Była dokładnie 5:43 rano. Siedziałem na podejrzanie lepkiej silikonowej macie do karmienia na podłodze w salonie, ściskając w dłoni letnią kawę rozpuszczalną, i oglądałem na ekranie telefonu, jak jakiś mały chłopiec pcha obciążone metalowe sanie po boisku ze sztuczną trawą. Obok mnie Bliźniaczka A z pełnym zaangażowaniem próbowała założyć na głowę plastikową pokrywkę od pudełka na lunch, podczas gdy Bliźniaczka B systematycznie demontowała pilota do telewizora w skupieniu godnym sapera. Kiedyś patrzyłem na te wiralowe cudowne dzieci w mediach społecznościowych i czułem zimne, ostre ukłucie paniki, zastanawiając się, czy już nie zawodzę moich córek, nie zapisując ich na elitarne treningi sprawnościowe. Ale gdzieś pomiędzy zeskrobywaniem rozgniecionego banana z sufitu a czytaniem o prawdziwych realiach sportów młodzieżowych, ta rodzicielska panika przerodziła się w wielkie, przenikające do szpiku kości zmęczenie.

Wiralowe genialne dziecko, przez które wszyscy czujemy się niewystarczający

Jeśli udało ci się uniknąć tych bardziej intensywnych zakątków sportowych mediów społecznościowych, możesz się zastanawiać: kim właściwie jest ten cały Baby Gronk? Tak naprawdę nazywa się Madden San Miguel. To dzieciak z Teksasu, który zdaje się spędzać znacznie więcej czasu na rekrutacyjnych objazdach drużyn futbolu uniwersyteckiego, niż ja spędziłem, stresując się całym swoim procesem aplikacji na studia. Jeśli wpadniesz w króliczą norę, próbując dowiedzieć się, ile lat ma Baby Gronk, internet powie ci, że urodził się w okolicach 2012 roku. To oznacza, że jego oficjalny wiek to około dziesięć lub jedenaście lat.

Dziesięć. Kiedy miałem dziesięć lat, moim największym osiągnięciem sportowym była udana jazda na rowerze bez trzymanki przez całe trzy sekundy, zanim spektakularnie rozbiłem się o czerwoną skrzynkę pocztową Royal Mail. Tymczasem „Baby G” nosi diamentowe łańcuchy, podaje dłoń dorosłym celebrytom i podobno generuje sześciocyfrowe dochody, podczas gdy jego ojciec planuje całą jego przyszłość. To całkowicie obcy krajobraz, który sprawia, że patrzysz na własne dzieci (obecnie walczące o drewnianą łyżkę) i zastanawiasz się, czy przypadkiem nie przegapiłeś jakiejś ważnej wiadomości o współczesnym dzieciństwie.

Co nasz pediatra naprawdę sądzi o tym całym wywieraniu presji

Zanim miałem dzieci, całkowicie kupowałem narrację, że wczesne, nieustępliwe zaangażowanie to jedyny sposób na wychowanie mistrzów. Jeśli chcesz mieć kolejną legendę sportu, wręczasz jej rakietę tenisową już na oddziale położniczym, prawda? Ale potem porozmawiałem z naszym lekarzem w lokalnej przychodni NHS, gdy badał dziewczynki pod kątem kolejnej tajemniczej, grudkowatej wysypki ze żłobka. Zapytałem go o wczesny trening fizyczny, a on od niechcenia wspomniał, że pchanie dzieci w jeden sport przed okresem dojrzewania to w zasadzie gotowy przepis na katastrofę, choć ubrał to w medyczne terminy o chrząstkach wzrostowych i wypaleniu psychicznym, które zrozumiałem tylko w połowie.

Z tego, co wywnioskowałem przez mgłę niewyspania, dziecięce stawy są zbudowane głównie z gumy, chrząstki i nadziei, a zmuszanie maluchów do wczesnej specjalizacji w powtarzalnych, mocno obciążających ruchach po prostu je wyniszcza, zanim w ogóle trafią do szkoły średniej. Zasugerował, że to nieustrukturyzowana, chaotyczna zabawa buduje różnorodne umiejętności motoryczne i wyobraźnię przestrzenną, których faktycznie potrzebują, a nie jakiś hiper-skupiony obóz treningowy, który algorytm właśnie próbuje wcisnąć nam, zestresowanym rodzicom.

Drewniany łuk kontra drabinka koordynacyjna

W tym momencie staję się niezwykle defensywny, jeśli chodzi o chaos panujący w naszym salonie. Zamiast pachołków treningowych i manekinów, mamy Tęczowy drewniany stojak edukacyjny z zabawkami-zwierzątkami. Nie będę udawał, że ten drewniany łuk zapewni moim córkom pełne stypendium sportowe, ale obserwowanie, jak wchodzą z nim w interakcję, nauczyło mnie więcej o rozwoju kierowanym przez dziecko niż jakikolwiek film dokumentalny o sportach wysokiego wyczynu.

A wooden arch versus an agility ladder — The Baby Gronk Illusion and What It Means for Normal Parents

Rama to po prostu solidne drewno ze zrównoważonych źródeł, a dziewczynki używają jej dokładnie tak, jak chcą. Czasami się na niej podciągają, trącając małego wiszącego słonika. Innym razem całkowicie ignorują starannie zaprojektowane geometryczne kształty, by entuzjastycznie gryźć drewniane nogi. To jest genialne właśnie dlatego, że wszystko dzieje się na ich warunkach. Nie ma tu narzuconej przez dorosłych presji ani mierzalnych celów do odhaczenia. Bliźniaczka A używa go, by ćwiczyć swoje mocno niepewne procedury stania, podczas gdy Bliźniaczka B traktuje go jako barykadę chroniącą jej nielegalnie zgromadzone wafle ryżowe przed kotem. Zestaw rośnie razem z nimi w ten bardzo pasywny, delikatny sposób, co wydaje się całkowicie odpowiednie w realiach małego londyńskiego mieszkania, w przeciwieństwie do szalonej, wysoce ustrukturyzowanej energii intensywnego programu treningowego dla młodzieży.

Absurdalne realia dziecięcych diet

Porozmawiajmy przez chwilę o jedzeniu, ponieważ pomysł nałożenia na dziecko przed okresem dojrzewania rygorystycznej diety wyczynowej dosłownie spędza mi sen z powiek – zazwyczaj budząc mnie około drugiej w nocy.

Przeczytałem w wywiadzie, że ojciec tego wiralowego dzieciaka podobno każe mu jeść jak dorosłemu kulturyście, z naciskiem na łososia i brązowy ryż. Szczerze mówiąc, od samej logistyki takiego przedsięwzięcia kręci mi się w głowie. Próbowaliście kiedyś negocjować z maluchem w sprawie jedzenia? Wczoraj spędziłem dwadzieścia minut, próbując przekonać moje córki, że ten paluszek rybny zasadniczo niczym się nie różni od dokładnie takiego samego paluszka rybnego, którego entuzjastycznie pożarły we wtorek. Wytrzymałość psychiczna potrzebna do egzekwowania rygorystycznego reżimu makroskładników u kogoś, kto wciąż wierzy, że księżyc jedzie za naszym samochodem, jest przerażająca. Zamienia to stół w napięte negocjacje zarządu, odzierając z radości lekko przypaloną niedzielną pieczeń czy chaotyczną uciechę ze spontanicznych lodów w gorące popołudnie w Hyde Parku.

A z medycznego punktu widzenia wszystko to brzmi dla mojego zupełnie niewytrenowanego ucha po prostu podejrzanie. Kiedy zaciągnąłem bliźniaczki do naszego pediatry, ponieważ przechodziły przez fazę jedzenia wyłącznie rzeczy w kolorze beżowym, lekarka wyglądała na całkowicie niewzruszoną. Powiedziała, że dzieci potrzebują ogromnej, chaotycznej różnorodności, by napędzać przerażająco szybki rozwój mózgu i nagłe skoki wzrostu, a ograniczanie ich do „czystego jedzenia” w stylu dorosłych może nieźle zaburzyć ich naturalne wzorce rozwoju. To tak, jakby próbować odpalić diesla w Fordzie Transicie na oleju po frytkach, tylko dlatego, że przeczytało się o tym kiedyś w modnym poście na blogu. Dzieci potrzebują tłuszczów, treściwych węglowodanów i owszem, prawdopodobnie też okazjonalnego przeraźliwie słodkiego herbatnika u dziadków, bo właśnie w ten sposób ludzkie ciała uczą się, jak funkcjonować i rosnąć.

Dodatkowo, psychologiczny ciężar tego wszystkiego jest po prostu ponury; jeśli całe twoje dzieciństwo mierzone jest w gramach białka i publicznej aprobacie dla formy fizycznej, co się stanie, gdy pewnego dnia zdecydujesz, że tak szczerze mówiąc, chcesz po prostu być księgowym, który lubi zjeść w weekend dobrą drożdżówkę?

Z drugiej strony, zarywanie nocek z powodu zastanawiania się, czy kupiło się absolutnie poprawną odmianę ekologicznej marchewki retro, jest prawdopodobnie równie neurotyczne, więc ja po prostu celuję w warzywo, z którego nie sączy się w widoczny sposób żaden podejrzany płyn, i uznaję sprawę za załatwioną.

Żucie bambusa zamiast cudzych oczekiwań

A propos wkładania rzeczy do buzi (co jest dosłownie jedynym sportem, w którym moje dzieci obecnie brylują), faza ząbkowania to kolejna arena, na której sprawia się, że rodzice czują potrzebę posiadania absolutnie najlepszego, najbardziej naukowo opracowanego rozwiązania. Kupiłem Silikonowo-bambusowy gryzak Panda dla niemowląt podczas desperackiego przewijania telefonu o trzeciej nad ranem, kiedy obie dziewczynki produkowały tyle śliny, że można by na niej spokojnie spławić mały ponton wzdłuż Tamizy.

Słuchajcie, to fajna rzecz. To w końcu gryzak. Silikon spożywczy jest całkowicie bezpieczny, a mały bambusowy detal wygląda estetycznie, co zresztą ma dla moich córek absolutnie zerowe znaczenie. Żują go, co jest o niebo lepsze niż żucie przez nie listew przypodłogowych, pilota do telewizora czy moich odsłoniętych rzepek w kolanach. Czy to cudownie rozwiązuje agonię zęba trzonowego, który gwałtownie przeciska się przez dziąsła? Nie, nic tego nie rozwiązuje poza okrutnym upływem czasu i być może wysoce taktyczną dawką Calpolu. Daje to jednak ich małym rączkom coś do chwycenia, a ich wściekłym dziąsłom coś do zgniatania, podczas gdy my wszyscy kulimy się w sobie i czekamy, aż burza minie.

Trwały cyfrowy cień, który po sobie zostawiamy

To, co naprawdę zmieniło moje spojrzenie na te wszystkie wiralowe dzieci, to nie tylko żniwo fizyczne, ale też to przerażające żniwo cyfrowe. Sama ilość treści tworzonych na temat dziecka, które nie poszło jeszcze nawet do szkoły średniej, jest oszałamiająca i skłoniła mnie do długiego, niekomfortowego przyjrzenia się moim własnym nawykom związanym ze smartfonem. Kiedyś robiłem zdjęcia każdego drobnego napadu złości i każdego triumfu, gotowy transmitować je mojej garstce obserwujących na Instagramie, tylko po to, by udowodnić, że przeżyję to rodzicielstwo.

The permanent digital shadow we cast — The Baby Gronk Illusion and What It Means for Normal Parents

Jednak widok dzieciństwa w pełni utowarowionego i zapakowanego do publicznej konsumpcji sprawia, że nagle stajesz się bardzo ostrożny i zaczynasz chronić swoje normalne, nudne, prywatne życie. Psycholodzy dziecięcy zaczynają dawać do zrozumienia, że dzieci, które dorastają jako dosłowny "content", mogą mieć problem z odkryciem, kim tak naprawdę są, kiedy kamery przestaną nagrywać (zakładając, że kiedykolwiek przestaną). Nie mogą wyrazić zgody na cyfrowy ślad, który będzie ciągnął się za nimi na każdej rozmowie na studia i na każdej niezręcznej pierwszej randce do końca ich życia. Wszyscy dopiero zgadujemy, jakie będą długoterminowe psychologiczne skutki tego wielkiego eksperymentu społecznego. Ale biorąc pod uwagę, ile terapii potrzebuje moje pokolenie zaledwie z powodu odrobinę krytycznych rodziców, wolałbym zachować daleko idącą ostrożność. Chcę, żeby moje dzieci mogły same wymyślać siebie, popełniać monumentalne błędy i mieć zawstydzające fazy bez tysięcy zdjęć w wysokiej rozdzielczości, które każą im się z tego tłumaczyć przed widownią składającą się z obcych ludzi.

Jeśli szukasz rzeczy, które zachęcają do prawdziwej, nieustrukturyzowanej zabawy, a nie do tworzenia performatywnych montaży treningowych do mediów społecznościowych, być może zechcesz pobuszować w naszej kolekcji zabawek edukacyjnych.

Pozwól im się pobrudzić i być przeciętnymi

Prawda jest taka, że bycie wyjątkowo przeciętnym jest całkowicie niedoceniane. Chcę, żeby moje dzieci były szalenie przeciętne w kilkunastu różnych rzeczach. Chcę, żeby spróbowały grać w piłkę w parku i były w tym fatalne, chwyciły zabawkowe skrzypce i sprawiły, że będą brzmiały jak umierający lis, i by budowały koślawe drewniane wieże, które natychmiast zawalą się ku ich niekłamanej radości. Dlatego znacznie bardziej interesuje mnie to, w co są ubrane podczas tego bycia katastrofalnie przeciętnymi, niż to, jakie konkretnie umiejętności sportowe rzekomo w sobie wyrabiają.

Polegamy głównie na takich rzeczach jak Body niemowlęce z bawełny organicznej. Jest bez rękawów, co bywa absolutnym wybawieniem, gdy w połowie lipca nasze słabo izolowane mieszkanie zamienia się w dosłowną szklarnię. Zakładki na ramionach sprawiają, że ubranko rozciąga się nad ich masywnymi, ciężkimi głowami bez wywoływania klaustrofobicznej histerii. Bawełna organiczna naprawdę ma tu sens, bo na ich skórze pojawiają się tajemnicze czerwone plamy, gdy tylko krzywo na nią spojrzysz. Brak syntetycznych barwników przylegających do ich ciał, podczas gdy tarzają się w jakiejkolwiek lepkiej, niezidentyfikowanej substancji znalezionej na kuchennej podłodze, to po prostu o jeden powód do zmartwień mniej. Mogą w nim być po prostu brudnymi, do bólu normalnymi dziećmi.

Ulga płynąca z odpuszczenia

Zanim dowiedziałem się czegokolwiek o realiach kryjących się za tymi wiralowymi profilami sportowymi, myślałem, że ponoszę porażkę, nie mając arkusza kalkulacyjnego dla fizycznych kamieni milowych moich córek. Teraz, gdy widzę ten cyrk wokół sławnych w internecie dzieci, czuję po prostu ogromny smutek, zmieszany z wielką ulgą, że moim jedynym dzisiejszym zadaniem jest utrzymanie dwóch małych istot ludzkich w miarę bezpiecznych warunkach, podczas gdy one próbują rozgryźć, jak działa grawitacja. Nie musisz konstruować genialnego dziecka. Musisz po prostu wychować człowieka, co zazwyczaj wiąże się ze znacznie mniejszą ilością brązowego ryżu, a za to z dużo większą ilością podnoszenia rzuconego makaronu z podłogi w kuchni.

Zamiast porównywać swój zabałaganiony salon do wysoce zedytowanego, zarabiającego pieniądze wideo-podsumowania wyczynów dziesięcioletniego sportowca, może po prostu pozwól swojemu dziecku zjeść lekko czerstwy wafel ryżowy znaleziony za kanapą, podczas gdy ty będziesz tępo gapić się w ścianę przez pięć minut skradzionego spokoju.

Jeśli jesteś gotów zaakceptować chaotyczną, cudownie przeciętną rzeczywistość bycia rodzicem bez presji wychowywania przyszłego olimpijczyka, sprawdź nasze ekologiczne ubranka niemowlęce stworzone z myślą o prawdziwym, brudnym dzieciństwie.

Pytania, które najczęściej słyszę w tym temacie

Czy wczesne zmuszanie dziecka do jednego sportu jest naprawdę szkodliwe?

Słuchajcie, jestem tylko facetem próbującym powstrzymać dwa maluchy przed piciem wody z wanny, ale nasz pediatra w zasadzie stwierdził, że zmuszanie dziecka do specjalizacji w jednym sporcie przed okresem dojrzewania to fatalny pomysł. Ich małe kości i stawy wciąż rosną, a codzienne powtarzanie dokładnie tych samych ruchów sportowych najwyraźniej mocno je obciąża i wyniszcza. Poza tym, zanim skończą dwanaście lat, zazwyczaj i tak zaczynają całkowicie nienawidzić tego sportu.

Czy powinienem stosować u mojego dziecka specjalną dietę na rozwój fizyczny?

O ile lekarz nie zalecił ci inaczej ze względów medycznych, absolutnie nie. Na samą myśl o karmieniu dziecka przed pokwitaniem rygorystyczną dietą dla sportowców mam ochotę położyć się w ciemnym pokoju. Dzieci potrzebują tłuszczów, węglowodanów oraz szerokiej, chaotycznej gamy produktów spożywczych, aby napędzać ogromny rozwój mózgu. Pozwól im zjeść tego tosta z masłem.

Jak radzić sobie z presją, gdy inni rodzice przechwalają się sportowymi osiągnięciami swoich dzieci?

Uśmiechnij się, przytaknij i mentalnie odetnij się od rozmowy. Niezwykle trudno jest nie wpaść w panikę, gdy Dave z grupy zabawowej ogłasza, że jego trzylatek chodzi już na zorganizowaną gimnastykę, ale musisz pamiętać, że wczesny rozkwit fizyczny na dłuższą metę niewiele znaczy. Wróć do domu, popatrz, jak twoje dziecko radośnie uderza o siebie dwoma klockami, i rozkoszuj się tymi niskimi oczekiwaniami.

W jakie zabawy powinno się naprawdę bawić moje małe dziecko?

W te brudne, bezcelowe i pozbawione struktury. Pozwól im dłubać patykiem w błocie, wspinać się na rzeczy, na które prawdopodobnie nie powinny, i wymyślać gry z zupełnie niezrozumiałymi zasadami. Według lekarzy, którzy od czasu do czasu przemawiają mi do rozsądku, ta nieustrukturyzowana zabawa naprawdę buduje ich umiejętności motoryczne i wyobraźnię przestrzenną znacznie lepiej, niż mogłoby to zrobić jakiekolwiek zaplanowane ćwiczenie.

Czy powinienem się martwić publikowaniem zdjęć moich dzieci uprawiających sport?

Istnieje ogromna różnica między wysłaniem dziadkom wideo, na którym twoje dziecko strzela niezdarnego gola, a prowadzeniem dla niego publicznego profilu sportowego. Gdy coś trafi do ogólnodostępnego internetu, tracisz kontrolę nad tym, kto to zobaczy i jak to wykorzysta. Utrzymanie ich dzieciństwa we względnej prywatności daje im po prostu wolność do rezygnacji, poniesienia porażki lub zmiany zdania bez patrzącej na nich zewsząd widowni.