Siedziałam na dywanie w salonie o szóstej rano we wtorek, uzbrojona w mikroskopijny śrubokręt do okularów, agresywnie próbując wydłubać wylaną baterię AA z plastikowego wozu strażackiego. Ta konkretna zabawka śpiewała dokładnie ten sam, fałszujący hiszpański alfabet przez bite trzy godziny. Mój najstarszy syn, który tydzień wcześniej skończył dwa latka, właśnie urządzał awanturę w kącie, bo migające czerwone światełka w końcu padły. Niemowlak płakał w leżaczku. Byłam wykończona, moja kawa była lodowata, i w tamtym momencie dotarło do mnie, że mój dom zmienił się w niskobudżetowy salon gier.
Będę z wami szczera. Wychowywanie maluchów jest piękne, ale to też nieustanny atak na zmysły. Między płaczem, lepkimi rączkami i ciągłymi żądaniami, naprawdę nie potrzebujecie, żeby pudełko z zabawkami waszego dziecka też na was krzyczało. Słuchajcie, jeśli intensywne wyzwania macierzyństwa kiedykolwiek wywołują u was poważny stres, pamiętajcie proszę, że zwrócenie się do zaufanej grupy wsparcia dla rodziców lub lekarza to zawsze dobra i potrzebna opcja. Nie ma wstydu w proszeniu o pomoc, gdy czujecie się przytłoczone. Ale dla mnie w tamtym konkretnym momencie ogromna część mojego codziennego stresu wynikała wyłącznie z otoczenia. Nie potrzebowałam życiowej rewolucji, musiałam tylko pozbyć się baterii z salonu i przemyśleć na nowo, jak bawi się moje dziecko.
Moja babcia mawiała, że do szczęścia dziecku wystarczy trochę błota i patyk. Choć na pewno nie zamierzam znosić kupy ziemi do domu (niech ją Bóg błogosławi!), miała rację co do prostoty. Tamten poranek przelał czarę goryczy i to właśnie on zaprowadził mnie do króliczej nory europejskich filozofii zabawy, i to dlatego ostatecznie wymieniłam prawie wszystko na proste drewniane zabawki.
Co u licha dzieje się w wieku dwóch lat?
Przy najstarszym synu wpadłam w pułapkę myślenia, że potrzebuję elektronicznej zabawki na każdy pojedynczy etap rozwoju. Jeśli nie będzie naciskał przycisku, żeby usłyszeć, jak zrobotyzowana krowa mówi „Muu”, to jak w przyszłości dostanie się na studia? Teraz brzmi to absurdalnie, ale kiedy jesteś mamą po raz pierwszy, marketing potrafi totalnie wyprać ci mózg.
Przejście z pierwszego do drugiego roku życia to istne szaleństwo. Żartowałam kiedyś z mężem, że mózg naszego syna z dnia na dzień przechodzi gigantyczną wymianę instalacji elektrycznej. Niedawno nasza pediatra życzliwie mnie wyśmiała, przypominając, że choć dla zmęczonej mamy dokładnie tak to wygląda, to takie opisy są raczej subiektywnymi metaforami, a nie obiektywnymi faktami naukowymi. Według niej to po prostu normalny rozwój poznawczy i motoryczny. Dzieci nagle odkrywają związki przyczynowo-skutkowe, uczą się łapać równowagę i zasypują nas nowym słownictwem.
Zaczynają też tę uroczą fazę zwaną wejściem w „bunt dwulatka”, co w rzeczywistości oznacza po prostu, że mają swoje zdanie i zero kontroli nad impulsami. Chcą testować grawitację. Chcą rzucać rzeczami. I uwierzcie mi na słowo – kiedy maluch rzuci tanim, plastikowym dinozaurem prosto w waszą piszczel, to zostawia ślad. Drewno też boli, nie zrozumcie mnie źle, ale kiedy zabawka nie dostarcza rozrywki sama z siebie, zabawa wygląda zupełnie inaczej. Dziecko musi w nią zaangażować swoje ręce i swój umysł.
Prawdziwy powód, dla którego wydaję na to pieniądze
Prowadzę mały sklepik na Etsy. Mamy napięty budżet i zawsze sprawdzam aplikację bankową, zanim stanę w kolejce do kasy w markecie. Więc uwierzcie mi, kiedy mówię, że wydanie stu złotych na drewnianą zabawkę wydawało mi się kiedyś kompletnym szaleństwem, skoro w hipermarkecie plastikowy odpowiednik kosztował trzydzieści.

Ale brutalna prawda o tych tanich, plastikowych zabawkach jest taka: one się psują. Nastąpisz na taką raz, pęka, robi się ostra i ląduje w śmieciach. Przy pierwszym dziecku przerobiłam trzy plastikowe sortery kształtów, zanim w końcu dotarło do mnie, że po prostu wyrzucam pieniądze w błoto. Poza tym, z tego, co luźno wywnioskowałam z nocnych lektur forów dla rodziców, wiele z tych tanich, miękkich plastików może zawierać dziwne ftalany czy BPA. A ponieważ mój dwulatek nadal próbuje brać dosłownie wszystko do buzi jak szczeniak golden retrievera, nasza pediatra zasugerowała, że jeśli to możliwe, lepiej trzymać się naturalnych materiałów. Nie jestem naukowcem, ale czuję się o wiele lepiej, patrząc, jak moje dziecko gryzie surowe drewno bukowe, niż coś, co pachnie jak fabryka chemiczna.
I właśnie wtedy naprawdę zakochałam się w drewnianej tęczy do układania marki Kianao. Kupiłam ją z myślą, że będzie po prostu uroczo wyglądać na półce, ale to bez dwóch zdań najczęściej używana rzecz w naszym domu. Mój najstarszy używał łuków jako mostów dla swoich samochodzików. Średni nosił najmniejszy element jako malutki kapelusz. Niemowlak używa największego, żeby się podciągać do stania. Ta tęcza przetrwała upadek ze schodów, leżenie na werandzie w potwornej wilgoci i zdeptanie ciężkimi roboczymi butami mojego męża. Jest po prostu niezniszczalna.
Z drugiej strony, mamy też drewniany sorter kształtów, który, szczerze mówiąc, jest tylko w porządku. To znaczy, jest pięknie wykonany, ale dwulatek będzie bawił się nim zgodnie z przeznaczeniem przez całe cztery minuty, po czym weźmie drewniane klocki i ukryje je w kratkach wentylacyjnych. Połowę życia spędzicie na poszukiwaniach niebieskiego trójkąta. To nie wina zabawki, to po prostu realia życia z maluchem, ale miejcie to na uwadze, jeśli nienawidzicie sprzątać małych elementów.
Magia otwartej zabawy
Wyrażenie „otwarta zabawa” często pojawia się w ustach tych estetycznych mam z Instagrama, które zdają się mieć mnóstwo wolnego czasu na układanie drewnianych klocków w idealne, małe scenki. Ja nie mam za grosz cierpliwości do takich aranżacji, ale sama koncepcja ma ogromny sens dla takich zapracowanych rodziców jak my.

Kiedy zabawka ma baterie i ekran, to ona dyktuje dziecku, jak ma się bawić. Naciskasz gwiazdkę, gra piosenka. Zabawka jest aktywna, a dziecko pasywne. Ale w przypadku drewnianego klocka, zabawka nie robi nic. To dziecko musi wykonać całą pracę. Klocek może być telefonem, kawałkiem tortu, samochodem albo wieżą. Wymaga od dziecka użycia wyobraźni, co tak naprawdę utrzymuje jego uwagę znacznie dłużej niż zabawka, która po prostu miga światełkami.
Kiedy w końcu przeszłam z workiem na śmieci przez salon i oddałam wszystkie irytujące, elektroniczne zabawki, wydarzyło się coś niesamowitego. Głośność w naszym domu spadła o połowę. Moje dzieci przestały się kłócić o to, kto ma nacisnąć przycisk na plastikowym pianinku. Zaczęły budować. Zaczęły bawić się razem. Przestymulowanie zniknęło, a mój dwulatek nagle potrafił zadowolony siedzieć na dywanie przez dwadzieścia minut, próbując układać drewniane klocki jeden na drugim. Nie zlikwidowało to każdej histerii, ale drastycznie obniżyło ogólny poziom stresu w naszym domu.
Jeśli martwicie się, jak czyścić te wszystkie naturalne materiały – kiedy zrobią się lepkie, po prostu przetrzyjcie je wilgotną ściereczką z odrobiną octu i żyjcie dalej.
Szybka lista kontrolna bezpieczeństwa przed zakupem
To, że coś jest zrobione z drewna, nie oznacza automatycznie, że jest idealne dla dwulatka. Trzeba do tego podejść trochę strategicznie. Na rynku jest mnóstwo taniego, pełnego drzazg badziewia, które udaje wysokiej klasy ekologiczne zabawki.
Po pierwsze, zawsze sprawdzajcie rozmiar. Jeśli coś w całości mieści się w rolce po papierze toaletowym, stwarza ryzyko zadławienia i nie ma prawa znajdować się w pobliżu dwulatka, niezależnie od tego, jak bardzo rozwinięte jest wasze dziecko. Znajdzie sposób, żeby to połknąć.
Po drugie, zwróćcie uwagę na farbę. Szukajcie rzeczy pokrytych nietoksycznymi farbami na bazie wody. Niemowlęta i maluchy nieustannie je gryzą. Jeśli farba odpryskuje od razu po wyjęciu z pudełka, natychmiast zwróćcie produkt. Dobre marki zabezpieczają swoje zabawki tak, żeby kolor nie blakł, gdy zostanie pokryty litrami dziecięcej śliny.
Na koniec sprawdźcie wagę i krawędzie. Lite drewno ma swoją wagę, co jest świetne dla wrażeń sensorycznych, ale upewnijcie się, że rogi są gładko wyszlifowane. Ciężki klocek z ostrym rogiem to w rękach sfrustrowanego malucha w zasadzie broń.
Zacznijcie od małych rzeczy. Nie musicie dzisiaj wyrzucać każdego plastiku i wydawać fortuny na zupełnie nowy pokój zabaw. Po prostu kupcie kilka solidnych, wysokiej jakości zabawek edukacyjnych, które zostawiają pole dla wyobraźni, schowajcie te głośne na tydzień do szafy i zobaczcie, jak zmieni się atmosfera w waszym domu. Założę się, że będziecie zaskoczeni.
Pytania, które zazwyczaj dostaję na ten temat
Czy drewniane zabawki są naprawdę lepsze dla rozwoju dwulatka?
Szczerze mówiąc, z tego, co widzę w moim własnym salonie – tak. Ponieważ nie odwalają całej roboty za pomocą migających światełek i dźwięków, dziecko naprawdę musi użyć swojej wyobraźni i zdolności motorycznych, żeby coś się zadziało. U mojego najstarszego syna koncentracja znacznie się poprawiła, kiedy zrezygnowaliśmy z baterii.
Jak przekonać dziecko do zabawy zwykłymi klockami, jeśli jest przyzwyczajone do iPada?
To trochę jak odwyk. Jeśli położycie talerz brokułów obok tortu czekoladowego, dziecko zje tort. Schowajcie głośne, świecące zabawki na kilka dni. Prawdopodobnie na początku będą marudzić, ale kiedy poczują się wystarczająco znudzone, sięgną po klocki. Musicie po prostu przetrwać początkową frustrację.
Czy drewniane zabawki są bezpieczne dla ząbkujących maluchów?
O ile kupujecie od renomowanej marki, która używa nietoksycznych wykończeń na bazie wody i pozostawia drewno surowe lub bezpiecznie zaimpregnowane – tak. Moje dzieci obgryzały swoje drewniane krążki do układania, jakby to była gotowana kukurydza. Po prostu unikajcie tanich rzeczy ze stron z tanimi produktami, gdzie nie macie jak zweryfikować składu farby.
Co zrobić, jeśli mój dwulatek po prostu rzuca ciężkimi drewnianymi klockami?
Witamy w wieku dwóch lat. Dzieci rzucają rzeczami, żeby zobaczyć, co się stanie. Kiedy moje średnie dziecko przechodziło przez fazę rzucania, po prostu przekierowywałam jego uwagę na rzucanie miękkimi rzeczami, a ciężkie drewniane zabawki wyciągałam tylko wtedy, gdy siedziałam tuż obok niego, aby pokierować zabawą. Jeśli rzucił klockiem, klocek szedł na przerwę i był odkładany na bok.
Czy naprawdę muszę wydawać aż tyle pieniędzy?
Nie. Jakość ponad ilość. Moje dzieci bawią się dłużej i są szczęśliwsze z jednym dobrym zestawem drewnianych klocków niż kiedykolwiek były z górą taniego plastikowego badziewia. Kupcie jedną lub dwie uniwersalne rzeczy, może poproście o nie przy okazji urodzin, a resztę ciężkiej pracy pozwólcie wykonać ich wyobraźni.





Udostępnij:
Obowiązki ambasadora marki bez tajemnic: Przewodnik dla rodziców
Cała prawda o kocykach z wełny merino do snu niemowlaka