Jest 7:14 rano. Mam na sobie coś, co kiedyś było w miarę czystym, szarym T-shirtem, a teraz przypomina agresywne dzieło Jacksona Pollocka, stworzone z rozgniecionego banana i czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem jest wczorajszym batatem. Bliźniaczki, Maya i Lily, krzyczą wniebogłosy, bo pokroiłem ich tosty w trójkąty zamiast w kwadraty (szkolny błąd, za który najwyraźniej będę płacił aż do drzemki). I w tym momencie wkracza mój czternastoletni siostrzeniec, Liam, który spędza u nas ferie.

Liam wchodzi do kuchni, łapie ze mną kontakt wzrokowy i nagle zaczyna gwałtownie szarpać szyją. Jego ramiona dziko wymachują, barki drżą w niekontrolowanych spazmach, a z jego gardła wydobywa się dziwny, głuchy tik wokalny.

Wypuszczam z dłoni nóż do masła. Serce natychmiast podchodzi mi do gardła. W myślach wytyczam najszybszą trasę na SOR w najbliższym szpitalu, próbując połączyć prawa fizyki: jak przenieść dwoje wrzeszczących maluchów i jednocześnie wcielić w życie plan wciągnięcia wstrząsanego drgawkami nastolatka na tylne siedzenie naszego zmęczonego życiem Volvo.

Rzeczy, które przemknęły przez mój spanikowany umysł w ciągu tych trzech sekund:

  • Czy on zjadł kapsułkę do prania?
  • Czy to atak padaczki?
  • Jaka jest dawka śmiertelna syropu dla dzieci i czy on to wypił?
  • Będę musiał wytłumaczyć siostrze, że zepsułem jej pierworodnego jeszcze przed śniadaniem.

Rzucam się naprzód. – Liam, stary, wszystko w porządku?! – krzyczę, sięgając po telefon do tylnej kieszeni, żeby wezwać karetkę.

Natychmiast przestaje. Patrzy na mnie tak, jakbym właśnie poprosił go o wyjaśnienie zasady działania faksu. – Wszystko okej, wujku Tomku. Robię tylko wyzwanie baby boo.

Confused dad holding a smartphone while twin babies chew on a wooden toy

Stoję tam z telefonem w dłoni, serce wciąż tłucze mi się o żebra jak uwięziony ptak, i gapię się na tego całkowicie zdrowego nastolatka, który właśnie dobrowolnie zasymulował poważny kryzys neurologiczny. To było moje wyjątkowo niepożądane wprowadzenie do absolutnego śmietnika, jakim są współczesne trendy w internecie. Jeśli też w panice wygooglowaliście, czym jest wyzwanie „baby boo”, ukrywając się w łazience, żeby zyskać dwie minuty spokoju, pozwólcie, że oszczędzę wam trudu. To nie jest kryzys medyczny. To tylko internet, który po raz kolejny okazuje się ogromnym rozczarowaniem.

Błagam, przestańcie udawać zaburzenia neurologiczne dla wyświetleń

Kiedy moje ciśnienie wróciło do w miarę normalnego poziomu, Liam uprzejmie wyjaśnił mi mechanikę tego absurdu, zjadając przy tym cały drogi chleb na zakwasie, który kupiłem dla siebie. Podobno to wiralowy mem z TikToka. Nastolatki nagrywają, jak chaotycznie tańczą, dorzucając nagłe, nieprzewidywalne szarpnięcia ciała, do przyspieszonego remiksu piosenki NBA YoungBoy (a dokładnie do fragmentu, w którym śpiewa „She gon' call me baby boo”).

Żartobliwie twierdzą, że są zakażeni „syndromem Baby Boo”, tworząc całą fałszywą narrację o tym, że szkoły na całym świecie są zamykane, bo dzieci nie mogą przestać drgać.

To niesamowicie głupie. I szczerze mówiąc, doprowadziło mnie to do furii.

Zazwyczaj nie jestem osobą, która agresywnie kontroluje to, co nastolatki robią w sieci – głównie dlatego, że jestem na to zbyt zmęczony, a częściowo dlatego, że sam spędziłem nastoletnie lata, robiąc niesamowicie głupie rzeczy na deskorolce – ale to naprawdę zadziałało mi na nerwy. Udając „syndrom”, który wiąże się z chaotycznymi, fizycznymi szarpnięciami i mimowolnymi okrzykami, te dzieciaki tak naprawdę wyśmiewają bardzo realne i trudne tiki związane z zespołem Tourette'a i spektrum autyzmu. To zwykły ableizm w przebraniu tanecznego trendu.

Próbowałem to wytłumaczyć Liamowi. Próbowałem mu uświadomić, jak bardzo izolujące musi to być dla neuroatypowego dziecka, które przewija ekran telefonu i widzi miliony ludzi udających, że jego codzienne zmagania to przezabawny żart. On tylko wzruszył ramionami i wymamrotał coś o tym, że „to przecież nic takiego”. Poważnie rozważałem wrzucenie routera Wi-Fi do kosza na śmieci.

Moja znajoma lekarka uważa, że internet dosłownie psuje nam mózgi

Kilka dni po incydencie w kuchni byłem na placu zabaw, huśtając dziewczynki. Wpadłem na moją kumpelę, Sarah, która jest lekarzem rodzinnym, a zarazem mamą przerażająco energicznego trzylatka o imieniu Leo. Wspomniałem jej o całej tej aferze z „baby boo”, głównie po to, by ponarzekać, jak wyczerpujące potrafią być nastolatki.

My doctor mate reckons the internet is actually breaking our brains — What is the baby boo challenge? (And why I nearly calle

Sarah wyglądała na niesamowicie zmęczoną (choć, szczerze mówiąc, wszyscy w parku wyglądaliśmy, jakbyśmy funkcjonowali wyłącznie na kawie rozpuszczalnej i sile woli). Powiedziała mi, że w jej przychodni faktycznie zauważono dziwny wzrost liczby rodziców przyprowadzających młodych nastolatków, u których rozwinęły się nagłe, niewyjaśnione tiki ruchowe.

Według niej istnieje pewne udokumentowane zjawisko – dzieci naoglądają się tylu filmików z fałszywymi syndromami w mediach społecznościowych, że w ich mózgach następuje swego rodzaju zwarcie i zaczynają nieświadomie naśladować te tiki. One już tego nie udają; ich ciała po prostu zaczynają to robić. Wymamrotała przy tym kilka bardzo długich medycznych terminów o funkcjonalnych zaburzeniach neurologicznych i neuronach lustrzanych, na co po prostu potakiwałem, jednocześnie próbując powstrzymać Lily przed zjedzeniem garści kory z placu zabaw.

Oczywiście, nie jestem lekarzem. Ledwo zdałem biologię i chemię w liceum. Ale słuchając Sarah, tylko utwierdziłem się w moim desperackim pragnieniu, by trzymać moje dziewczynki z dala od ekranów tak długo, jak to tylko możliwe. Nie chcę, żeby zostały wciągnięte w tę dziwną kulturę „e-dzieciaków”, w której całe twoje istnienie sprowadza się do odgrywania dziwacznych trendów pod algorytm.

Jedyne „baby boo”, które uznajemy w tym domu

Całkowity absurd tego trendu z TikToka sprawił, że zacząłem myśleć o prawdziwym, oryginalnym „baby boo” – starym, dobrym „a kuku”. Wiecie, tej zabawie, w której chowasz twarz w dłoniach, a potem wyskakujesz, a twoje dziecko reaguje tak, jakbyś właśnie odprawił czarną magię najwyższych lotów.

Kiedy Maya i Lily miały około sześciu miesięcy, „a kuku” było jedyną rzeczą, która pozwalała mi zachować zdrowe zmysły. To tak naprawdę ogromny krok w rozwoju dziecka. Maluchy uczą się stałości obiektu – koncepcji, że to, że moja zmęczona twarz z worami pod oczami chowa się za muślinową pieluszką, wcale nie oznacza, że przestałem istnieć.

Gdybyśmy tylko mogli wspólnie zgodzić się na to, żeby wrzucić wszystkie iPady do Wisły i wrócić do chowania się za kawałkami materiału, szczerze wierzę, że społeczeństwo poprawiłoby się z dnia na dzień.

A skoro o chowaniu się za materiałem mowa, w naszym domu zużywamy absurdalne ilości kocyków. Między rozlanym mlekiem, niezidentyfikowanymi lepkimi plamami i wspomnianymi wcześniej incydentami z wymiotami pod ciśnieniem, nasza pralka nigdy się nie zatrzymuje. Kilka miesięcy temu, w przypływie braku snu, zamówiłem Bambusowy kocyk dziecięcy w kolorowe liście od Kianao.

Będę tu z wami w pełni szczery: kupiłem go, bo ładnie wyglądał i podobał mi się wzór w liście. W tamtym momencie w ogóle nie obchodziła mnie ekologiczna mieszanka bambusa, po prostu potrzebowałem czegoś do okiełznania chaosu, jaki sieją maluchy. Ale ten kocyk przetrwał istne koszmary. Maya dosłownie zwymiotowała na niego całą butelkę mleka modyfikowanego, kiedy utknęliśmy w korku na autostradzie. Wyprałem go w domu, spodziewając się, że po wyjęciu będzie sztywny jak karton, ale jakimś cudem stał się jeszcze bardziej miękki. Dziewczynki uwielbiają go podczas naszych prawdziwych sesji „a kuku”, ponieważ jest tak lekki i przewiewny, że nie martwię się, że się uduszą, gdy chowają się przede mną pod stolikiem kawowym. To naprawdę jedna z niewielu dziecięcych rzeczy, które posiadamy, która się nie rozpadła i mnie nie irytuje.

Jeśli macie dość internetowych trendów i chcecie po prostu zaopatrzyć się w rzeczy, które naprawdę mają znaczenie dla rozwoju waszego dziecka w prawdziwym świecie, prawdopodobnie powinniście sprawdzić ekologiczne kocyki dla dzieci i akcesoria do zabawy od Kianao. To o wiele lepsze niż jakiekolwiek bzdury, które TikTok wciska nam dzisiaj.

Próby odwrócenia ich uwagi drewnianymi rzeczami

Ponieważ desperacko staram się unikać ekranów, nasz salon wygląda jak mała, wysoce zdezorganizowana fabryka drewnianych zabawek. W mojej szlachetnej misji utrzymania dziewczynek w kontakcie z rzeczywistością, kupiłem im Drewnianą grzechotkę-gryzak z misiem.

Trying to distract them with wooden things — What is the baby boo challenge? (And why I nearly called 999)

Słuchajcie, powiem wam prosto z mostu. To jest naprawdę pięknie wykonana zabawka. Pierścień z drewna bukowego jest solidny, mały miś zrobiony na szydełku jest niesamowicie uroczy, a ja uwielbiam to, że nie ma w niej żadnej okropnej, plastikowej chemii, ponieważ Lily wkłada do buzi dosłownie wszystko (w tym moje buty, jeśli zapomnę ich schować).

Ale czy wolą ją od pilota do telewizora? Absolutnie nie. Mając do wyboru tę uroczą, ekologiczną, ręcznie robioną grzechotkę z misiem a zużytą baterię AA znalezioną pod kanapą, będą walczyć na śmierć i życie o baterię. Biorąc to jednak pod uwagę, kiedy jestem w samochodzie i desperacko potrzebuję czterech minut ciszy, żeby bez ataku paniki włączyć się do ruchu na autostradzie, podanie im tej drewnianej grzechotki naprawdę działa. Przeżuwają drewniane kółko jak małe bobry. Szydełkowa głowa misia staje się dość wilgotna od śliny, ale w końcu wysycha. Jest w porządku. Robi to, co do niej należy.

W kącie pokoju stoi u nas również Drewniany stojak edukacyjny Tęcza. Kiedy były malutkie, potrafiły leżeć pod nim i godzinami wpatrywać się w małe, drewniane zwierzątka. Wyglądał wspaniale – o wiele ładniej niż te krzykliwe, plastikowe potworki, które grają okropną elektroniczną muzykę, dopóki baterie litościwie się nie wyczerpią. Teraz, kiedy mają dwa lata, używają drewnianej ramy w kształcie litery A głównie jako rekwizytu do prób przeskoczenia kanapy. Po ciemku już dwa razy boleśnie uderzyłem się o nią w palec u nogi. Ale przetrwała w pięknym stanie i pewnie przekażę ją siostrze (zakładając, że wcześniej nie zepsuję jej nastoletniego syna).

Przetrwać to szaleństwo

Szczerze mówiąc, radzenie sobie z wyzwaniem baby boo, czy z jakimkolwiek innym absurdalnym trendem, który go w przyszłym tygodniu zastąpi, to po prostu część bycia współczesnym rodzicem. Myślisz, że w końcu wszystko ogarnąłeś, bo udało ci się namówić dzieci do zjedzenia brokułów, a potem w twojej kuchni nastolatek zaczyna mieć drgawki i myślisz, że nadchodzi koniec świata.

Nie mam na to żadnego wspaniałego rozwiązania. Wiem tylko, że prawdziwy świat – ten bałaganiarski, głośny, wyczerpujący prawdziwy świat rozgniecionych bananów, miękkich bambusowych kocyków i prawdziwego „a kuku” – jest o niebo lepszy niż ten dziwny, z góry wyreżyserowany cyrk na ekranach naszych telefonów.

Jeśli wolicie skupić się na prawdziwej, namacalnej zabawie zamiast na cyfrowych bzdurach, sięgnijcie po ekologiczne zabawki i kocyki i po prostu usiądźcie na podłodze z dziećmi. Obiecuję, że to dużo bezpieczniejsze dla waszego ciśnienia krwi.


Zawiłe pytania, które pewnie wciąż chodzą wam po głowie

Czy syndrom baby boo to prawdziwa przypadłość medyczna?
Absolutnie nie. Jest w 100% wymyślony przez nastolatków na TikToku, którzy uważają, że udawanie tików neurologicznych to szczyt komedii. Jeśli wasze dziecko zaczyna to robić, nie jest chore, ma po prostu fatalny gust w internetowym humorze. (Choć jeśli kiedykolwiek naprawdę zaniepokoją was nagłe tiki u pociechy, koniecznie zadzwońcie do lekarza pediatry, bo funkcjonalne tiki od oglądania zbyt dużej ilości TikToka są obecnie – co dziwne – całkiem realnym zjawiskiem).

Jak sprawić, żeby mój nastolatek przestał to robić?
Jeśli to wymyślicie, napiszcie mi maila. Próbowałem wyjaśnić mojemu siostrzeńcowi, jak głęboko krzywdzącym ableizmem jest wyśmiewanie zespołu Tourette'a, a on tylko spojrzał na mnie tępym wzrokiem. Szczerze mówiąc, najszybszym sposobem na zabicie trendu jest zrobienie tego samemu na oczach ich przyjaciół. Zacznijcie szarpać się w alejce w supermarkecie krzycząc „baby boo” i patrzcie, jak umierają ze wstydu.

Dlaczego to w ogóle nazywa się baby boo?
Pochodzi to z przyspieszonego remiksu piosenki rapera NBA YoungBoy. Jest w niej fragment o dziewczynie, która nazywa go „baby boo”. Internet wziął ten pięciosekundowy klip audio, przyspieszył go, by brzmiał jak Alvin i Wiewiórki, i podpiął pod niego drgający taniec. Spróbujcie doszukać się w tym sensu. Nie dacie rady.

Czy prawdziwe „a kuku” nie miało być dobre dla dzieci?
Tak! Prawdziwe „a kuku” jest genialne. Kiedy chowam się za dłońmi, moje dwulatki uczą się, że rzeczy nadal istnieją, nawet jeśli ich nie widać (co najwyraźniej jest powodem, dla którego wciąż próbują znaleźć ciastka, które ukryłem na lodówce). To wspaniały trening dla ich małych, rozwijających się mózgów.

Jaki jest najlepszy sposób na wyczyszczenie wymiocin dziecka z bambusowego kocyka?
Najpierw zawsze zimna woda. Gorąca woda zapieka wymiociny we włóknach, o czym przekonałem się na własnej skórze. Opłuczcie najgorsze zabrudzenia w zlewie, starając się nie zwymiotować, a następnie wrzućcie do pralki na delikatny cykl. Nasz bambusowy kocyk Kianao naprawdę przetrwał ten proces w całości i ma się świetnie.