Byłem w kuchni, zawzięcie zeskrobując przypaloną owsiankę z garnka, kiedy zapadła cisza. Każdy rodzic dwuletnich bliźniaków wie, że milczenie wcale nie jest złotem; jest wysoce podejrzane i zazwyczaj bardzo drogie. Rzuciłem garnek, wparowałem do salonu i zastałem Florence entuzjastycznie przeżuwającą odciętą głowę Baltazara, podczas gdy Matilda sprawdzała, jak głęboko w lewe nozdrze da się wcisnąć porcelanową figurkę Dzieciątka Jezus.
Moja teściowa sprezentowała nam tę pamiątkową szopkę zaledwie dzień wcześniej. Podobno została ręcznie pomalowana we Włoszech gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych i składała się z dwunastu osobnych, niesamowicie kruchych ceramicznych elementów wielkości dorodnego winogrona. Postawiłem całość na stoliku kawowym, żyjąc w głęboko błędnym przekonaniu, że jeśli powiem dziewczynkom „nie dotykamy”, uszanują mój autorytet (to złudzenie, z którego naprawdę powinienem już dawno wyrosnąć).
Kolejne cztery minuty spędziłem na gorączkowym przeczesywaniu dywanu w salonie, licząc owce i mędrców, zlewając się przy tym potem. Ostatecznie zlokalizowałem malutkie, ceramiczne Dzieciątko pod kanapą, całe w kurzu i z resztką zaschniętego chrupka. Było to brutalne przypomnienie, że okres świąteczny, podobnie jak codzienne rodzicielstwo, to w dużej mierze po prostu niekończące się próby zapobiegania przypadkowym połknięciom różnych przedmiotów.
Porcelanowy koszmar w salonie
W grudniu rodziny ogarnia specyficzny rodzaj szaleństwa. Nagle uznajemy za absolutnie racjonalne dekorowanie naszych domów kruchymi szklanymi kulami, trującymi roślinami i maleńkimi ceramicznymi figurkami przedstawiającymi starożytne bliskowschodnie sceny rolnicze, a potem dziwimy się, że nasze dzikie dwulatki traktują to jak interaktywną salę zabaw. Tradycyjna szopka to chyba największy winowajca. W gruncie rzeczy to zbiór ostrych, łatwych do połknięcia i grożących zadławieniem przedmiotów, które udają ukochaną rodzinną tradycję.
Kiedy dobrze przyjrzeć się standardowej, pamiątkowej szopce, jej proporcje bywają głęboko niepokojące. Osiołek zazwyczaj przypomina niedożywionego psa, anioły dzierżą harfy, którymi można by wybić oko, a główna atrakcja – Dzieciątko Jezus – jest prawie zawsze całkowicie oddzielone od żłóbka, dzięki czemu ma idealny rozmiar, by wylądować w pieluszce, kratce wentylacyjnej albo przewodzie pokarmowym.
Moja teściowa wyraziła się bardzo jasno, że ten zestaw był w rodzinie od trzydziestu lat i służy „do patrzenia, nie do dotykania”. Ale weźcie spróbujcie wytłumaczyć koncepcję wystawy przeznaczonej wyłącznie do oglądania dwóm dziewczynkom, które niedawno wspólnymi siłami zdemontowały zamkniętą bramkę na schody, używając do tego tylko plastikowej szpatułki i czystej złośliwości. To po prostu nie miało prawa się udać.
Co lekarz tak naprawdę powiedział o tchawicy
Po incydencie z Baltazarem wylądowałem z Florence u pediatry, bo nie mogłem znaleźć ceramicznego daru ze złota, który figurka trzymała w dłoniach, i byłem święcie przekonany, że jest gdzieś w jej okrężnicy. Nasza lekarka, skrajnie wyczerpana kobieta, która w swoim życiu widziała o wiele za dużo spanikowanych świeżo upieczonych ojców, posłała mi wymowne, długie spojrzenie znad okularów. Wymamrotała coś o tym, że dzieci poniżej czwartego roku życia używają swoich ust w zasadzie jako drugiej pary oczu.
Chyba próbowała mi wytłumaczyć, że ich drogi oddechowe mają średnicę słomki do napojów, przez co wszystko mniejsze od piłki golfowej zwiastuje potencjalną katastrofę. Kazała mi wziąć pustą rolkę po papierze toaletowym i spróbować wrzucać do niej zabawki. Jeśli przechodzą przez tekturową rurkę, nie powinny znajdować się w tym samym kodzie pocztowym co pozbawiony nadzoru dwulatek. Cały tamten wieczór spędziłem, przepychając świąteczne ozdoby przez rolkę po papierze toaletowym – to dokładnie ten rodzaj ekscytującego piątkowego wieczoru, jaki wyobrażałem sobie, decydując się na bycie ojcem.
Ubranka, które przetrwają świąteczny chaos
Skoro już jesteśmy przy temacie rzeczy, które faktycznie ułatwiają życie w okresie świątecznym, muszę wspomnieć o tym, co dziewczynki miały na sobie podczas wielkiego napadu na szopkę. Kiedy odwiedza nas moja ciocia, upiera się przy obdarowywaniu nas drapiącymi, syntetycznymi swetrami świątecznymi, od których u bliźniaczek pod kolanami wyskakują jaskrawoczerwone plamy egzemy. Zazwyczaj po dwudziestu minutach muszę rozbierać je do samej bielizny, żeby powstrzymać płacz.

Właśnie dlatego praktycznie nie ściągamy z nich Body Dziecięcego z Bawełny Organicznej od Kianao. Szczerze mówiąc, to jedyna rzecz, która pozwala mi zachować resztki zdrowego rozsądku podczas patrzenia na stertę prania. Nie bardzo rozumiem tę całą skomplikowaną naukę stojącą za bawełną organiczną, ale wiem jedno: odkąd zmieniliśmy ubranka na te, wściekle czerwone plamy całkowicie zniknęły. Mają w sobie to genialne pięć procent elastanu, co oznacza, że kiedy Matilda odstawia na przewijaku pozycję „sztywnej deski”, nadal mogę jakoś wcisnąć ten materiał na jej wymachujące kończyny bez zrywania szwów.
Zakładki na ramionach naprawdę robią robotę. Oznacza to, że gdy zdarzy się awaria pieluchy (a to się zdarza, zazwyczaj akurat wtedy, gdy podajesz obiad), możesz zdjąć całe zrujnowane ubranko w dół przez nogi, zamiast przeciągać tę przerażającą substancję, która wydostała się z pieluszki, przez głowę dziecka. Prałem te body już tyle razy, że moja pralka wydaje z siebie rozpaczliwe jęki, a one mimo to nie straciły swojego fasonu. Są miękkie, nie mają tych irytujących, drapiących metek, które zazwyczaj wymagają interwencji chirurgicznej, i wyglądają doskonale na świątecznych zdjęciach, kiedy formalne stroje i tak zostaną zrujnowane sosem pieczeniowym.
Jeśli wpatrujesz się w szafę pełną ubrań, których twoje dzieci nie chcą nosić, bo są „dziwne w dotyku”, zrób sobie przysługę i przejrzyj kolekcję organicznych ubranek dla dzieci Kianao, zanim do reszty postradasz zmysły.
Architektoniczne porażki naszej szopki
Próbując odciągnąć uwagę dziewczynek od zakazanej, ceramicznej scenki, pomyślałem, że będę niesamowicie sprytny i kupię Miękkie Klocki Konstrukcyjne dla Niemowląt. Chodziło o to, by przy użyciu gumowych klocków 3D zbudować nasze własne, bezpieczne i miękkie Dzieciątko w żłóbku. Wydawało się, że będzie to genialny rodzicielski moment, wprost idealny na Pinteresta.
Nie był.
Same klocki są świetne. Mają jaskrawe kolory i lekko piszczą przy ściskaniu, co dziewczynkom wydało się wysoce zabawne... przez jakieś sześć minut. Ale jeśli masz nadzieję, że skonstruujesz z nich jakkolwiek stabilną stajenkę dla Świętej Rodziny, szukaj dalej. Ponieważ to miękka guma, nie układają się z rygorystyczną precyzją wymaganą do zbudowania dachu. Za każdym razem, gdy udało mi się postawić trzy ściany, Florence podpełzała do mnie jak miniaturowa Godzilla, przewracała budowlę i natychmiast próbowała przeżuć klocek z numerem cztery. Całkiem nieźle sprawdzają się jako zabawki do kąpieli, jednak moje marzenia o architektonicznych, świątecznych opowieściach zostały szybko porzucone.
Mętna nauka i poznawanie przez dotyk
Podobno istnieje cała szkoła psychologii rozwojowej, która sugeruje, że małe dzieci nie potrafią pojąć abstrakcyjnych pojęć, tylko słuchając, co się do nich mówi. Przeczytałem gdzieś o 3 nad ranem (czekając, aż lek przeciwgorączkowy zacznie działać) artykuł, według którego dzieci poniżej piątego roku życia uczą się kinestetycznie. W praktyce oznacza to, że jeśli nie mogą czegoś dotknąć, uderzyć tym o stół albo rzucić w rodzeństwo, to tak naprawdę nie przetwarzają faktu, że to w ogóle istnieje.

Przez to tradycyjne, świąteczne opowieści stają się niezwykle trudne. Nie możesz po prostu pokazać palcem kruchego żłóbka z Dzieciątkiem na kominku i oczekiwać, że dwulatek pochłonie jego kulturowe czy religijne znaczenie. Widzą po prostu zabawkę, która jest im niesprawiedliwie odbierana przez despotycznego ojca. Chcą potrzymać to dziecko. Chcą wsadzić owcę na pakę plastikowej wywrotki. Chcą sprawdzić, czy aniołek zmieści się w misce z wodą dla psa.
Alternatywy, które nie kończą się na SOR-ze
Ponieważ odmawiam spędzenia kolejnego grudnia na patrolowaniu stolika kawowego niczym zestresowany ochroniarz, całkowicie zmieniliśmy nasze podejście do tych świąt. Spakowałem włoską, porcelanową śmiertelną pułapkę mojej teściowej do pudełka i schowałem na strychu, za sprzętem kempingowym, którego nigdy nie używamy. Zamiast tego postawiliśmy na rzeczy, które dziewczynki mogą bez przeszkód dotykać, a które nie przyprawiają mnie o skoki ciśnienia.
Wprowadziliśmy nową tradycję: dziewczynki dostają dużą, miękką, materiałową lalkę owiniętą w resztki muślinu. Noszą ten zawinięty tobołek po całym domu, agresywnie klepiąc go po plecach i od czasu do czasu zrzucając ze schodów. Może i nie wygląda to jak tradycyjna szopka, ale przynajmniej oswajają się z ideą opieki nad dzieckiem, co jest nieco bliższe pierwotnemu przesłaniu.
Spróbowałem też patentu ze „żłóbkiem z wacików”, który widziałem na jednym z blogów parentingowych: za każdym razem, gdy dziecko zrobi coś miłego, może włożyć miękki wacik do pustego, drewnianego pudełka, by uścielić posłanie dla Dzieciątka. W teorii brzmiało to pięknie – do momentu, w którym Matilda zdała sobie sprawę, że waciki łatwo rozrywają się na maleńkie, fascynujące kłaczki, które można rozsypać jak śnieg po całym dywanie w salonie, zmuszając mnie do wyciągnięcia odkurzacza po raz czwarty tego samego dnia.
Ostatecznie poszliśmy na kompromis i pozwoliliśmy im bawić się wielkimi, masywnymi drewnianymi figurkami pomalowanymi nietoksycznymi farbami. Nie są one idealnie wierne historycznie, a Florence okazjonalnie używa osiołka jako młotka, ale przynajmniej nie muszę chodzić za nimi z rolką po papierze toaletowym, żeby sprawdzać ryzyko zadławienia. A podczas świątecznego chaosu ten chociaż minimalny spokój ducha jest autentycznie najlepszym prezentem, o jaki mógłbym prosić.
Zanim w napadzie skrajnego wyczerpania całkowicie wyrzucisz ze swojego domu wszelkie tradycje, spójrz na bezpieczne i ekologiczne opcje w kolekcjach zabawek i wyposażenia pokoju dziecięcego marki Kianao.
Chaotyczna rzeczywistość świątecznego przetrwania
Jakiego rozmiaru naprawdę powinna być bezpieczna figurka Dzieciątka Jezus?
Jeśli polegasz na teście rolki po papierze toaletowym, jak zasugerowała nasza pediatra, wszystko, co może prześlizgnąć się przez standardową tekturową rurkę (która ma około 3 centymetrów średnicy), absolutnie odpada. Dla własnego spokoju nie pozwalam bliźniaczkom bawić się żadną figurką, która jest mniejsza od mojej pięści. Jeśli wygląda na to, że spokojnie zmieściłaby się w buzi malucha, to niechybnie się tam znajdzie w sekundę po tym, jak odwrócisz się, żeby włączyć czajnik.
Jak powstrzymać bliskich przed obdarowywaniem nas kruchymi ozdobami świątecznymi?
Nie da się. Krewni posiadają magiczną zdolność zapominania wszystkiego, co kiedykolwiek wiedzieli o dwulatkach, gdy tylko nadchodzi grudzień. Odkryłem, że najlepszym podejściem jest łaskawe przyjęcie przerażającego szklanego anioła, powiedzenie „dziękuję” i natychmiastowe umieszczenie go na absolutnie najwyższej półce w domu. A jeśli zapytają, dlaczego nie stoi na stole, po prostu wymamrocz coś niejasnego o tym, że kot wszystko zrzuca. Zwalanie winy na zwierzęta to fundament nowoczesnego rodzicielstwa.
Czy dwulatki naprawdę potrafią zrozumieć koncepcję szopki bożonarodzeniowej?
Z mojego doświadczenia wynika, że nie za bardzo. Rozumieją, że jest tam jakieś dzidzi, są zwierzątka i czasami też gwiazdka. Moje dziewczynki traktują całą tę scenerię głównie jak wiejskie podwórko, na którym od czasu do czasu do koryta z paszą wkłada się małego ludzika. Niemniej, powtarzanie tych samych czynności, dotykanie figurek i słuchanie historii wydaje się powoli zapadać im w pamięć. Po prostu trzymajcie swoje oczekiwania gdzieś w piwnicy.
Czy żłóbek z wacików to naprawdę taki dobry pomysł?
Działa genialnie, jeśli masz jedno z tych spokojnych, anielskich dzieci, które widujesz w katalogach z ubraniami. Jeśli twoje dzieci zachowują się jak małe, chaotyczne szopy pracze, to jest to fatalny pomysł. Jeśli nie chcesz, żeby twój salon wyglądał, jakby właśnie wybuchła w nim fabryka bawełny, sugeruję użycie do budowy posłania czegoś mniej podatnego na destrukcję, np. drewnianych klocków lub sporych ścinków materiału.
Jak najlepiej wyczyścić pogryziony drewniany żłóbek?
Kiedy nasz drewniany zestaw niechybnie ląduje pokryty lepką substancją, którą bliźniaczki nieustannie wydzielają, po prostu przecieram go wilgotną ściereczką z bardzo rozcieńczonym, łagodnym mydłem. Zdecydowanie nie powinieneś topić drewnianych zabawek w zlewie, chyba że zależy ci na tym, by drewno się wypaczyło, a farba złuszczyła. Wystarczy szybkie przetarcie, po czym najlepiej pozwolić im wyschnąć na powietrzu, chowając je przed dziećmi na dobre dziesięć minut.





Udostępnij:
Droga Jess: Jak przetrwać fazę żółtego noworodka (i inne niespodzianki)
Cała prawda o kangurowaniu: to znacznie więcej niż urocze zdjęcie