Próbowałam schować pilota za mikrofalówką. To był mój pierwszy błąd – myślałam, że uda mi się przechytrzyć malucha, który uparł się na jedną konkretną rzecz. Wmawiasz sobie, że będziesz tym typem rodzica, który puszcza tylko muzykę klasyczną i filmy przyrodnicze, ale potem nadchodzi sroga chicagowska zima, kaloryfer syczy jak wściekły kot, a ty po prostu potrzebujesz dwudziestu minut, żeby wypić herbatę, póki jest jeszcze ciepła. Zanim się obejrzysz, twoje dziecko trzyma drewniany klocek przy uchu jak telefon i krzyczy na psa, żeby wracał do pracy. Utknęliśmy po uszy w erze „Dzieciaka rządzącego”, uwierzcie mi, i to w dużej mierze moja własna wina.

Pojawia się specyficzny rodzaj zmęczenia, kiedy oglądasz, jak ten sam animowany korporacyjny bobas po raz setny knuje przeciwko kociakom. Kiedy na Netfliksie pojawił się serial Dzieciak rządzi: Znowu w grze, będący pomostem między filmem z 2017 roku a jego sequelem, pomyślałam, że to po prostu kolejna nieszkodliwa rozrywka. Nie zdawałam sobie sprawy, że zapraszam do swojego salonu małego, napędzanego kofeiną menedżera średniego szczebla.

Słuchajcie, jeśli myślicie, że możecie po prostu zakazać tej bajki i mieć problem z głowy, to się grubo oszukujecie. Próbowałam drogi całkowitej cenzury przez jakieś trzy dni. Usunęłam serial z listy, udawałam, że nie wiem, o co chodzi, i podsuwałam drewniane klocki w zamian. W niedzielę mój syn po prostu pojechał do babci i obejrzał cztery odcinki na jej iPadzie, zajadając ulubione placuszki. Dzieci zawsze znajdą sposób. Sztuka nie polega na całkowitym zabronieniu oglądania, ale na nauczeniu się, jak nadać kontekst bobasowi w garniturze, który rzuca żartami o puszczaniu bąków, zanim wasze dziecko zacznie je powtarzać w poczekalni u pediatry.

Anatomia małego korporacyjnego władcy

Jeśli kiedykolwiek spędziłyście trochę czasu na oddziale dziecięcym, wiecie, że dzieci to i tak w głębi duszy mali socjopaci. Są zaprogramowane na instynkt przetrwania i natychmiastową gratyfikację. Widziałam maluchy z wenflonem w rączce, które negocjowały lepszy soczek w kartoniku, jakby dobijały targu na Wall Street. W pewnym dziwnym sensie zrobienie z niemowlaka bezlitosnego prezesa korporacji nie mija się zbytnio z prawdą.

Sam serial to w zasadzie dwadzieścia kilka minut komedii slapstickowej, korporacyjnego sabotażu i niekończącej się wojny przeciwko szczeniaczkom i starszym ludziom. Ale jest coś, co doprowadza mnie do szału. Muszę poświęcić chwilę na temat toaletowego humoru. Nie wiem, kto w pokoju scenarzystów uznał, że co trzecia kwestia musi być żartem o ulewaniu, bekaniu czy robieniu kupy, ale ta osoba ewidentnie nie musi sprzątać bałaganu po maluchu, który uważa, że naśladowanie telewizji jest przezabawne. Pewnego dnia byliśmy w sklepie spożywczym, a mój słodki, zazwyczaj cichy synek wskazał na przemiłą starszą panią i krzyknął coś o pieluszkowej eksplozji. Niestety, ziemia nie pochłonęła mnie żywcem. To jest po prostu bezlitosne. Poświęcasz rok, żeby nauczyć ich słów takich jak „proszę” i „dziękuję”, a jeden animowany bobas rujnuje to wszystko jednym żartem o bąkach.

Jakość animacji jest całkowicie przeciętna.

Ale pod całą tą pyskówką i fizjologią, prawdziwym przesłaniem serialu jest tak naprawdę to, że rodzeństwo zawsze może na siebie liczyć. W filmie Tim i bobas się nienawidzili. W serialu stanowią zespół. Kłócą się, przekomarzają, niemal niszczą dom, ale gdy sytuacja staje się napięta, kryją się nawzajem. Jako osoba, która nieustannie musi pełnić rolę rozjemcy w sporach między dziećmi podczas wspólnych zabaw, muszę przyznać, że miło jest zobaczyć, jak maluchy współpracują, by rozwiązać problem – nawet jeśli tym problemem jest zbuntowany syndykat kociaków.

Co mój pediatra miał do powiedzenia o czasie przed ekranem

Podczas bilansu na 18 miesięcy, wyżaliłam się z moich telewizyjnych lęków naszej doktor Patel. Ma za sobą trzydzieści lat praktyki i okrągłe zero cierpliwości do moich neuroz debiutującej mamy. Zapytałam ją o oficjalne wytyczne Amerykańskiej Akademii Pediatrii (AAP) dotyczące czasu spędzanego przed ekranem, spodziewając się solidnego kazania.

What my pediatrician mumbled about screen time — Surviving the boss baby back in business era in our house

Ona w zasadzie tylko machnęła ręką, zajrzała mu do uszu i powiedziała, że co prawda AAP mówi coś o godzinie wartościowych programów dla maluchów, ale szczerze mówiąc, chodzi głównie o to, by telewizor nie zastąpił im biegania po dworze i snu. Badania naukowe na temat tego, jak szybka animacja wpływa na dziecięce mózgi, i tak są dość niejednoznaczne. Czasami czytam badanie, które twierdzi, że to na zawsze niszczy ich zdolność koncentracji, a następnego dnia trafiam na inne, według którego interaktywne oglądanie jest w porządku. Doktor Patel uświadomiła mi, że prawdziwym problemem nie jest sama bajka, ale to, czy siedzisz obok, by wytłumaczyć, dlaczego nie przezywamy ludzi przy stole.

Więc teraz oglądamy razem. To potwornie męczące. Siedzę obok, podczas gdy szef-bobas wyczynia coś niedorzecznego, i rzucam od niechcenia komentarz, że w naszym domu używamy miłych słów. Mój syn przeważnie mnie ignoruje, ale mam nadzieję, że coś tam wchłonie przez osmozę.

Zarządzanie kryzysowe i dekompresja

Kiedy telewizor w końcu gaśnie, powrót do rzeczywistości bywa brutalny. Nie da się ot tak, jak za pstryknięciem włącznika, przejść od korporacyjnego szpiegostwa o wysoką stawkę do czasu wyciszenia. Nauczyłam się, że trzeba zbudować fizyczną barierę między czasem przed ekranem a czasem na sen.

Damage control and decompression — Surviving the boss baby back in business era in our house

Staram się być bardzo szczera w kwestii tego, co kupujemy dla naszego dziecka. Kiedy był młodszy, sprawiliśmy mu Drewniany stojak edukacyjny z małymi zabawkami w kształcie zwierzątek. Wiem, że wielu rodziców dałoby się pokroić za te montessoriańskie zestawy. Wygląda to pięknie w kącie salonu, a naturalne drewno jest miłą odskocznią od plastikowego chłamu. Ale bądźmy szczerzy, moje dziecko przez jakieś pięć minut dziennie gapiło się na słonika, po czym próbowało zjeść drewniane nogi. Świetnie sprawdza się ze względów estetycznych i może faktycznie pomaga w postrzeganiu głębi, jak twierdzi instrukcja, ale nie był to magiczny pochłaniacz uwagi, na jaki liczyłam.

Tym, co obecnie naprawdę się u nas sprawdza, jest Bambusowy kocyk Kolorowy Wszechświat. To mój absolutny faworyt. Jest nieziemsko miękki dzięki organicznemu włóknu bambusowemu, ale najbardziej kochamy go za to, że stał się jego obiektem przejściowym. Kiedy telewizor gaśnie, mały chwyta ten konkretny kocyk w pomarańczowe planety. Czasem zawiązuje go sobie na szyi jak pelerynę korporacyjnego superbohatera, a czasem po prostu zwija się w nim na dywanie jak burrito. Materiał w magiczny sposób utrzymuje stabilną temperaturę, więc syn nie budzi się spocony po drzemkach. Jeśli chcecie przetrwać histerię po wyłączeniu bajki, musicie po prostu dać dzieciom coś, co jest łagodniejsze niż ich własna złość, i przeczekać falę.

Kolekcję naszych organicznych kocyków znajdziecie tutaj, jeśli potrzebujecie czegoś, co skutecznie wchłonie łzy malucha.

Jak przetrwać żarty o robieniu kupy i nie zwariować

Najtrudniejszą częścią tego specyficznego, popkulturowego etapu jest nagły regres w kwestii dojrzałości toaletowej. Właśnie wtedy, gdy myślałam, że zaczynamy ogarniać cywilizowane zachowanie, szef-bobas wprowadza koncepcję strategicznego użycia pieluchy.

Nauczyłam się, że silne reagowanie na toaletowy humor tylko dolewa oliwy do ognia. W szpitalu, kiedy pacjent krzyknie coś nieodpowiedniego, nie wzdychasz z przerażeniem i nie łapiesz się za serce. Odnotowujesz to i robisz swoje. Zróbcie to samo z maluchem. Kiedy przy stole rzuca żartem o kupie, po prostu spójrzcie na niego bez wyrazu, zaproponujcie mu więcej groszku i zmieńcie temat. W ten sposób odetniecie ten żart od tlenu, którego potrzebuje, by przetrwać.

W samochodzie trzymamy zapasowy Bambusowy kocyk Niebieskie Kwiaty na wypadek, gdyby ten główny w planety akurat był w praniu. Na początku nie byłam pewna, czy kwiatowy wzór będzie dla niego odpowiedni, ale niebieskie chabry działają niesamowicie kojąco. Kiedy wracamy z chaotycznego spotkania z rówieśnikami, na którym mój syn próbował rozstawiać po kątach inne maluchy, nałożenie hipoalergicznej, chłodnej w dotyku warstwy na jego fotelik samochodowy zazwyczaj usypia go, zanim jeszcze zdążymy wjechać na autostradę Kennedy'ego.

Nie da się kontrolować wszystkiego, co dzieci oglądają czy słyszą. Możesz kontrolować jedynie środowisko, do którego wracają, gdy ekran gaśnie. Przygaś światła, schowaj plastikowe zabawki i owiń je w coś, co nie pyskuje w odpowiedzi.

Jeśli szukasz sposobów, by prawdziwy świat stał się nieco bardziej atrakcyjny niż ten animowany, przejrzyj naszą kolekcję organicznych akcesoriów dla niemowląt i znajdź trochę cichego ukojenia.

Trudne pytania o małych szefów

  • Dlaczego moje dziecko nagle ma taką obsesję na punkcie robienia kupy? Bo to łatwy sposób na wywołanie śmiechu. Serial to normalizuje, a maluchy to w zasadzie tacy stand-uperzy testujący swoje pięciominutowe programy na każdym, kto tylko zechce słuchać. Nie śmiej się. Po prostu powiedz, że w tym domu korzystamy z nocnika i odejdź. Żart umiera, gdy widownia opuszcza salę.
  • Czy ten serial sprawia, że moje dziecko staje się agresywne? Prawdopodobnie nie agresywne, po prostu pyskate. Naśladują ten ton, bo w bajce wywołuje on reakcję u innych postaci. Po prostu przypomnij im, że mówienie do ciebie jak do stażysty, który pomylił zamówienie na kawę, nie zagwarantuje im przekąski.
  • Jak odciągnąć je od ekranu bez wywoływania histerii? Nie da się. Musisz po prostu zaakceptować histerię jako koszty prowadzenia działalności. Ostrzeż na pięć minut przed końcem, wyłącz telewizor i od razu podaj maluchowi przekąskę lub miękki kocyk. Pozwól mu popłakać na podłodze przez minutę. Przeżyje.
  • Czy w takim razie powinnam po prostu przejść od razu do drugiego filmu? To nie ma znaczenia. Fabuła jest w zasadzie taka sama, tylko z nieco lepszą animacją i głosami innych celebrytów. Wybierz swoje utrapienie i naucz się je ignorować podczas składania prania.