Właśnie patrzę na egzemplarz Bardzo głodnej gąsienicy, który został tak gruntownie przeżuty, wyssany i zdemontowany przez moje dwuletnie bliźniaczki, że przypomina raczej coś, co można znaleźć w przewodzie pokarmowym kozy, a nie ukochaną klasykę literatury dziecięcej. Gąsienica nie jest już głodna; została skonsumowana. Zdecydowanie nie tak wyobrażałem sobie dostojne, intelektualne więzi literackie, zanim zostałem ojcem.
Zanim dziewczynki pojawiły się na świecie, miałem bardzo konkretną, iście filmową wizję tego, czym są „książeczki dla dzieci”. Wyobrażałem sobie siebie w wygodnym fotelu, w miękkim, popołudniowym świetle naszego mieszkania, czytającego po cichu dwóm nieskazitelnie czystym niemowlętom. W mojej wizji wpatrywały się we mnie i chłonęły język jak małe, pełne szacunku gąbki. Wyobrażałem sobie też, że rosnący stos poradników dla rodziców na szafce nocnej zadziała jak instrukcja obsługi starego samochodu – dostarczając dokładnych, mechanicznych wskazówek, jak „naprawić” płaczące niemowlę. Oba te założenia okazały się oszałamiająco, wręcz komicznie błędne.
Wielkie oszustwo poradników o usypianiu
Jeśli jesteś świeżo upieczonym rodzicem, prawdopodobnie w panice kupiłeś co najmniej trzy książki o tym, jak uśpić dziecko. Ja kupiłem sześć. Przeczytałem je wszystkie, gdy moja żona była w ciąży, zaznaczając fragmenty niczym student zakuwający do egzaminu końcowego, którego i tak z pewnością nie zdam.
Problem z branżą poradników dla rodziców polega na tym, że każdy autor wypowiada się z absolutną, przerażającą pewnością siebie, a jednocześnie wszyscy brutalnie sobie zaprzeczają. Na stronie 47 jednej z książek przeczytasz, że jeśli do trzeciego tygodnia życia nie wprowadzisz rygorystycznego, iście wojskowego harmonogramu drzemek, twoje dziecko nigdy nie nauczy się samo uspokajać i prawdopodobnie w wieku trzydziestu lat wciąż będzie mieszkać w twojej piwnicy. Próbujesz więc to zrobić, co wiąże się z mnóstwem płaczu (głównie twojego), a potem czytasz inną książkę, która twierdzi, że wymuszanie harmonogramów to zbrodnia przeciwko naturze i powinieneś po prostu nosić dziecko w chuście, dopóki nie pójdzie na studia. Jestem przekonany, że koncepcja „senne, ale wciąż przebudzone” to zbiorowa halucynacja podtrzymywana przez ludzi, których dzieci przypadkowo zasnęły na dywanie raz w 1998 roku.
Pierwsze cztery miesiące życia moich córek spędziłem, próbując pogodzić te sprzeczne doktryny o 3 nad ranem, pokryty skwaśniałym mlekiem i ogromnym żalem. W końcu nasz wyczerpany lekarz rodzinny zlitował się nade mną i delikatnie zasugerował, że czytanie dwunastu różnych teorii na temat cykli REM u niemowląt, mając za sobą ledwie dwie godziny ciągłego snu, prawdopodobnie doprowadza mnie do szaleństwa. Poradził, żebym po prostu robił to, co sprawia, że najwięcej osób w naszym domu jest nieprzytomnych w tym samym czasie.
Z kolei książki o rozszerzaniu diety w zasadzie sprowadzają się do tego, by pokroić marchewkę w odpowiedni kształt i modlić się, żeby dziecko się nie zakrztusiło, co szczerze mówiąc nie wymaga dwustu stron wyjaśnień.
Kiedy literatura staje się obiadem
Gdy już porzucisz instrukcje obsługi, zostają ci książeczki przeznaczone dla samych dzieci. Jeśli poszukasz w sieci najlepszych książeczek dla niemowląt, znajdziesz niekończące się listy pięknie ilustrowanych, wielokrotnie nagradzanych tytułów o radzeniu sobie ze złożonymi emocjami i celebrowaniu różnorodności. Są wspaniałe, ale całkowicie pomijają główne kryterium, według którego niemowlę ocenia książkę: jak dobrze oprawa wytrzymuje zanurzenie w misce letniej owsianki.
Bardzo szybko nauczyłem się, że czytanie półrocznemu dziecku nie jest doświadczeniem słuchowym; to sport kontaktowy. Zasadniczo siłujesz się z maleńkim, dzikim borsukiem, który nie pragnie niczego więcej, niż rzuć grzbiet Świnki Peppy, dopóki tektura nie zamieni się w papier mâché. Kiedyś wysłałem żonie z pokoju dziecięcego SMS z pytaniem, czy wie, gdzie jest „książeczk”, a ona pomyślała, że próbuję jakiegoś żenującego slangu. A ja byłem po prostu zbyt zmęczony, by trafić w literę „a” na klawiaturze telefonu, podczas gdy jedno z bliźniąt próbowało zjeść mój kciuk.
W końcu zdajesz sobie sprawę, że potrzebujesz przynęt. Potrzebujesz rzeczy, które maluchy mogą zniszczyć, podczas gdy ty próbujesz przeczytać bajkę. Właśnie dlatego mam ogromną słabość do Zestawu Miękkich Klocków Edukacyjnych. Moją absolutnie ulubioną rzeczą w nich jest to, że są wykonane z miękkiej gumy. Oznacza to, że kiedy jedno z bliźniąt nieuchronnie rzuci klockiem w głowę drugiego podczas sporu terytorialnego o książeczkę, nikt nie ląduje na SOR-ze. Nasza położna mruczała coś o tym, że układanie klocków rozwija wyobraźnię przestrzenną i wczesne logiczne myślenie, co pewnie jest prawdą, ale ja uwielbiam je głównie dlatego, że mogę wrzucić je do miski z wodą i mydłem, żeby zmyć z nich zaschnięty hummus. Piszczą po naciśnięciu, zajmują małe rączki i chronią moje prawdziwe książki przed pożarciem.
Presja nieskazitelnego pamiętnika maluszka
Istnieje jeszcze trzecia kategoria książek dla dzieci: pamiętniki. Dostaliśmy w prezencie piękny, oprawiony w len album, zaprojektowany tak, by dokumentować każdą ulotną chwilę z pierwszego roku życia naszych córek. Znajdują się w nim miejsca na wpisy takie jak „Jak się czuliśmy, gdy zobaczyliśmy twój pierwszy uśmiech” i „Twoja pierwsza reakcja na deszcz”.

Miałem szczere intencje, by zostać absolutnym archiwistą ich życia. Myślałem, że co niedzielę będę siadał z piórem w ręku i zapisywał kronikę ich rozwoju dla potomności. Rzeczywistość jest taka, że książka zawiera zaledwie trzy wpisy. Pierwszy z nich to szczegółowy, wieloakapitowy esej o ich narodzinach. Drugi, z datą o trzy miesiące późniejszą, to gorączkowe bazgroły informujące o tym, że jedno z nich przewróciło się na brzuszek (nie pamiętam, które, napisałem tylko „Bliźniak A? B? przewrót”). Reszta książki jest całkowicie pusta.
Czujesz ogromne poczucie winy z powodu niewypełniania tego pamiętnika, jakby puste strony oznaczały, że nie kochasz własnych dzieci. A przecież tak naprawdę oznacza to tylko tyle, że byłeś zbyt zajęty utrzymywaniem ich przy życiu, by jeszcze o tym pisać. Mam w telefonie jakieś czternaście tysięcy rozmazanych zdjęć, na których nie robią zupełnie nic, i to właśnie one będą musiały posłużyć za ich zapis historyczny.
Jeśli czujesz się winny z powodu własnego pustego pamiętnika, weź głęboki oddech i może po prostu przejrzyj zabawki, które nie będą cię oceniać za brak umiejętności prowadzenia albumu. Wszystko jest w porządku.
Szał na własne imię w druku
Gdy stają się nieco starsze, w okolicach drugiego roku życia (czyli tam, gdzie jesteśmy teraz), destrukcja nieznacznie zwalnia, a do głosu dochodzi próżność. To era personalizowanych książeczek dla dzieci.
Obecnie to absolutny złoty standard prezentów od krewnych, którzy chcą dobrze. Koncepcja jest genialna – wpisujesz imię dziecka na stronie internetowej, wybierasz awatar, który mgliście je przypomina, i nagle twoje dziecko staje się głównym bohaterem opowieści o magicznym lesie lub wyprawie na księżyc. Są obiektywnie urocze, a widok dziecka po raz pierwszy rozpoznającego swoje imię w druku jest naprawdę odrobinę magiczny.
Oczywiście maluchy to surowi krytycy. Jedna z moich córek dostała piękną, wydrukowaną na zamówienie książeczkę, w której wyrusza na wielką przygodę, by odnaleźć swoje zgubione imię. Całkowicie ignoruje jednak tę wielką, narracyjną podróż i po prostu żąda, bym w kółko otwierał stronę czternastą, ponieważ w tle znajduje się rysunek psa, który trochę przypomina spaniela naszego sąsiada. Możesz doprowadzić konia do personalizowanego wodopoju, ale nie zmusisz go, by docenił jakość wydania.
Tworzenie estetycznego kącika czytelniczego (i totalna porażka)
Wciąż próbuję wykreować te spokojne momenty na czytanie, głównie z czystego uporu. Kupiłem Bambusowy Kocyk Niemowlęcy w Kolorowe Jeże z wyraźnym zamiarem stworzenia przytulnego kącika do czytania na podłodze w ich sypialni, rodem prosto z Pinteresta.

To naprawdę świetny kocyk – mieszanka bambusa i bawełny organicznej jest niewiarygodnie miękka, a nadruk z jeżami wystarczająco subtelny, by nie sprawiać, że krwawią mi oczy (co zdarza się przy większości mocno obrandowanych tekstyliów dziecięcych). Wyobrażałem sobie, że będziemy siedzieć na nim razem, otuleni w pełnym komforcie, i pokazywać sobie palcami obrazki. W praktyce dziewczynki odmawiają spokojnego siedzenia na nim dłużej niż przez jedenaście sekund. Zamiast tego zazwyczaj jedna z nich zawiązuje go sobie na szyi niczym pelerynę superbohatera, podczas gdy druga próbuje ciągnąć ją na nim po korytarzu. To wspaniały kocyk, ale jeśli kupujesz go z myślą, że w magiczny sposób obezwładni i uspokoi twoje maluchy, będziesz rozczarowany. Za to świetnie się pierze, co jest wielkim plusem, bo spędza dużo czasu na podłogach.
Kiedy kącik czytelniczy nieuchronnie popada w chaos, a ktoś zaczyna używać książki w twardej oprawie jako broni, zazwyczaj po prostu sięgam po Gryzak Pandę, żeby kupić sobie pięć minut spokoju. Z założenia służy do bolących dziąseł, ale odkryłem, że podanie sfrustrowanemu dwulatkowi kawałka silikonu spożywczego do agresywnego gryzienia, znakomicie rozładowuje napięcie. Można go myć w zmywarce, a to obecnie jedyna funkcja, na której mi jeszcze zależy. Jeśli czegoś nie mogę włożyć do zmywarki, to to coś nie ma racji bytu w moim domu.
Obniżanie poprzeczki do rozsądnego poziomu
Nasz pediatra powiedział nam na ostatniej wizycie kontrolnej, że sama czynność słuchania głosu rodzica czytającego na głos pomaga budować ścieżki neuronowe i świadomość fonemiczną. Podejrzewam jednak, że po prostu próbowała poprawić mi humor, bo właśnie przyznałem się, że czytałem im etykietę syropu na gorączkę, kiedy nie mogłem znaleźć żadnej sensownej bajki.
Prawda o całej tej literaturze dla i o dzieciach jest taka, że wcale nie jest tak poważna, jak udaje. Poradniki to po prostu domysły mądrzejszych od nas, rozciągnięte na 300 stron. Pamiętniki maluszka to pomniki rodzicielskiego poczucia winy. Z kolei książeczki z grubego kartonu, przynajmniej przez pierwszy rok, są głównie dotykowymi obiektami sensorycznymi, a nie dziełami literackimi.
Jeśli uda ci się usiąść z dzieckiem, otworzyć książkę z grubymi, tekturowymi stronami i dotrzeć do końca bez niczyjego zacięcia się papierem, płaczu czy połknięcia kawałka grzbietu, to odniosłeś sukces. Odpuść sobie estetyczny ideał, zaakceptuj fakt, że twoje ulubione historie z czasem będą trzymać się w całości tylko dzięki taśmie klejącej, i po prostu ciesz się tą całą głośną, bałaganiarską rzeczywistością.
Jeśli szukasz rzeczy, które faktycznie zostały zaprojektowane tak, by przetrwać niszczycielską siłę malucha (albo po prostu chcesz poprzeglądać produkty, które nie wzbudzą w tobie poczucia winy z powodu niewypełnienia pamiętnika), odkryj naszą pełną kolekcję zrównoważonych, przetestowanych przez rodziców produktów.
Kłopotliwe pytania o literaturę dziecięcą – odpowiedzi
Czy powinienem zmuszać dziecko do dokończenia książeczki, jeśli ciągle przewraca strony do tyłu?
Absolutnie nie, chyba że lubisz bezsensowne walki o władzę ze stworzeniem, które nie rozumie koncepcji linearnego czasu. Jeśli maluch chce czytać stronę czwartą, potem dziesiątą, następnie tylną okładkę, a potem znów czwartą, po prostu na to pozwól. Celem jest to, by dziecko uważało kontakt z książkami za świetną zabawę, a nie nauka łuku narracyjnego głodnej gąsienicy. Pozwól mu przewracać strony.
Kiedy właściwie mam znaleźć czas na wypełnianie pamiętnika maluszka?
Nigdy. To sekret, o którym nikt ci nie powie na baby shower. Większość rodziców, których znam, uzupełnia z datą wsteczną cały pierwszy rok w niedzielny wieczór, gdy dziecko ma już 18 miesięcy, przewijając galerię w telefonie, żeby z grubsza ustalić, kiedy pojawił się pierwszy ząbek. Wystarczy, że napiszesz na skrawku papieru kilka zabawnych rzeczy, które maluch zrobił, i włożysz to do książki. To też się liczy!
Czy drogie, personalizowane książeczki są warte swojej ceny?
To fantastyczne prezenty, by to inni kupowali je dla twojego dziecka. Naprawdę są pięknie wykonane i świetnie znoszą upływ czasu. Jeśli jednak płacisz z własnej kieszeni, może poczekaj, aż maluch będzie na tyle duży, by autentycznie rozpoznawać litery własnego imienia, zamiast kupować jedną dla półroczniaka, który po prostu spróbuje zjeść wysokiej jakości oprawę.
Dlaczego moje dziecko chce czytać dokładnie tę samą książkę pięćdziesiąt razy dziennie?
Ponieważ ich maleńkie mózgi rozpaczliwie próbują znaleźć wzorce i przewidywalność w pełnym chaosu wszechświecie. Świadomość tego, co dokładnie wydarzy się na następnej stronie, sprawia, że czują się pewnie i bezpiecznie. To dla ciebie psychologiczna tortura, gdy musisz czytać Kochane Zoo po raz dziewiąty jeszcze przed śniadaniem, ale to podobno wspaniałe dla ich rozwoju poznawczego. Po prostu spróbuj się wyłączyć, kiedy będziesz wydawał odgłosy zwierząt.
Co zrobić, gdy próbują zjeść książki z biblioteki?
Przechwytujesz, przekierowujesz uwagę i po cichu przepraszasz bibliotekarkę. Daj im dedykowany przedmiot do żucia (np. silikonowy gryzak) do trzymania w jednej rączce, a papierową książkę trzymaj poza ich zasięgiem. Jeśli wszystko inne zawiedzie, trzymaj się grubych, „niezniszczalnych” tekturowych książeczek, dopóki nie nauczą się, że papier służy do oglądania, a nie do podjadania.





Udostępnij:
Dlaczego bestsellerowy poradnik dla rodziców nie uratuje Twoich zdrowych zmysłów
Droga ja z przeszłości: Przestań googlować "kurczaczki na sprzedaż", zanim to przeczytasz...