo nagle zorientował się, że ma ręce. Złapał lekką grzechotkę, potrząsnął nią, usłyszał dźwięk i zrobił wielkie oczy. Jakby właśnie odkrył zimną fuzję. To jest ten idealny moment – między trzecim a szóstym miesiącem naprawdę zaczynają z nimi wchodzić w interakcję.

Czy te zabytkowe srebrne grzechotki są w ogóle bezpieczne?

Znaczy się, może jeśli twoje dziecko drzemie w wyłożonej aksamitem gablotce? Ale do prawdziwej, codziennej zabawy? W życiu. Są stanowczo za ciężkie. Jeśli dziecko upuści na swój nos przedmioty z litego srebra z wysokości piętnastu centymetrów, czeka cię bardzo, bardzo złe popołudnie. Postaw ją na półce. Zrób dziecku z nią zdjęcie dla dziadków. A potem daj maluchowi 30-gramowe bawełniano-drewniane kółko, żeby nikt nie dostał wstrząsu mózgu.

A co, jeśli moje dziecko całkowicie znienawidzi zabawkę, którą kupiłam?

Witaj w świecie rodzicielstwa! Raz wydałam czterdzieści dolarów na piękną, ręcznie rzeźbioną zabawkę sensoryczną, a Maya płakała za każdym razem, gdy na nią spojrzała. Tymczasem jej absolutnie ulubioną rzeczą na świecie przez cały miesiąc była silikonowa szpatułka z kuchennej szuflady. Czasami dzieci po prostu nie znoszą konkretnego dźwięku, jaki wydaje grzechotka, albo uchwyt jest za gruby dla ich malutkich rączek. Po prostu wrzuć ją do kosza z zabawkami i spróbuj ponownie za miesiąc. Maluchy nieustannie zmieniają zdanie.

Czy muszę kupować specjalną grzechotkę tylko na czas ząbkowania?

Niekoniecznie, ponieważ w końcu dosłownie wszystko staje się gryzakiem. W zeszłym tygodniu obserwowałam inne dzieci w naszej grupie zabaw i każde z nich bez wyjątku obgryzało jakikolwiek przedmiot, który był akurat pod ręką. Ale to super pomocne mieć grzechotkę, która pełni podwójną funkcję. Coś z twardym, drewnianym kółkiem na fazę mocnego gryzienia i miękką bawełną, gdy ich dziąsła są naprawdę wrażliwe i chcą tylko agresywnie pocierać czymś miękkim o twarz.