Stałam przy wyspie kuchennej o 14:14 we wtorek, w poplamionej bluzie z college'u mojego męża, próbując zamówić przez telefon prezent na baby shower, podczas gdy Leo, który ma cztery lata i jest kompletnie dziki, raz za razem uderzał plastikowym dinozaurem o lodówkę. Chciałam wpisać „prezenty dla niemowląt” albo może „niemowlęta”, szczerze mówiąc mam papkę zamiast mózgu, ale omsknął mi się palec i wpisałam „babi”. Google, w swojej nieskończonej mądrości, autouzupełniło moje wyszukiwanie do masakry w Babim Jarze.
I nagle nie oglądam już śpioszków z organicznej bawełny. Gapię się na podsumowanie z Wikipedii o wąwozie w Kijowie. Wrzesień 1941 roku. Ponad 33 000 żydowskich cywilów zamordowanych przez nazistów w dwa dni. To jeden z największych pojedynczych masowych mordów w historii Holokaustu, a ja po prostu tam stoję z moim letnim trzecim kubkiem kawy, patrzę, jak moje dziecko próbuje sprawić, by T-Rex zjadł magnes, i czuję, jak powietrze całkowicie uchodzi z moich płuc.
Największym mitem na temat uczenia naszych dzieci o przerażających wydarzeniach historycznych jest to, że musimy posadzić je w jakiejś oficjalnej, ponurej sali wykładowej i zaserwować im od razu wszystkie zimne, twarde fakty, bo inaczej wyrosną na socjopatów. Wmawiamy sobie, że jeśli natychmiast nie wystawimy ich na ten mrok, to zawodzimy jako rodzice. Ale na litość boską, to po prostu nieprawda. Nie musisz łamać ich serc, zanim ich mózgi będą gotowe udźwignąć te kawałki.
Później tego samego wieczoru patrzyłam na Mayę. Ma siedem lat. Wcześniej po południu miała pełnoobjawowe załamanie egzystencjalne, ponieważ jej gofr trochę się rozerwał w tosterze. Patrzę na jej zapłakaną, lepką małą buzię i myślę: jak u licha mam jej kiedykolwiek wytłumaczyć tego rodzaju systemowe zło?
Harmonogram oswajania z okrutną prawdą
Właściwie poruszyłam ten temat z moim lekarzem, doktorem Evansem, na ostatniej wizycie kontrolnej Leo. Pewnie brzmiałam jak kompletna wariatka, bo nakręcałam się stanem świata, podczas gdy on po prostu próbował zbadać uszy mojego dziecka. Powiedział coś o tym, że małe mózgi dosłownie nie mają sprzętu do przetwarzania traumy na dużą skalę. Fizycznie nie potrafią tego zrobić. Więc jeśli masz dziecko poniżej ósmego roku życia, jak moje dwa chaotyczne gremliny, po prostu... nie mówisz im o makabrycznych szczegółach. W tym wieku staram się po prostu nauczyć Mayę, żeby nie zachowywała się jak łobuz na placu zabaw. Rozmawiamy o empatii. Rozmawiamy o wstawianiu się za dzieckiem, które siedzi samo. To są te fundamenty.
Ale kiedy wchodzą w wiek szkolny, od 8 do 12 lat, wszystko się zmienia. Zaczynają uczyć się w szkole o II wojnie światowej i bańka pęka. Czytałam forum dla rodziców późno w nocy (ponieważ sen to koncept, w którym już nie uczestniczę), i inna mama zasugerowała, by w tych latach skupić się całkowicie na „pomocnikach”. Jest taka niesamowita historia o ocalonym z Babiego Jaru nazwiskiem Wasyl Michajłowski. Był osieroconym dzieckiem, a dyrektor sierocińca dosłownie ukrył 12 żydowskich dzieci w małym pokoiku pod schodami, by uchronić je przed okupacją. To jest rodzaj historii, której może uchwycić się dziesięciolatek. Potrafią zrozumieć odwagę w ciemności.
Potem stają się nastolatkami – co mnie absolutnie przeraża – i to jest moment, w którym trzeba zdjąć kółka boczne. Nastolatki muszą zrozumieć, jak uprzedzenia stają się systemowe i jak niepowstrzymana nienawiść niszczy społeczeństwa. Jestem prawie pewna, że czytałam artykuł, w którym pewien historyk – może to był były Naczelny Rabin Tel Awiwu? szczerze nie pamiętam jego dokładnego nazwiska, moja pamięć to śmietnik – powiedział, że ponieważ świat w zasadzie wzruszył ramionami i milczał po masakrze w Babim Jarze w 1941 roku, naziści poczuli się ośmieleni do tego, by zaledwie kilka miesięcy później ruszyć z „Ostatecznym Rozwiązaniem”. To przerażające, i to jest dokładnie ten rodzaj twardej rzeczywistości, z którą musi zmierzyć się piętnastolatek, by zrozumiał, dlaczego głośne sprzeciwianie się złu ma tak wielkie znaczenie.
Skoro już mowa o próbach zapewnienia bezpieczeństwa i szczęścia małym ludziom...
Więc w każdym razie, jedynym powodem, dla którego wpadłam do tej historycznej króliczej nory, było to, że próbowałam kupić prezent dla mojej szwagierki, która jest w ciąży ze swoim pierwszym synkiem. I to szalone, prawda? Jak w jednej sekundzie możesz denerwować się najmroczniejszymi częściami ludzkiej historii, a w następnej po prostu próbujesz znaleźć nietoksyczne drewniane kółko dla dziecka do gryzienia. Ale to właśnie jest macierzyństwo. W jednej ręce trzymamy egzystencjalny lęk, a w drugiej torbę na pieluchy.

Jeśli jesteś w okopach wczesnego macierzyństwa, możesz sprawdzić kolekcję zabawek z gryzakami i po prostu spróbować przetrwać ten tydzień, mówiąc szczerze.
Kiedy Leo ząbkował, był absolutnym demonem. Mówię o poziomie ślinienia się i krzyku z „Egzorcysty”. Ostatecznie kupiłam mu Sensoryczną grzechotkę i gryzak na drewnianym kółku z Misiem i nie przesadzam, gdy mówię, że to uratowało moje zdrowie psychiczne. Pamiętam dokładnie, jak pewnej nocy o 3:00 nad ranem siedziałam na parkingu przed supermarketem – nie pytajcie, co tam robiliśmy, po prostu jeździłam w kółko, próbując go uśpić – ubrana w tę samą obrzydliwą bluzę, płacząc w kierownicę. Leo był z tyłu, w końcu cichy, po prostu żując nieobrobione kółko z drewna bukowego z tym małym niebieskim misiem. Szydełkowana bawełna była tak miękka i to było dosłownie jedyne, co go uspokajało. Ostatecznie kupiłam taki sam zestaw dla mojej szwagierki, ponieważ nie pozwolę jej cierpieć z braku tego cuda.
Wrzuciłam też do koszyka dla niej Grzechotkę-gryzak z Zebrą na kółku, głównie dlatego, że wygląda super elegancko. Jest całkowicie okej. Ma ten bardzo kontrastowy czarno-biały wzór, który ponoć jest niesamowity dla rozwijającego się skupienia wzrokowego noworodka, co jest wspaniałe, ale Leo nigdy nie był nim specjalnie zainteresowany, kiedy go mieliśmy. Szydełkowa część jest nieco sztywniejsza niż u misia. Wygląda jednak absolutnie wspaniale na półce w pokoju dziecięcym, więc i tak go dostanie.
Mój mąż Greg, który wtrącił się, gdy składałam zamówienie, powiedział, że powinnam wziąć raczej Sensoryczną grzechotkę i gryzak na drewnianym kółku z Jelonkiem. Jego dokładnym uzasadnieniem było „jelenie są majestatyczne”, co jest najbardziej losową tatową logiką wszech czasów, no ale niech mu będzie. Zabawka faktycznie ma niesamowicie uroczy mały różowy śliniaczek i delikatne poroże, a ponieważ to to samo pozbawione chemii drewno bukowe, wiem, że jest bezpieczna. Faceci są dziwni, ale czasami miewają niezły gust.
Źródła wiedzy, które nie są do bani
Tak czy inaczej, wracając do poważnych spraw. Kiedy Maya w końcu stanie się nastolatką i zacznie zadawać naprawdę przerażające pytania o to, co się tam wydarzyło, nie podsunę jej po prostu podręcznika. Podręczniki są sterylne. Oddalają cię od ludzkiego wymiaru tej tragedii.

Jest taka książka Babi Jar: dokument w formie powieści autorstwa Anatolija Kuzniecowa. Miał 12 lat, kiedy jego miasto zostało okupowane, co oznacza, że był dokładnie w wieku dzisiejszego nastolatka ze starszych klas podstawówki, kiedy był świadkiem tego koszmaru na własne oczy. To nie jest sucha lekcja historii; to powieść dokumentalna napisana z perspektywy dziecka, które próbuje przetrwać. Tak należy ich uczyć. Dajesz im perspektywę, która pasuje do ich własnej.
Po prostu nie sadzaj dziewięciolatka w przypadkowy czwartek przed telewizorem i nie zmuszaj go do oglądania „Listy Schindlera”.
Pozwolić im być dziećmi, przygotowując ich na dorosłość
Czasami obciążenie psychiczne milenialskiego rodzicielstwa sprawia, że mam ochotę krzyczeć w poduszkę. Serio, presja jest absurdalna. Oczekuje się od nas mikrozarządzania każdym aspektem ich rozwoju fizycznego — upewniania się, że ich zabawki są malowane organicznymi barwnikami, zamartwiania się nad tym, czy papki z marchwi czy metoda BLW (bobas lubi wybór) jest lepsza dla rozwoju ich szczęki, i śledzenia ich cykli snu w czterech różnych aplikacjach.
A podczas gdy robimy to wszystko, mamy również wychowywać tych głęboko inteligentnych emocjonalnie obywateli świata. Musimy ograniczać im czas przed ekranem, by ich receptory dopaminy się nie usmażyły, ale też upewnić się, że są na tyle świadomi społecznie, by nie powtórzyć geopolitycznych okrucieństw XX wieku. To jest wyczerpujące. To jest absolutnie, do bólu wyczerpujące.
Poruszyłam ten temat z Gregiem przy kolacji, pytając go, jak mamy zachować równowagę między chronieniem ich niewinności a uczeniem ich o okrucieństwach świata, a on po prostu spojrzał na mnie znad swojego taco i powiedział: „Możemy o tym porozmawiać, jak skończę guacamole?”. Typowe.
Ale może ma rację z tym, by trochę zwolnić. Nie musimy mieć tego wszystkiego rozpracowanego do jutra. Maya ma siedem lat. Leo ma cztery. W tej chwili ich największe tragedie obejmują połamane gofry i grawitację. Moim zadaniem jest chronić tę niewinność jeszcze przez krótką chwilę, a potem, gdy nadejdzie czas, uzbroić ich w prawdę. Musisz po prostu wziąć głęboki oddech, przytulić mocno swoje dzieci, nauczyć ich wypatrywać "pomocników" i przekazać im tę trudną historię, gdy będą naprawdę gotowe ją udźwignąć.
W każdym razie, zanim wpadnę w kolejny kryzys egzystencjalny na temat stanu ludzkości, jeśli masz w domu malucha, który właśnie krzyczy, bo bolą go dziąsła, zgarnij jeden z tych gryzaków od Kianao, żebyś mogła przynajmniej trochę pospać tej nocy.
Moje nieco chaotyczne FAQ o uczeniu trudnej historii
Jak w ogóle zacząć rozmawiać o Holokauście z dzieckiem?
O rany, powoli. Przy moich dzieciach (które są małe), nie używamy jeszcze w ogóle tego słowa. Po prostu rozmawiamy o sprawiedliwości i o tym, co się dzieje, gdy łobuzy zyskują zbyt wiele władzy, i dlaczego musimy wstawiać się za naszymi przyjaciółmi. Musisz najpierw zbudować ramy empatii, w przeciwnym razie ta historia i tak nie będzie dla nich nic znaczyć.
Czy siedem lat to za mało, żeby uczyć się o masakrze w Babim Jarze?
Tak. Zdecydowanie tak. Mój lekarz stwierdził, że ich mózgi po prostu nie potrafią tego przetworzyć. O ile same o tym nie usłyszą i nie zapytają (w takim przypadku zachowaj ogólniki i skup się na ludziach, którzy próbowali pomóc), pozwól swojemu siedmiolatkowi martwić się klockami Lego i Pokémonami.
O co chodzi z tą książką, o której wspominałaś?
Książka Anatolija Kuzniecowa? Jest niesamowita dla starszych dzieci (jak nastolatki). Miał 12 lat, kiedy przeżył okupację w Kijowie, więc pisze z perspektywy, z którą nastolatki mogą się szczerze utożsamić. Wypełnia to lukę między jakąś zakurzoną książką historyczną a prawdziwym, namacalnym życiem.
Jak poradzić sobie z własnym niepokojem, ucząc ich tych trudnych spraw?
Jeśli znajdziesz na to sposób, błagam, napisz mi maila. Ale mówiąc poważnie, po prostu staram się przypominać sobie, że wychowywanie życzliwych, świadomych dzieci jest ostatecznym buntem przeciwko mrokowi. Poza tym to w porządku poryczeć się z tego powodu w samochodzie. I wypić zdecydowanie za dużo kawy. Wszyscy po prostu robimy, co w naszej mocy.





Udostępnij:
Atomowa panika: dlaczego musisz natychmiast wylogować się z sieci
Jak przetrwać błędne koło ząbkowania o 3 w nocy i ubrankowe wpadki