Siedzę właśnie na czworakach w salonie, trzymając jeden koniec metalowej miarki, podczas gdy dwuletnia Maya próbuje zjeść drugi. Jej siostra bliźniaczka, Lily, raz za razem uderza drewnianą łyżką w listwę przypodłogową w czymś, co mogę uznać jedynie za metrum 4/4. Teoretycznie mierzymy powierzchnię pokoju, ponieważ w zeszły wtorek, w przypływie głębokiego złudzenia, uznałem, że powinniśmy kupić prawdziwy instrument akustyczny, na którym dziewczynki mogłyby się uczyć. Myślałem, że dzięki temu będziemy wyglądać na kulturalną, wyrafinowaną rodzinę, która spędza niedziele, grając w duecie, a nie na taką, która w niedziele negocjuje, komu przypadnie niebieski plastikowy kubek.
Zanim mieliśmy dzieci, wyobrażaliśmy sobie z żoną nasz dom jako spokojną oazę nauki i naturalnych materiałów. Wierzyliśmy, że piękny, błyszczący instrument w kącie pokoju w naturalny sposób zaszczepi w naszych nienarodzonych jeszcze dzieciach głęboką, intuicyjną miłość do sztuki. Naprawdę tak myśleliśmy. Aż wstyd się teraz do tego przyznać, kiedy siedzę tu cały w zaschniętej owsiance, ale taka była nasza fantazja.
Rzeczywistość jest taka, że fortepian gabinetowy to nie tylko instrument muzyczny; to ważący prawie 300 kilogramów, niezwykle kapryśny mebel z setką ruchomych części, które wyglądają dla malucha niesamowicie apetycznie. Jeśli właśnie zastanawiacie się, czy wpuścić wielką, drewnianą, strunową bestię do domu zamieszkanego przez nieprzewidywalnych małych ludzi, oto czego nauczyłem się na własnych błędach.
Wielki mit o ciężkich klawiszach i malutkie, lepkie od dżemu paluszki
Kiedy zacząłem zgłębiać temat, moim głównym zmartwieniem wcale nie były koszty – chodziło o to, czy dzieci w ogóle dadzą radę wcisnąć te cholerne klawisze. Krążą plotki, że klawisze w prawdziwym fortepianie są o wiele za ciężkie dla palców małego dziecka i że skończy się to frustracją lub nadwyrężeniem ich malutkich więzadeł podczas prób wystukania „Wlazł kotek na płotek”.
Zapytałem o to faceta w sklepie muzycznym, spodziewając się jakiejś złożonej analizy fizjologicznej. On tylko spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem i mruknął coś o standardowej wadze klawiszy. Okazuje się, że jeśli o instrument dba się odpowiednio, siła potrzebna do naciśnięcia klawisza jest ściśle regulowana i wynosi od 48 do 55 gramów. Nie do końca wiem, jak te 55 gramów odczuwa się w prawdziwym świecie – brzmi to mniej więcej jak waga chomika z depresją – ale sedno sprawy jest takie, że to zaskakująco niewiele. Jeśli mechanizm jest dobrze wyregulowany, pięciolatek bez problemu wciśnie klawisze, nie musząc przy tym rzucać się na klawiaturę niczym miniaturowy zapaśnik.
Co więcej, ten sam facet (który przemawiał ze znużonym autorytetem kogoś, kto widział, jak tysiące maluchów rozmazują frytki na fortepianach Steinwaya) powiedział mi, że nauczyciele wręcz preferują autentyczny dotyk modeli akustycznych od plastikowych keyboardów. Poziome struny uczą je, jak prawidłowo kontrolować dynamikę od pierwszego dnia, zamiast tylko uderzać w guziki, które zawsze wydają ten sam cyfrowy dźwięk, niezależnie od tego, jak mocno się w nie uderzy.
Ogromne zagrożenie zgnieceniem w rogu twojego salonu
Porozmawiajmy o klapie. Naprawdę musimy o tym porozmawiać. Zanim miałem dzieci, uważałem, że podparta klapa fortepianu wygląda elegancko, jak żagiel łapiący wiatr z sonaty Beethovena. Teraz patrzę na nią i widzę katastrofalne naruszenie zasad BHP, które tylko czeka, żeby się wydarzyć.
Ta drewniana pokrywa waży tonę. To masywna, wypolerowana płyta mahoniu unosząca się nad kruchymi czaszkami moich dzieci, podparta kawałkiem drewna, który wygląda, jakby został skradziony z gry w Jengę. Po prostu nie mieści mi się w głowie, że przez 300 lat projektowania instrumentów nikt nie wymyślił lepszego mechanizmu niż „wepchnijmy taki mały patyk pod ten 25-kilogramowy kawał drewna i miejmy nadzieję, że nikt w niego nie wpadnie”. To absurd. Nie daje mi to spać po nocach.
Spędzam jakieś 40% czasu na jawie, upewniając się, że zamek klapy jest zabezpieczony, sprawdzając zawiasy i gorączkowo szepcząc odwiedzającym, aby nie oddychali zbyt ciężko w pobliżu podpórki. Jeśli macie w domu maluchy, zróbcie sobie przysługę: zamknijcie klapę, przekręćcie klucz i schowajcie go, aż skończą co najmniej czternaście lat.
A do tego dochodzi sam ciężar tego ustrojstwa. Te instrumenty ważą od 270 do nawet 320 kilogramów. Kiedy przyjechali dostawcy – czterech potężnych facetów, którzy wyglądali, jakby dla zabawy wyciskali na klatę furgonetki – użyli przerażających drewnianych płóz, żeby przepchnąć to przez drzwi. Stałem w przedpokoju, proponując im herbatę, podczas gdy oni manewrowali bestią o wadze małego hipopotama po moim drewnianym parkiecie. Absolutnie musicie kupić podkładki pod rolki (które są dokładnie tym, na co brzmią – maleńkimi, drogimi spodeczkami pod kółka), inaczej te trzy małe nóżki wybiją dziury prosto przez wasze deski podłogowe aż do piwnicy.
Złudzenie kontroli klimatu
Mój stroiciel wspomniał, że instrument musi być strojony kilka razy w roku, co jest w porządku, nieważne, bierzcie moje pieniądze.

Ale nikt nie ostrzega cię przed wilgotnością. Akustyczne fortepiany to w zasadzie wielkie drewniane gąbki utrzymujące tysiące kilogramów napięcia strun. Jeśli chodzi o pogodę, są absolutnymi divami. W sklepie surowo ostrzeżono mnie, by nie stawiać go w pobliżu kaloryfera, kratki wentylacyjnej, kominka ani okna, przez które wpada bezpośrednie światło słoneczne. W standardowym brytyjskim domu szeregowym oznacza to dokładnie zero bezpiecznych miejsc. Skończyło się na tym, że musieliśmy przemeblować cały parter, przenosząc kanapę w przewiewny kąt, tylko po to, by to cenne drewno nie wyschło. Facet powiedział, że idealna wilgotność w pomieszczeniu to 45%, co jest po prostu komiczne, biorąc pod uwagę, że nasz dom oscyluje między tropikalną szklarnią, gdy suszy się pranie, a arktyczną tundrą, gdy w lutym nieuchronnie psuje się piec.
Jeśli szukacie zrównoważonych akcesoriów dla dzieci, które są nieco mniej wymagające niż ważąca 300 kilogramów strunowa diva, może warto zapoznać się z kolekcją drewnianych zabawek Kianao. Drewniane klocki przynajmniej nie wymagają dedykowanego higrometru.
Rujnacja finansowa i rynek wtórny
Zakup jednego z tych cudeniek jest przerażający z finansowego punktu widzenia. To dokładnie tak, jakby kupować samochód, z tą różnicą, że nie możesz nim pojechać do Biedronki. Ceny przyzwoitych nowych modeli zaczynają się od około pięćdziesięciu tysięcy złotych i szybko szybują w górę do ceny małego wkładu własnego na dom.
Oczywiście, spędziłem trzy tygodnie obsesyjnie wyszukując w internecie każdą możliwą wariację hasła fortepian gabinetowy na sprzedaż. Przewijałem setki ogłoszeń, powoli zdając sobie sprawę, że połowa z nich była podejrzanie tania, bo instrumenty były najprawdopodobniej nawiedzone, a druga połowa wymagała ode mnie wynajęcia dźwigu, żeby wydobyć je z mieszkania na czwartym piętrze w centrum miasta.
Mój kumpel Dave (który jest muzykiem sesyjnym i zna się na tych rzeczach) powiedział mi, że jeśli chcemy to przetrwać bez zaciągania kolejnej hipoteki na dom, powinniśmy po prostu poszukać używanego fortepianu gabinetowego Yamaha. Powiedział, że to takie Toyoty Corolle w świecie muzyki – zbudowane jak czołgi, niesamowicie niezawodne i praktycznie nie do zajechania, nawet jeśli twoje dzieci potraktują pedały jak dmuchany zamek. Zwykle można znaleźć porządny, 15-letni model za ułamek ceny nowego, o ile oczywiście znajdziesz kogoś, kto będzie gotów się z nim rozstać.
Karmienie bestii bez jej zniszczenia
Kiedy fortepian znalazł się już w naszym domu, odblokował się zupełnie nowy poziom przerażenia: jedzenie. Małe dzieci to w gruncie rzeczy lepkie, mobilne dystrybutory okruszków. Na samą myśl o tym, że Lily podchodzi do klawiatury z garścią rozgniecionego banana, oblewam się zimnym potem.

Musieliśmy wprowadzić surową zasadę „zakaz jedzenia w promieniu trzech metrów od instrumentu”, co jest niewyobrażalnie trudne w salonie z otwartą kuchnią. Właśnie tutaj nasze naczynia musiały nagle stanąć na wysokości zadania. Zaczęliśmy używać silikonowego talerzyka dla dzieci | kształt misia z przyssawką do niemal każdego posiłku. Szczerze mówiąc, ta rzecz ratuje nam życie. Zanim ją mieliśmy, czas posiłków polegał na tym, że oglądałem w zwolnionym tempie, jak miska spaghetti zsuwa się z krzesełka i rozbryzguje po podłodze (zazwyczaj brudząc listwy przypodłogowe tuż obok mojego cennego nowego instrumentu). Ale przyssawka w tym misiowym talerzyku jest naprawdę agresywna. Przyklejasz go do stołu i po prostu tam zostaje. Dziewczynki uwielbiają te małe uszka misia, a ja uwielbiam to, że obiad nie zamienia się w pociski wymierzone w bardzo drogą płytę rezonansową.
Kupiliśmy również wodoodporny silikonowy śliniak dla dziecka, żeby spróbować opanować straty poboczne. Będę szczery, jest w porządku. Robi, co ma robić, a ta mała kieszonka na dole łapie najgorsze z rzucanych groszków, ale Maya i tak jakimś cudem potrafi wysmarować jogurtem brwi i wepchnąć go sobie do rękawów. Z łatwością daje się go umyć, co ratuje mnie przed włączaniem pralki co cztery godziny, ale nie sprawi on cudu i nie powstrzyma waszego dziecka przed używaniem koszulki jako serwetki. Mimo wszystko, cokolwiek zapobiega kapaniu mleka na klawisze fortepianu, w moim słowniku jest wygraną.
Jeśli macie dziecko, które aktualnie gryzie wszystko, co wpadnie mu w ręce, musicie uważać na nie w pobliżu ławy do pianina. Nogi naszej już „zdobią” pewne wątpliwe ślady zębów. W ataku paniki kupiliśmy silikonowy gryzak Panda z elementami bambusowymi, byle tylko odwrócić uwagę Mayi. Po prostu wręczam jej pandę za każdym razem, gdy zaczyna pożerać wzrokiem mahoń. Jest miękka, wykonana z silikonu spożywczego i świetnie myje się w zmywarce po tym, jak nieuchronnie wyląduje na dywanie. O wiele lepiej, żeby żuła pandę bez BPA niż kawałek lakierowanego drewna nasączonego politurą.
I wiecie, czasem bywa się po prostu w kropce. Pewnego dnia Lily wpadła w całkowitą furię tuż obok pedałów fortepianu, co skończyło się pieluchową awarią o epickich rozmiarach. Byłem zbyt wyczerpany, by zanieść ją wrzeszczącą po schodach do jej pokoju, więc po prostu rzuciłem nasz wodoodporny, zmywalny przewijak z wegańskiej skóry na podłogę. Jest niesamowicie miękki, nie wydaje tego okropnego dźwięku szeleszczącego plastiku, który zazwyczaj doprowadza je do jeszcze głośniejszego płaczu, a po wszystkim można go po prostu całkowicie wyczyścić. Naprawdę całkiem nieźle wygląda leżąc złożony na półce obok moich nut, a jest to zdanie, którego nigdy w życiu nie spodziewałem się napisać.
Sztuczne fortepiany i inne kompromisy
Jeśli czytacie to i myślicie, że jestem kompletnym idiotą, skoro przyniosłem do domu ten gigantyczny drewniany powód do zmartwień, pewnie macie rację. Bywają chwile, kiedy patrzę na gabaryty tego kolosa – zajmuje co najmniej półtora na dwa metry naszej przestrzeni życiowej – i zastanawiam się, dlaczego po prostu nie kupiliśmy modelu cyfrowego.
Cyfrowe fortepiany premium niesamowicie dobrze naśladują wygląd i dotyk, nigdy nie wymagają strojenia, a co najważniejsze, można do nich podłączyć słuchawki. Sama funkcja słuchawek jest na wagę złota, kiedy ktoś agresywnie ćwiczy gamy o 6 rano w niedzielę. Albo mogliśmy po prostu kupić naprawdę wysokie klasyczne pianino, które zajmuje ułamek powierzchni podłogi i często brzmi równie bogato.
Ale z drugiej strony, co jakiś czas dziewczynki wczołgują się na ławę, uderzają swoimi małymi rączkami w klawisze, a cała drewniana rama rezonuje tym głębokim, akustycznym ciepłem, którego po prostu nie da się wydobyć z mikroczipa. Jest chaotycznie, jest głośno, a ja ciągle boję się, że porysują lakier jakimś zbłąkanym klockiem Lego, ale to wszystko jest nasze.
Przeżywamy lata malucha z każdym bałaganiarskim, hałaśliwym dniem po kolei. Jeśli chcecie sprawić, by wasz własny codzienny chaos był odrobinę łatwiejszy do opanowania, sprawdźcie pełną gamę sprytnych rozwiązań dla rodziców od Kianao, zanim skoczycie na głęboką wodę.
Najczęściej zadawane pytania o to, jak przetrwać z akustycznym fortepianem i dziećmi
Czy klawisze w prawdziwym fortepianie są zbyt ciężkie dla malucha?
Nie do końca, chociaż byłem całkowicie przekonany, że tak będzie. Siła nacisku klawiszy jest ustandaryzowana i wynosi około 50 gramów. O ile instrument nie rozpada się całkowicie na kawałki, wasz dwulatek nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrobieniem ogłuszającego hałasu bez ryzyka dla swoich rączek. Namówienie ich na zagranie jakiejkolwiek melodii to jednak zupełnie inna bajka.
Jak powstrzymać dziecko przed przytrzaśnięciem sobie palców pokrywą?
Zamknijcie ją. Szczerze – po prostu zamknijcie klapę i przekręćcie zamek. Nie bawcie się z drewnianą podpórką, gdy w pokoju są małe dzieci. Wystarczy jedna latająca zabawka, żeby wytrącić ten patyk z miejsca. Trzymajcie zamek zamknięty, klucz schowajcie na wysokiej półce, a majestatyczną estetykę otwartej klapy zostawcie na czas, kiedy wyjadą na studia.
Czy mogę po prostu samemu przesunąć go po pokoju?
Absolutnie nie. To waży ponad 270 kilogramów. Chyba że ty i twoi kumple jesteście zawodowymi ciężarowcami z silnym pragnieniem złamania sobie kręgosłupów i wyżłobienia ogromnych rowów w podłodze – wynajmijcie profesjonalistów. Mają specjalne płozy i autentycznie wiedzą, jak zdjąć nogi, nie zabijając przy tym nikogo.
Co się stanie, jeśli rozleją sok na klawisze?
Panika. Natychmiastowa, zimna panika. Szczerze mówiąc, najlepiej od razu zetrzeć to lekko wilgotną ściereczką, nie dopuszczając do tego, by sok wsiąkł między klawisze i spowodował pęcznienie drewna, a następnie wprowadzić drakoński zakaz używania wszelkich płynów w promieniu trzech metrów. Właśnie dlatego polegamy teraz tak bardzo na naszych talerzykach z przyssawkami i śliniakach – to po prostu ograniczenie strat.
Czy zakup używanego modelu to fatalny pomysł?
Wcale nie, o ile wcześniej obejrzy go zarejestrowany technik. To dokładnie tak, jak z kupnem używanego samochodu – nie kupilibyście Forda Focusa bez sprawdzenia silnika, więc nie kupujcie fortepianu bez sprawdzenia, czy płyta rezonansowa nie ma pęknięć. Solidny, dobrze utrzymany, używany model zaoszczędzi wam tysiące złotych i z pewnością jeszcze was przeżyje.





Udostępnij:
Dlaczego hit „Baby Got Back” to fatalna porada dla młodych rodziców
Zima z bliźniakami: Poradnik zmarzniętego taty o ubieraniu na cebulkę