Była dokładnie 6:14 we wtorek, a ja siedziałam na tym jednym konkretnym kawałku podłogi w kuchni, gdzie od 2019 roku brakuje fugi. Miałam na sobie legginsy z wyraźną, zaschniętą plamą po jogurcie na lewym udzie i kurczowo trzymałam kubek z kawą, która zdążyła już ostygnąć do tej przygnębiającej, letniej temperatury, kiedy po prostu smakuje jak smutek w płynie. Mój czteroletni syn, Leo, który ma obecnie energię dzikiego szopa uwięzionego w piżamie ze Spidermanem, siedział obok mnie z iPadem.
Byłam z siebie taka zadowolona. Funkcjonowałam w mojej erze "Przed". Przed tym wszystkim naprawdę wierzyłam, że mam to całe cyfrowe rodzicielstwo w małym palcu. Myślałam, że skoro jestem milenialską, która wie, jak wyczyścić pamięć podręczną przeglądarki, to jestem w jakiś sposób odporna na koszmary internetu. Myślałam, że dopóki dzieci wyszukują niewinne słowa, jesteśmy bezpieczni.
Moja siedmioletnia córka, Maya, poprzedniego wieczoru gadała bez przerwy o jakiejś zabawce, kanale na YouTube czy czymś w tym stylu – szczerze mówiąc, wyłączam się przy 40% tego, co mówi, gdy w grę wchodzą filmiki z odpakowywania zabawek – co nazywało się Ashlee. Albo Ashley. Sama nie wiem. Więc Leo, chcąc być jak starsza siostra, agresywnie dźgnął małą ikonkę mikrofonu w pasku wyszukiwania i wrzasnął: "dzidzia ashlee".
Na początku nawet nie podniosłam wzroku. Po prostu patrzyłam tępo na lodówkę, próbując przypomnieć sobie, czy mamy jeszcze jakieś jajka. Przecież to dzidzia, prawda? Lalka. Jakiś uroczy brzdąc tańczący do piosenki. Cokolwiek.
Ale wtedy ekran błysnął, rzuciłam od niechcenia okiem w tamtą stronę, a moja dusza dosłownie opuściła moje ciało.
Ponieważ wyniki wyszukiwania, które się pojawiły, nie były zabawkami. To nie były filmiki z odpakowywania. To były wulgarne linki i zdjęcia prowadzące bezpośrednio do twórczyni treści dla dorosłych. Dorosłej kobiety, która używa pseudonimu "dzidzia" na platformie subskrypcyjnej. Tak, na tej platformie. Tej, która rymuje się z OnlyBans. Mój mózg w zasadzie przestał pracować.
Rzuciłam się przez linoleum, przewracając po drodze moją tragiczną kawę, i zatrzasnęłam iPada z taką siłą, że szczerze dziwię się, że ekran nie roztrzaskał się na milion kawałków. Leo spojrzał na mnie, jakbym kompletnie postradała zmysły – co zresztą było prawdą.
Dave wszedł do kuchni dokładnie w tym momencie, z jakiegoś powodu trzymając w ręku łopatkę do smażenia, a ja po prostu siedziałam w kałuży zimnej kawy, tuląc iPada do piersi i szepcząc: "Internet to piekło, Dave. Musimy spalić router".
Co doktor Gupta powiedziała o internecie
Kilka tygodni później byliśmy z Leo na bilansie czterolatka. Uwielbiam naszą lekarkę, doktor Guptę. Zawsze nosi takie niesamowite, masywne naszyjniki, które Maya non stop próbuje złapać, i nigdy mnie nie ocenia, kiedy przyznaję, że moje dzieci czasem jedzą chrupki w kształcie rybek na kolację. Poruszyłam temat tego przypadkowego wyszukiwania, bo wciąż na samą myśl dostawałam lekkich palpitacji serca.
Byłam w 100% pewna, że powie mi, żebym wyluzowała. Zamiast tego na jej twarzy pojawił się bardzo poważny wyraz. Powiedziała coś o tym, jak ich małe płaty czołowe – czy jakkolwiek nazywa się ta część mózgu tuż za brwiami – całkowicie robią zwarcie, gdy widzą treści dla dorosłych. Ze po prostu fizycznie i poznawczo brakuje im dojrzałości, by przetworzyć to, na co patrzą.
Wyjaśniła, że wczesna ekspozycja na tak mocno zseksualizowane rzeczy może całkowicie zaburzyć dziecięce rozumienie bliskości i relacji fizycznych. Potem zaczęła mówić o stanach lękowych u dzieci i zaburzeniach obrazu ciała powiązanych z pragnieniem cyfrowej walidacji. Będę z wami szczera – w połowie jej wyjaśnień mój mózg zaczął trochę szumieć, bo gapiłam się tylko na plakat przedstawiający ludzkie ucho na ścianie, całkowicie przytłoczona poczuciem winy, że dałam mojemu dziecku ekran, żeby mieć pięć minut świętego spokoju. Ale sedno sprawy było takie: konsensus medyczny jest w zasadzie taki, że internet to pozbawiony nadzoru plac zabaw wysypany potłuczonym szkłem, a my po prostu na ślepo wręczamy naszym dzieciom klucz do furtki.
Limity wiekowe w internecie to jakiś absolutny żart
Czy możemy przez chwilę porozmawiać o tym, jak niesamowicie śmieszne są "zabezpieczenia" w internecie? Mam ochotę krzyczeć w poduszkę. Żyjemy w świecie, w którym muszę pamiętać trzy różne hasła, wpisywać kod captcha udowadniając, że wiem, jak wygląda sygnalizacja świetlna, i czekać na SMS do uwierzytelniania dwuetapowego tylko po to, żeby zapłacić cholerny rachunek za wodę.

Ale strona subskrypcyjna dla dorosłych pełna wysoce drastycznych treści? Och, z tym nie ma problemu. Zabezpieczenia polegają tam dosłownie na przycisku, który pyta: "Czy masz 18 lat?".
TAK. OCZYWIŚCIE, ŻE MAM 18 LAT. JESTEM ZDECYDOWANIE DOROSŁA, A NIE JESTEM CZTEROLATKIEM, KTÓRY DOPIERO NAUCZYŁ SIĘ LITEROWAĆ SWOJE IMIĘ. Zapraszamy! Ciesz się traumą! To najbardziej obraźliwa, na pokaz robiona farsa, jaką widziałam w życiu. Platformy doskonale wiedzą, co robią. Doświadczyły tak masywnego, wybuchowego wzrostu w ciągu ostatnich kilku lat – czytałam gdzieś, że skoczyły z około 10 milionów do ponad 100 milionów użytkowników – a robią absolutne minimum, by trzymać dzieci z daleka. I nawet nie zaczynajmy tematu "cyfrowego śladu", gdzie treści są w zasadzie permanentne, a twórcy treści dla dorosłych używają w nazwach użytkowników słów takich jak "dzidzia" czy "nastolatka", by manipulować algorytmami wyszukiwania.
To wręcz drapieżne, wyczerpujące, a ja jestem już tak bardzo zmęczona tym, że muszę być ekspertem od cyberbezpieczeństwa, żeby w ogóle pozwolić mojemu dziecku zagrać w grę matematyczną.
Te aplikacje do kontroli rodzicielskiej, które można pobrać na telefon, to i tak w większości tylko cyfrowe pigułki placebo.
Powrót do rzeczy, których można dotknąć
W każdym razie, zmierzam do tego, że cały tamten poranek był moim wielkim momentem "Po". Całkowicie zrewolucjonizowaliśmy to, jak organizujemy czas w naszym domu. A mówiąc zrewolucjonizowaliśmy, mam na myśli to, że wpadłam w panikę i rzuciłam masę sprzętów do szafy, ale z czasem w końcu odnaleźliśmy swój rytm.

Jeśli chcesz przetrwać ten współczesny koszmar rodzicielstwa bez utraty zmysłów, musisz w zasadzie stać się paranoicznym detektywem, który przypadkowo sprawdza logi routera, próbując jednocześnie przypomnieć sobie, czy przełożył pranie z pralki, blokując wszystkie urządzenia skomplikowanymi hasłami i jednocześnie wypełniając dom taką ilością fizycznych rozpraszaczy bezekranowych, jaka jest tylko ludzko możliwa.
- iPad nie jest już nianią. Po prostu nie jest. Mieszka teraz na lodówce, obok latarki awaryjnej i pudełka nieświeżych krakersów.
- Rozmawiamy o tym bardzo otwarcie. Nawet z Mayą. Powiedziałam jej, że czasami ludzie używają w internecie niewinnych słów, żeby pokazać rzeczy przeznaczone tylko dla dorosłych, i jeśli kiedykolwiek zobaczy coś, przez co poczuje dziwne mrowienie w brzuchu, ma odłożyć urządzenie i przyjść po mnie. Żadnych kłopotów, żadnego krzyku.
- Agresywnie przestawiliśmy się na zabawę sensoryczną. Naprawdę agresywnie.
Zdałam sobie sprawę, że kiedy ręce Leo są zajęte, nie prosi o tablet. Kiedy był odrobinę młodszy, jedną z niewielu rzeczy, która naprawdę potrafiła zająć jego uwagę bez ekranu, był Tęczowy Stojak Edukacyjny z Zabawkami Zwierzątkami od Kianao. Mam obsesję na punkcie tej rzeczy. To prawdziwy, fizyczny przedmiot wykonany z drewna, a nie z pikseli. Nie ma żadnego połączenia z Wi-Fi. Nie ma żadnych algorytmów próbujących podsunąć mu nieodpowiednie treści. Posiada po prostu te urocze, materiałowe elementy w naturalnych barwach ziemi i małego słonika, którego uwielbiał godzinami uderzać rączką. Nie miało to migających światełek ani hałaśliwych elektronicznych piosenek, od których masz ochotę urwać sobie uszy; wymagało od niego po prostu użycia własnego umysłu i własnych rączek do odkrywania różnych tekstur.
I szczerze mówiąc, to jest właśnie to, czego teraz pragnę. Rzeczy, które są prawdziwe. Rzeczy, które istnieją w moim salonie i nie mogą zostać przejęte przez twórcę treści dla dorosłych. Jeśli Wy też czujecie palącą potrzebę wyrzucenia każdego swojego urządzenia smart do najbliższego zbiornika wodnego, możecie sprawdzić wspaniałe, analogowe i bezekranowe propozycje od Kianao klikając tutaj.
Próbowaliśmy również Gryzaka Panda podczas okropnego etapu ząbkowania trzonowców Leo. Słuchajcie, będę z wami całkowicie szczera – jest w porządku. To silikonowy gryzak. Jest bardzo uroczy, ma uroczy motyw bambusa i zdecydowanie pomógł ukoić jego dziąsła, bo przeżuwał go jak mały buldog. Ale jest mały, a ponieważ bywam chodzącą katastrofą domową, co chwilę gubiłam go poduszkach kanapy albo deptałam po nim po ciemku. Robi dokładnie to, do czego został stworzony, i można go po prostu rzucić do zmywarki, ale nie zmienił mojego życia. To po prostu solidna, bezpieczna rzecz, którą dziecko może wziąć do buzi zamiast brudnego buta.
Dlaczego te namacalne rzeczy mają teraz tak duże znaczenie
Łapię się na tym, że coraz bardziej ciągnie mnie do rzeczy, które osadzają nas w rzeczywistości. Myślę, że właśnie dlatego stałam się teraz tak przeczulona na to, co zakładam również na ich ciała. To wszystko wydaje się powiązane. W erze "Przed", po prostu kupowałam jakiekolwiek tanie, syntetyczne badziewie, które było na wyprzedaży w supermarkecie. Ale po uświadomieniu sobie, jak znikomą mam kontrolę nad cyfrowym światem, zaczęłam w pewnym sensie zaciekle chronić ten ich fizyczny świat.
Dla nowo narodzonego dziecka mojej siostry kupiłam ostatnio Body Niemowlęce bez Rękawów z Bawełny Organicznej od Kianao i trzymanie go sprawiło, że zrobiłam się trochę emocjonalna. Składa się w 95% z bawełny organicznej, nie ma sztucznych barwników, jest całkowicie pozbawione tych obrzydliwych chemikaliów i wydaje się po prostu niesamowicie bezpieczne. Żadne drażniące barwniki nie ocierają się o delikatną skórę noworodka. Posiada te urocze, kopertowe wycięcia na ramionach, które sprawiają, że bez problemu da się je zdjąć w dół, kiedy pojawia się pieluszkowa eksplozja (a oj Boże, będą pieluszkowe eksplozje). To jest taki po prostu czysty, prosty, namacalny element garderoby, który robi dokładnie to, co ma za zadanie robić: chronić malucha.
I chyba to jest właśnie teraz moja cała filozofia rodzicielska. Trzymać się rzeczywistości. Dbać o to, co fizyczne. Trzymać internet jak najdalej od tych małych, rozwijających się umysłów przez tak długi czas, jak to tylko możliwe.
Dave dalej się ze mnie śmieje, bo pamięta, jak mocno zatrzasnęłam tamtego iPada, ale nic mnie to nie obchodzi. Zrobiłabym to drugi raz. Prawdziwy świat bywa brudny i wyczerpujący, a moja podłoga potrafi zawsze się od czegoś lepić, ale przynajmniej wiem dokładnie, z czym mam tam do czynienia.
Koniecznie spójrzcie na drewniane zabawki bez ekranów, zanim na dobre stracicie głowę i wyrzucicie swój router przez okno.
Moje chaotyczne odpowiedzi na wasze paniczne pytania o internet
Co tak właściwie mam zrobić, jeśli moje dziecko zobaczy nieodpowiednie treści?
O Boże, nie panikuj. To znaczy, jasne, że wewnątrz ciebie będziesz krzyczeć, ale na zewnątrz musisz pozostać całkowicie neutralna. Dr Gupta powiedziała mi, że jeśli stracisz panowanie i zaczniesz krzyczeć, one po prostu nauczą się to ukrywać przed tobą następnym razem. Po prostu spokojnie odbierz to urządzenie, rzuć coś w stylu: "Oj, to nie jest dla dzieci", i natychmiast przenieś ich uwagę na coś fizycznego. Nie rób z tego ogromnego, zawstydzającego dramatu, bo inaczej zakorzenisz w nim ten wstyd.
Czy dzieci serio trafiają na te platformy dla dorosłych?
Tak. I to jest przerażające. Dave odkopał taki artykuł, który pokazywał, z jaką łatwością dzieci obchodzą weryfikację wieku za pomocą zwykłego kliknięcia "Mam 18 lat" lub korzystając ze starej karty podarunkowej, by ominąć blokadę płatności. Te platformy eksplodowały podczas pandemii i są teraz praktycznie wszędzie. To nie jest żadna tajemna strona w dark webie; to wszystko leży na samym wierzchu internetu, niemal prosząc, żeby przypadkowo to kliknąć.
Dlaczego twórcy treści dla dorosłych używają w nazwach słów takich jak 'dzidzia'?
Bo algorytm bywa jednym wielkim koszmarem. Używają tych niewinnych słówek, bardzo powszechnych imion czy czasami określeń niezwykle popularnych w świecie gier czy popkulturze młodzieży po to, aby jak najszerzej zarzucić sieć na wyszukiwania z ruchu internetowego. Oni dobrze wiedzą, co robią. Sprawia to, że zupełnie bezbronne, niewinne poszukiwania lalki lub postaci bajkowej mogą sprawić, że natychmiast pokaże się ich profil. To jest potężna i okrutna manipulacja.
Czy nie mogę po prostu zaufać wersjom platform wideo dedykowanym 'Dla dzieci'?
Absolutnie nie. Myślałam, że sekcje dla dzieci na tych kolosalnych platformach wideo są totalnie bezpieczne, ale one funkcjonują w całości pod automatem. Algorytmy przeoczają naprawdę masę treści. Ludzie potrafią dosłownie wrzucić nieodpowiednie nagranie w sam środek bajek czy kreskówek. Ostatnio przyłapałam Mayę, która oglądała normalne wideo ze Świnką Peppą, a potem wszystko drastycznie zmieniło się w coś wręcz przerażającego. Usunęliśmy tę aplikację w całości. Ta gimnastyka mentalna nie jest tego warta.
Jak powinnam naprawdę blokować ten cały syf?
Musisz przejść na poziom ustawień samego routera. W pewną sobotę Dave siedział chyba bite trzy godziny na kanapie, wertując wszelkie poradniki o tym, jak domena po domenie (w tym oczywiście OnlyFans) zablokować to wszystko z sieci domowej Wi-Fi. Co więcej, włączcie ustawienia czasu przed ekranem instalowane bezpośrednio przez producentów w waszych urządzeniach, by dodatkowo zablokować te witryny dla dorosłych, ale nie ufajcie temu w ciemno. Powinniście również po prostu z nimi być w pokoju. Może być to beznadziejne, to też w sumie znaczy, że nie możecie sobie złożyć w spokoju całego prania, ale jest to jedyny możliwy ratunek.





Udostępnij:
Szukasz Beanie Baby z 3 sierpnia? Prawda o urodzinowych bliźniakach
Jak wybrać rozmiar kocyka dla niemowlaka i nie zwariować