Była 4:13 rano we wtorek. Wiem to, bo mój telefon świecił się na blacie w kuchni, wyświetlając dziwnego GIF-a z płaczącym dzieckiem, którego mój mąż, Dave, właśnie wysłał mi z sąsiedniego pokoju w jakimś przypływie niewyspania i majaków. Maya miała siedem tygodni i wrzeszczała, jakbym osobiście obraziła jej przodków. Miałam na sobie jedną wkładkę laktacyjną (druga wypadła gdzieś w okolicach schodów), poplamione dresy męża z czasów studiów, a pachniałam skwaśniałym mlekiem i desperacją. Jedyne, o czym mogłam myśleć, to głos mojej teściowej odbijający się echem w mojej głowie z tamtego dnia: Rozpieścisz ją, jeśli będziesz ją brać na ręce za każdym razem, gdy tylko piśnie.
Boże, co za kompletna bzdura.
Moja pediatra, dr Miller – niech Bóg błogosławi tę kobietę, która patrzyła na moje nieumyte włosy tylko z litością i wyrozumiałością – powiedziała mi, że noworodka dosłownie nie da się rozpieścić. Ich mózgi po prostu jeszcze w ten sposób nie działają. Kiedy płaczą, to nie jest manipulacja, to tylko ich bardzo głośny i irytujący sposób na powiedzenie, że czegoś potrzebują. W każdym razie, chodzi mi o to: jeśli stoisz teraz w ciemności i płaczesz razem ze swoim niemowlakiem, to wiedz, że nie robisz niczego źle. To jest po prostu cholernie trudne.
Wierutne kłamstwo o rozpieszczaniu
Istnieje ten powszechny mit, że jeśli biegniesz do dziecka za każdym razem, gdy tylko piśnie, wychowujesz tyrana. Dr Miller dosłownie się zaśmiała, kiedy ją o to zapytałam. Wyjaśniła, że przez pierwsze sześć miesięcy reagowanie na ich płacz w rzeczywistości obniża poziom kortyzolu – to chyba hormon stresu? – i buduje bezpieczną więź. Uczysz je, że świat jest bezpiecznym miejscem.
Ale kiedy siedzisz w tym po uszy, logika jakby przestaje istnieć. Mój mąż to zapalony gracz i w tamtym czasie czekał na premierę gry Hollow Knight Silksong (podobno nadal czeka). Krążył wtedy po internecie jakiś dziwny żart dla wtajemniczonych o płaczącym dziecku z Silksong, co próbował mi wyjaśnić o 3 nad ranem. Szczerze? Mój mózg był tak usmażony, że po prostu się na niego gapiłam. Tymczasem moja najlepsza przyjaciółka pisała do mnie o swoim nowym siostrzeńcu – z jakiegoś powodu nazywa go swoim małym g baby – który podobno zaczął przesypiać całe noce w wieku czterech tygodni. Prawie zablokowałam jej numer. Byłam w zasadzie chodzącym memem o płaczącym dziecku, łącznie z niedbałym kokiem, martwym spojrzeniem i letnim kubkiem kawy, którą podgrzewałam w mikrofali już cztery razy.
Podobno jest też coś, co nazywa się okresem płaczu PURPLE. To jakiś skrót, nie pamiętam jego dokładnego rozwinięcia, ale moja pediatra wyjaśniła, że około 6–8 tygodnia życia dzieci po prostu osiągają absolutny szczyt marudzenia. Czy to biologiczne? Może neurologiczne? Szczerze mówiąc, nauka z tym związana jest dla mnie bardzo mglista, ale sedno sprawy jest takie, że ich maleńkie układy nerwowe ulegają całkowitemu przeciążeniu przez sam fakt istnienia poza łonem matki. A do tego dochodzi cała ta etykieta „kolki”, która z tego co widzę, jest po prostu wymyślnym sposobem lekarzy na powiedzenie: „twoje dziecko płacze przez trzy godziny dziennie, a my kompletnie nie wiemy dlaczego, powodzenia”.
Czym w ogóle jest ta cała „godzina duchów”
Porozmawiajmy o kryzysie o 17:00. Przy moim starszym synu, Leo, można było regulować według tego zegarek. Słońce zaczynało zachodzić, mój mąż wchodził przez drzwi, a Leo zamieniał się w małego, czerwonoliczego demona. Przez bite trzy akapity mogłabym narzekać na to, jak bardzo niesprawiedliwa jest ta popołudniowa „godzina duchów”. Przez cały dzień dbałaś, żeby ten mały człowiek przeżył. Jesteś wyczerpana. Nie zjadłaś prawdziwego posiłku od wczorajszej resztki tosta. I dokładnie w momencie, gdy myślisz, że możesz w końcu przekazać pałeczkę partnerowi, dziecko po prostu traci zmysły.
Przeczytałam wszystkie poradniki. Starałam się upewnić, że nie jest przestymulowane w ciągu dnia, ale jak tu nie przestymulować dziecka, dla którego samo spojrzenie na wentylator sufitowy to prawdziwy szok? „Godzina duchów” to w zasadzie wielki zrzut danych z ich mózgu. Przyswoiły za dużo światła, za dużo hałasu, za dużo twarzy, a ich jedynym zaworem bezpieczeństwa jest krzyczenie wniebogłosy, aż całkowicie opadną z sił. To czysty tryb przetrwania dla wszystkich zaangażowanych. Zwykle po prostu kładłam Leo do wózka i jak zombie spacerowałam tam i z powrotem po naszym podjeździe, ku uciesze sąsiadów.
Ach, i ktoś w internecie z pewnością doradzi ci, by sprawdzić paluszki u stóp w poszukiwaniu ciasno owiniętego włosa (tzw. włosowatej opaski uciskowej), więc w porządku, zdejmij im skarpetki i sprawdź te paluszki, ale w 99% przypadków są po prostu śmiertelnie przemęczone.
To, w co je ubierasz, ma ogromne znaczenie
Jedną rzeczą, z której zdałam sobie sprawę przy Leo, było to, że przez połowę czasu było mu po prostu bardzo niewygodnie. Dzieciom ciągle jest gorąco, a my ubieraliśmy go w te okropne poliestrowe kombinezony na suwak, które w ogóle nie oddychały. Kiedy urodziła się Maya, przestawiłam się na body niemowlęce z bawełny organicznej od Kianao. Nie przesadzam, gdy mówię, że to odmieniło nasze popołudnia.

To 95% bawełny organicznej, więc naprawdę oddycha. Maya przestała mieć te dziwne, zaognione czerwone potówki na karku, które tak ją męczyły. Do tego rozciąga się na tyle, że mogłam ściągnąć je w dół przez jej ramiona przy jednej z tych pieluchowych wpadek, które całkowicie przeczyły prawom fizyki. Nie rozwiązało to problemu „godziny duchów” w 100%, ale wyeliminowanie czynnika pt. „mam na sobie plastikową torbę” zdecydowanie złagodziło jej płacz. Jeśli ciągle zastanawiasz się, dlaczego twoje dziecko jest spocone i wściekłe, może warto przejrzeć trochę oddychających, organicznych ubranek basic i oszczędzić sobie choć ułamka bólu głowy.
Absolutne wybawienie na ząbkowanie
Jeśli myślisz, że faza noworodkowego płaczu jest ciężka, poczekaj, aż ząbki zaczną przesuwać się pod dziąsłami. W okolicach czwartego miesiąca Maya zmieniła się w małego, wściekłego borsuka. WSZYSTKO lądowało w jej buzi. Kostki Dave'a, mój obojczyk, pilot do telewizora. Kupiłam tyle brzydkich, twardych plastikowych zabawek, którymi i tak rzucała prosto w moją głowę.
Ale wtedy natknęłam się na gryzak Panda. Nie wiem, z jakiego silikonu voodoo jest to zrobione, ale była to JEDYNA rzecz, która potrafiła powstrzymać to nieustanne marudzenie. Ma taką małą, teksturowaną część w kształcie pędu bambusa, którą Maya mogła łatwo chwycić swoimi niezdarnymi rączkami. Wrzucałam go do lodówki na dziesięć minut, robiąc sobie rano trzecią kawę. Kiedy jej go podawałam, następująca po tym cisza była wręcz ogłuszająca. Najlepiej wydane pieniądze w moim życiu. Kupiłam trzy sztuki, żebym nigdy nie została bez niego podczas zakupów. Serio, jeśli twoje dziecko gryzie własne piąstki, po prostu kupcie tę pandę.
Rzeczy, które ładnie wyglądają, ale nie rozwiązują wszystkiego
I są też te sprzęty, które kupujesz w nadziei, że magicznie zapewnią ci dwadzieścia minut spokoju, co niestety się nie dzieje. Kiedy byłam w ciąży z Mayą, kupiłam drewniany stojak edukacyjny z tęczą. Nie zrozum mnie źle, jest PRZEPIĘKNY. Drewno jest super gładkie, wiszący mały słonik jest uroczy, a przez ten stojak mój salon nie wyglądał tak, jakby wybuchła w nim fabryka pstrokatych plastików.

Ale czy powstrzymał atak płaczu? Absolutnie nie. Maya kładła się pod nim i z uprzejmym zainteresowaniem pacała rączkami w kółka przez może cztery minuty, zanim znów zażądała noszenia na rękach. To piękny, wysokiej jakości gadżet na czas, gdy maluch jest już najedzony i zadowolony. Jeśli jednak twoje dziecko ma właśnie fazę przyklejania się i łez, śliczna, drewniana tęcza w żaden magiczny sposób nie zatrzyma płaczu. Jest po prostu w porządku. Piękna, by pasowała do twojej estetyki na Instagramie, ale co najwyżej znośna z punktu widzenia ratowania twojego zdrowia psychicznego.
Masz prawo na chwilę wyjść
Kiedy niemowlak jest nakarmiony, przewinięty, ubrany w oddychającą bawełnę i NADAL krzyczy, rzekomo masz zastosować metodę 5S – wiesz, spowić go ciasno niczym małe, sfrustrowane burrito, włączyć maszynę z białym szumem, która brzmi jak zepsute radio, i agresywnie skakać na piłce do jogi, aż wysiądą ci kolana, gorączkowo i głośno szusząc mu prosto do ucha.
Czasami to działa. Czasami kompletnie nie.
Bądźmy przez chwilę naprawdę szczerzy. Dźwięk płaczu twojego własnego dziecka wdziera się do głowy tak, jak nic innego. Wyzwala taką pierwotną panikę. Moja lekarka mi powiedziała – i powtarzam to teraz, bo ja w tamtym czasie tak desperacko potrzebowałam to od kogoś usłyszeć – jeśli czujesz, że zaraz pękniesz, połóż dziecko w łóżeczku. Wyjdź z pokoju. Zamknij drzwi. Idź do łazienki, odkręć kran i ochlap twarz zimną wodą. Pozwól mu płakać samemu przez dziesięć minut.
Czułam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Siedziałam na podłodze w łazience z dłońmi na uszach i szlochałam. Ale dziecko nie umrze od dziesięciominutowego płaczu w bezpiecznym miejscu do spania. Twoje zdrowie psychiczne, twoje nerwy i twoja zdolność do nieosiągnięcia dna – to warunek konieczny, by móc dalej dbać o ich życie. Nie jesteś złą matką dlatego, że potrzebujesz minuty, by odetchnąć.
Przejdziesz przez tę fazę. Pewnego dnia obudzisz się i uświadomisz sobie, że nie płakali bez powodu od tygodni. Znowu będziesz spać. Jeśli przed nadejściem kolejnego popołudniowego kryzysu potrzebujesz zaktualizować swój zestaw do łagodzenia dyskomfortu maluszka, odkryj zrównoważone produkty od Kianao – ponieważ wszystko, co zapewni ci choć dziesięć dodatkowych minut spokoju, jest absolutnie tego warte.
Pytania, które pewnie wygooglujesz o 2 w nocy
Czy to normalne, że płacze każdego wieczoru dokładnie o tej samej porze?
O Boże, tak. To wspominana już „godzina duchów” i jest powszechnie uznawaną formą tortur. Zarówno przy Leo, jak i przy Mayi, godziny między 17:00 a 20:00 były u nas wyjęte z życiorysu. Ich układy nerwowe są wyczerpane po całym dniu. Nie robisz niczego źle, one po prostu muszą to z siebie wykrzyczeć, podczas gdy ty nosisz je na rękach.
Czy niemowlę może tak mocno płakać, że aż zwymiotuje?
Niestety tak. Leo zrobił tak dwa razy i napędził mi potężnego stracha. Moja pediatra stwierdziła, że to dlatego, że podczas potwornego wrzasku łykają tak dużo powietrza, które w końcu musi się z nich wydostać – zazwyczaj zabierając ze sobą mleko, które właśnie wypiły. Miej pod ręką pieluszkę i spróbuj je odbić w trakcie histerii, jeśli ci na to pozwolą.
Czy te drogie kropelki na wzdęcia naprawdę działają?
Szczerze? Nie mam pojęcia. Kupiłam z pięć różnych marek herbatek i kropel z symetykonem. Czasami dawałam je Mayi i przestawała płakać, ale czy to w ogóle były te kropelki, czy może po prostu słodki smak płynu ją rozpraszał? Albo może najzwyczajniej się zmęczyła? Kto wie. Kup je, jeśli to pomoże ci poczuć, że aktywnie działasz, ale nie spodziewaj się cudów.
Czuję autentyczną wściekłość, kiedy moje dziecko płacze, czy jestem potworem?
Nie. Jesteś po prostu niewyspana i doświadczasz skrajnego przeciążenia sensorycznego. Przebodźcowanie słuchowe to naprawdę realny problem. Kiedy Maya krzyczała mi tuż przy uchu, czułam gorący wyrzut złości, który od razu zamieniał się w przytłaczające poczucie winy. To biologia. Twoje ciało słyszy dzwonki alarmowe i wchodzi w tryb walki lub ucieczki. Odłóż je w bezpieczne miejsce, wyjdź na zewnątrz i weź głęboki oddech. Jesteś dobrym rodzicem, który przeżywa po prostu bardzo trudny moment.
Czy noszenie ich cały dzień na rękach zrujnuje ich późniejszą zdolność do samodzielnego spania?
Nie. Rób, co musisz, żeby tylko przetrwać te pierwsze miesiące. Nosiłam Mayę w chuście przez właściwie 12 godzin na dobę, dopóki nie skończyła czterech miesięcy, bo to był jedyny sposób, żeby nie płakała. Teraz ma cztery lata i doskonale śpi we własnym łóżku. Nie da się rozpieścić niemowlaka, który dosłownie dopiero pojawił się na świecie. Po prostu przetrwaj.





Udostępnij:
Dlaczego 90% uroczych ubranek dla niemowląt to totalna porażka konstrukcyjna
List do dawnej mnie: puszczenie filmu „Cry-Baby” to był wielki błąd!