Siedziałam na podłodze w pokoiku Leo – który, nawiasem mówiąc, był pomalowany na kolor o nazwie „Morska Sól”, choć w nieodpowiednim świetle wyglądał po prostu jak zasiniona żyła – i pociłam się niemiłosiernie, mając na sobie już trzeci tego dnia stanik do karmienia. Był wtorek, godzina 14:14. Maja, która miała wtedy trzy lata, stała w korytarzu, agresywnie śpiewając piosenkę z Psiego Patrolu naszemu psu, podczas gdy ja, zgarbiona nad koszem Mojżesza, próbowałam osiągnąć estetyczną perfekcję. Miałam ten gigantyczny, gruby wełniany koc przerzucony przez brzeg kosza, małą drewnianą tabliczkę z napisem „Jeden miesiąc” i… Leo. Cóż, Leo wrzeszczał. Wygiął się w łuk jak mała, wściekła krewetka, bo wełna go drapała, a ja gorączkowo potrząsałam grzechotką nad głową, próbując jednocześnie utrzymać w dłoni iPhone'a. Na komodzie stał kubek mocnej kawy, odgrzewanej w mikrofali tyle razy, że smakowała jak gorące monety. Chciałam tylko jednego dobrego zdjęcia.
Pamiętam, jak wpatrywałam się w to jedno konkretne zdjęcie niemowlaka ze stocka, które znalazłam na Pintereście, zastanawiając się, jak do cholery fotograf sprawił, że to dziecko wyglądało tak spokojnie, będąc pogrzebanym pod sześcioma warstwami sztucznego futra i pluszowymi welurowymi ochraniaczami. Dziecko na zdjęciu wyglądało jak spokojny mały aniołek unoszący się na chmurce beżowych materiałów. Moje dziecko wyglądało jak mały, spocony dyktator, który miał ochotę zwolnić cały swój personel. Ciągle poprawiałam kocyk, próbując wsunąć mu go pod brodę dokładnie tak, jak na zdjęciu, ale za każdym razem, gdy to robiłam, on zaczynał się rzucać i cała ta starannie wyreżyserowana scena legła w gruzach. Mój mąż, Dave, wszedł, spojrzał na tę chaotyczną scenę, potem na ciężki wełniany koc zakrywający połowę twarzy naszego dziecka i bardzo łagodnie zasugerował, że może nie powinniśmy dusić naszego syna dla Instagrama.
Co, szczerze mówiąc, było irytujące, bo miał rację. Tak czy inaczej, sęk w tym, że właśnie wtedy dotarło do mnie, że cała ta branża estetycznej fotografii niemowlęcej to w zasadzie wielkie oszustwo, którego celem jest wpędzenie zmęczonych matek w poczucie winy.
Kłamstwo o puszystym kocyku, które prawie zrujnowało mi popołudnie
Prawda o tych wszystkich pięknych, utrzymanych w neutralnych barwach zdjęciach pokoików dziecięcych, które widzisz w internecie, jest taka: mają się one kompletnie nijak do prawdziwej rzeczywistości. Po pierwsze, gdzie w ogóle można kupić dywanik flokati, który mieści się w łóżeczku, i kto ma czas go wyczesywać, gdy nieuchronnie zostanie zalany ulanym mlekiem? Spędziłam trzy tygodnie w trzecim trymestrze, obsesyjnie próbując stworzyć to miękkie, pełne faktur środowisko do snu, ponieważ każdy katalog i post na blogu pokazywał dzieci śpiące w luksusowych, pełnych poduszek gniazdkach. Kupiłam pluszowe ochraniacze na szczebelki. Kupiłam ten wielki, pleciony warkocz, który kosztował więcej niż mój pierwszy samochód. Chciałam, żeby łóżeczko wyglądało jak luksusowy hotel dla leśnego stworzonka.
Ale kiedy w rzeczywistości próbujesz położyć oddychającego, wiercącego się noworodka do gniazda z luźnych materiałów, zamienia się to w koszmar wywołujący stany lękowe. Koce nasuwają się na ich twarze. Pluszowe zabawki natychmiast stają się zagrożeniem. W końcu siedzisz i wpatrujesz się w klatkę piersiową dziecka, żeby upewnić się, że unosi się i opada, sama nie mogąc zmrużyć oka z przerażenia, że ta piękna estetyka, którą stworzyłaś, to tak naprawdę śmiertelna pułapka. Przez pierwsze dwa tygodnie życia Leo praktycznie drżałam z niepokoju za każdym razem, gdy odkładałam go do łóżeczka. Ostrożnie układałam na nim ten uroczy muślinowy otulacz do zdjęcia, robiłam fotkę, a potem w panice wyrywałam to wszystko z łóżeczka. To po prostu wykańczające.
Nawet nie zaczynajcie tematu tych gigantycznych opasek w kwiaty; one dosłownie zostawiają odgniecenia na tych miękkich małych czaszkach.
Co mój pediatra powiedział o ochraniaczach na szczebelki
W końcu się złamałam i zapytałam o to dr. Arisa podczas bilansu dwumiesięczniaka. Dr Aris to niezwykle cierpliwy człowiek, który widział mnie płaczącą w swoim gabinecie częściej, niż chciałabym przyznać, zazwyczaj gdy miałam na sobie dresy z podejrzanymi plamami na kolanach. Pokazałam mu zdjęcia, które próbowałam odtworzyć. Zapytałam: „Dlaczego moje dziecko nienawidzi tego przytulnego gniazdka do spania? Czy źle go otulam?”.
Spojrzał na mój telefon, westchnął głębokim, zmęczonym westchnieniem pediatry i delikatnie wyjaśnił, że w zasadzie patrzę na katalog zagrożeń dla życia. Powiedział mi, że te wszystkie rzeczy – ochraniacze, pluszaki, grube, przytulne kołderki – to dokładnie to, czego Amerykańska Akademia Pediatrii (AAP) kategorycznie zakazuje używać. Wspomniał o absolutnie przerażających statystykach dotyczących tego, jak tysiące dzieci każdego roku ulega urazom lub gorszym wypadkom z powodu problemów związanych ze snem, głównie przez luźną pościel i niebezpieczne otoczenie. Wygląda na to, że cała ta zasada „twardy, płaski materac i absolutnie nic więcej” to nie tylko sugestia dla szpitalnych łóżeczek; to autentyczna naukowa wiedza o tym, jak dzieci powinny spać. Kiedy to usłyszałam, serce zjechało mi do pięt. Wydałam mnóstwo pieniędzy i straciłam tyle energii psychicznej, próbując skopiować zdjęcia, które stanowiły bezpośrednie zagrożenie dla życia.
Cała ta naukowa otoczka jest, szczerze mówiąc, nieco przytłaczająca – z tym całym ponownym wdychaniem własnego powietrza i ryzykiem SIDS – jednak mój wniosek był prosty: jeśli coś w łóżeczku wygląda słodko i puszysto, to prawdopodobnie może zrobić dziecku ogromną krzywdę. Więc jeśli chcesz użyć grubego koca do zdjęcia, musisz dosłownie nad nim wisieć, zachowując pełną czujność, a w ułamku sekundy po kliknięciu migawki – natychmiast zabrać te wszystkie graty. Nigdy, przenigdy nie zostawiaj z nimi dziecka samego.
Ubranka, w których twoje dziecko nie wygląda jak słup ogłoszeniowy
Kiedy już zaakceptowałam, że ze względów bezpieczeństwa łóżeczko musi wyglądać jak sterylna więzienna cela, musiałam wymyślić, jak sprawić, by Leo wyglądał w miarę fotogenicznie bez użycia rekwizytów. Szybko zorientowałam się, że większość ubranek dla niemowląt jest po prostu agresywnie krzykliwa. Ludzie dają ci w prezencie te ubranka z gigantycznymi, ryczącymi na klatce piersiowej dinozaurami z kreskówek, albo spodnie z wyklejonymi na tyłku bezsensownymi napisami w stylu "MAŁY ROZRABIAKA". One strasznie rozpraszają. Kiedy robisz zdjęcie dziecku ubranemu w jaskrawy wzór, jedyne, co na nim widzisz, to ten wzór.

W końcu znalazłam mój święty Graal – Body z bawełny organicznej dla niemowląt marki Kianao. Nie żartuję, kiedy mówię, że Leo w zasadzie mieszkał w wersji bez rękawów przez okrągłe sześć miesięcy. To tylko prosty, jednolity kawałek materiału, ale rozciąga się w taki sposób, że się nie rozciąga na stałe, jeśli wiecie, co mam na myśli. Kojarzycie, jak niektóre pajacyki robią się dziwnie pofalowane pod szyją już po dwóch praniach? To body takie nie jest. Mieliśmy potężną awarię w kawiarni – taki rodzaj kupy, który wbrew prawom fizyki wędruje W GÓRĘ pleców – i musiałam agresywnie szorować to body w umywalce w publicznej toalecie. Przetrwało. Doprało się idealnie. Ponieważ jest to zwykła bawełna organiczna, na zdjęciach wygląda obłędnie. Żadnych błyszczących logo odbijających flesz, żadnego dziwnego, sztucznego połysku. Tylko miękki, neutralny materiał, który w końcu pozwala w pełni zobaczyć twarz dziecka.
Szczerze mówiąc, posiadanie kilku solidnych, wysokiej jakości ubranek bazowych sprawia, że robienie pamiątkowych zdjęć z tych najważniejszych momentów jest o niebo łatwiejsze, bo po prostu nie musisz walczyć ze stylizacją.
Zasada „jednego miejsca” i moje bardzo brudne okno
Eksperci od fotografii zawsze powtarzają, że kluczem do dobrych zdjęć z różnych etapów rozwoju malucha jest zasada „jednego miejsca”. Wybierasz fotel, dywanik albo kąt pokoiku i każdego miesiąca robisz tam zdjęcie w dokładnie tym samym miejscu, żeby móc obserwować, jak dziecko rośnie. Brzmi banalnie prosto. Wcale takie nie jest.
Z Mają próbowałam tego patentu na konkretnym fotelu w naszym salonie. Ale w czwartym miesiącu zaczęła zsuwać się z poduszki, a w siódmym – stanowczo odmawiała spokojnego siedzenia i bez przerwy próbowała zjeść tapicerkę. Przy Leo byłam zdeterminowana, żeby poszło mi lepiej. Wybrałam miejsce na podłodze, tuż obok dużego okna w naszej sypialni. Światło to w zasadzie jedyna rzecz, która naprawdę ma znaczenie w fotografii. Jeśli użyjesz światła z sufitu, twoje dziecko będzie wyglądać blado, żółto i na wykończone, niczym miniaturowy księgowy w średnim wieku, który zarwał nockę. Naturalne światło z okna wszystko zmiękcza.
Oczywiście zapomniałam, że okno w naszej sypialni było całe w psich nosach i smugach niezidentyfikowanego brudu, ale to nieważne. Miękkie światło i tak zrobiło swoje.
Zabawki, które pełnią funkcję rekwizytów
Żeby Leo miał na co patrzeć, oprócz mojej zestresowanej twarzy ukrytej za aparatem, zaczęłam włączać do kadrów małe drewniane zabawki. Kupiliśmy Zestaw delikatnych klocków dla niemowląt. Są... w porządku. W końcu to klocki. Pastelowe kolory są ładne i z pewnością wyglądają znacznie lepiej rozrzucone w tle na zdjęciu niż sterta jaskrawego, błyskającego i hałaśliwego plastiku. Ale jako faktyczne zabawki? Główną interakcją Leo było żucie czwórki, aż w całości pokryła się śliną, a następnie rzucenie nią w kota. Podobno są świetne do wczesnego rozwoju logiki i motoryki, ale w naszym domu służyły głównie jako bardzo estetyczne pociski. Trzeba im jednak przyznać, że na zdjęciach prezentują się naprawdę uroczo.

Do zdjęć robionych podczas leżenia na brzuszku – a to szczerze mówiąc jedyne zdjęcia, na jakie możesz liczyć, gdy maluch kończy piąty miesiąc i kategorycznie odmawia leżenia na plecach – rozkładałam Kocyk z bawełny organicznej w jesienne jeże. Wiem, że dopiero co narzekałam na koce, ale ten przypadek jest zupełnie inny, bo używałam go tylko wtedy, gdy Leo był w pełni obudzony i nadzorowany na podłodze. Jest płaski, a nie puszysty, więc nie stwarza takiego ryzyka uduszenia, jak te grube dywaniki ze sztucznego futra. Musztardowy kolor przepięknie odcinał się od podłogi, a małe, niebieskie jeżyki dawały Leo mocny kontrast, na który wpatrywał się podczas prób podnoszenia. Dzięki temu udawało mi się zrobić naprawdę naturalne, śliczne zdjęcia, na których ćwiczył mięśnie szyi. Ale przypominam – nigdy do łóżeczka. Łóżeczko wciąż pozostaje pustą więzienną celą.
Kroki milowe, które wydarzyły się, gdy szukałam aparatu
Najzabawniejsze w próbach dokumentowania tych wszystkich książkowych kroków milowych – uśmiechu w drugim miesiącu, siadania w szóstym, podciągania się w dziewiątym – jest to, że presja perfekcyjnego ujęcia często psuje całą magię chwili. Przegapiłam pierwszy prawdziwy, w pełni świadomy uśmiech społeczny Leo, bo grzebałam w telefonie, próbując wyłączyć flesz. Zanim odpaliłam aparat, on już znowu płakał.
Kiedy kończą pół roku i wreszcie rozwijają mięśnie głębokie na tyle, by usiąść jak mały człowiek, a nie bezwładny worek mąki, robienie zdjęć daje więcej frajdy. Ale też nieustannie się przewracają. Większość moich zdjęć sześciomiesięcznej Mai to po prostu rozmazana smuga w chwili, gdy wypadała z kadru. W dziewiątym miesiącu, gdy dzieci zaczynają raczkować, możesz w zasadzie całkowicie pożegnać się z zasadą „jednego miejsca”. Musisz po prostu za nimi podążać po całym domu, samemu raczkując na kolanach w nadziei, że naturalne światło padnie na nie akurat wtedy, gdy będą analizować zachowanie kotów z kurzu pod kanapą.
Te niedoskonałe, rozmazane zdjęcia, na których są w połowie ucięte z kadru, mają na sobie poplamione, organiczne body i siedzą w otoczeniu porozrzucanych klocków – to właśnie one tak naprawdę mówią prawdę. A nie idealnie wyreżyserowane zdjęcia ze stocków. Patrzę na fotografie, na których Leo wpatruje się we mnie wrogim wzrokiem ze swojego pustego, bezpiecznego łóżeczka i szczerze mówiąc, kocham je dużo bardziej niż tamto ujęcie rodem z Pinteresta, nad którym płakałam tamtego wtorkowego popołudnia. Jest bezpieczny, jest wściekły i jest w stu procentach prawdziwy.
Jeśli jesteś wykończona próbami upodobnienia swojego życia do okładki magazynu – po prostu przestań. Ubierz malucha w coś wygodnego, odsłoń rolety i po prostu zrób to zwykłe, autentyczne zdjęcie.
Moje bardzo autentyczne odpowiedzi na wasze pytania o zdjęcia niemowląt
Jak sprawić, by dziecko wyglądało na zdjęciach na spokojne?
O rany, wcale. Chyba że uda ci się je złapać w tym małym, pięciominutowym oknie tuż po solidnym karmieniu, kiedy to jest tak pijane mlekiem, że praktycznie odpływa. W każdym innym wypadku – pokochaj chaos. Pozwól maluchowi gryźć własną rękę. Pozwól mu wyglądać zrzędliwie. „Spokojny” wygląd to zazwyczaj po prostu sen, a przenoszenie śpiącego dziecka do wyreżyserowanego kadr przypomina próbę rozbrojenia bomby. Po prostu zrób mu zdjęcie, gdy nie śpi i krzyczy; za pięć lat oboje będziecie się z tego śmiać.
Czy ochraniacze na szczebelki do łóżeczka są bezpieczne, jeśli są zrobione z oddychającego materiału?
Mój pediatra praktycznie wyśmiał mnie, gdy o to zapytałam. Nie. Nawet te z siateczki są teraz uważane za zagrożenie. Dr Aris powiedział mi, że dzieci mogą się w nie zaplątać albo potraktować je jak schodek, po którym katapultują się z łóżeczka, jak tylko nauczą się stać. Po prostu zostaw to łóżeczko puste. Wygląda nudno, ale to nuda pozwala im swobodnie oddychać, więc bądźmy fanami nudy.
Jaka jest najlepsza pora dnia na robienie dzieciom zdjęć?
Wtedy, gdy przez okno wpada do domu najlepsze rozproszone światło. Dla nas była to około 10 rano w sypialni. Nie używaj górnego światła i, na miłość boską, wyłącz flesz w telefonie. Flesz sprawia, że dziecięca skóra wygląda blado, a ich urocze oczka przypominają świecące demoniczne kule. Po prostu wsuń malucha gdzieś blisko w miarę czystego okna i módl się o cud.
Czy powinnam kupić jakieś specjalne ubranko na comiesięczne zdjęcia?
Szkoda pieniędzy. Poważnie. Kupiłam ten wymyślny strój na szelkach do zdjęć na trzeci miesiąc Leo, a on ulał na niego w całości, zanim w ogóle zdążyłam odpalić aparat. Trzymaj się wysokiej jakości body w jednolitym kolorze. Będzie się rozciągać, gdy maluch będzie się wiercił, nie odciągnie uwagi od jego twarzy, a ty nie zalejesz się łzami, jeśli ulegnie zniszczeniu, bo te ubranka doskonale znoszą wielokrotne pranie.
Jak w bezpieczny sposób używać rekwizytów na zdjęciach niemowląt?
Tylko wtedy, gdy maluch jest rozbudzony i wyłącznie pod warunkiem, że jesteś dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcesz mieć zdjęcie ze słodkim pluszakiem lub ładnym kocykiem, połóż ten gadżet obok niego na podłodze – będąc tuż obok. W chwili, gdy dziecko robi się śpiące albo zaraz po zakończeniu krótkiej sesji, od razu zabierz te rekwizyty. Nigdy nie wkładaj takich rzeczy w miejsce ich snu. Przenigdy.





Udostępnij:
Dlaczego Twoje niemowlę ciągle wystawia język jak mała jaszczurka
Dlaczego domowa kaszka manna uratowała mój budżet i spokój ducha