Jest dokładnie 6:43 we wtorek, a ja siedzę na podłodze w przedpokoju, mając na sobie poplamioną koszulkę Nirvany z 2004 roku i dokładnie jedną skarpetkę. Próbuję przekupić moją czteroletnią córkę, Mayę, żeby przestała lizać listwy przypodłogowe chociaż na tyle długo, bym mogła zrobić przyzwoite zdjęcie dziecięcego sweterka na Instagram. Największym mitem dotyczącym całego tego świata "instamatek" czy bycia ambasadorką dziecięcych marek jest to, że potrzebujesz domu wyglądającego jak sterylne, beżowe muzeum i dziecka, które z tobą współpracuje. Gówno prawda. To największe kłamstwo, jakie kiedykolwiek wcisnął nam internet.
Kiedy spojrzysz na oficjalne wytyczne takiej fuchy – wiecie, te korporacyjne dokumenty, które mówią ci, co masz robić – brzmi to tak, jakbyś potrzebowała dyplomu z marketingu cyfrowego, profesjonalnej ekipy oświetleniowej i dziecka, które zasypia na zawołanie. Ale powiem wam, jak to wygląda w prawdziwym życiu, kiedy zgadzasz się reprezentować ekologiczną markę dziecięcą. Jest chaotycznie, jest głośno i zazwyczaj wypija się mnóstwo zimnej kawy.
Mój mąż Dave właśnie przeszedł obok mnie, spojrzał, jak leżę na podłodze z telefonem ustawionym pod takim kątem, by ominąć stertę prania w rogu, pokręcił głową i poszedł zrobić więcej kawy. On tego nie łapie. Myśli, że całymi dniami cykam sobie selfie. Gdyby tylko wiedział, jakiej fizycznej wytrzymałości potrzeba, żeby namówić malucha do potrzymania drewnianej zabawki bez natychmiastowego rzucania nią w psa.
Cały ten mit o idealnej estetyce to absolutna bzdura
Pamiętam, jak po raz pierwszy zaczęłam interesować się reprezentowaniem firm, które produkują organiczne i ekologiczne rzeczy dla dzieci. Przewijałam te idealnie dopracowane profile, na których matki w zwiewnych, lnianych sukienkach wpatrywały się z miłością w swoje nienagannie czyste niemowlęta. Światło zawsze było złote. Zabawki były zawsze ułożone w idealny mały okrąg. Spojrzałam na mój salon, którego głównym elementem był wtedy na wpół zjedzony gofer na dywanie, karton po pieluchach, którego jeszcze nie wyniosłam na makulaturę, i Leo – który miał wtedy dwa latka – noszący moje majtki na głowie niczym hełm pilota.
Pomyślałam wtedy: cóż, chyba się do tego nie nadaję. Oni oczekują perfekcji.
Ale oto sekret. Te naprawdę mądre marki? Takie jak Kianao, które faktycznie rozumieją, jak wygląda rodzicielstwo? One nie chcą fałszywego, beżowego muzeum. Chcą tego chaosu z majtkami na głowie. Ponieważ kiedy inna wykończona mama przewija telefon o 3 nad ranem, karmiąc marudzące dziecko, nie chce oglądać kobiety-ducha w lnianej sukni. Chce zobaczyć kogoś, kto również przetrwał kolejny dzień na suchym szamponie i czystej sile woli.
W każdym razie, chodzi o to, że twój dom nie musi być idealny. Musisz być po prostu szczera. I może wiedzieć, jak wykadrować psie rzygowiny z tła. To po prostu podstawy przetrwania.
Doktor Aris i moje lęki o bezpieczny sen
Okej, jest jednak jedna rzecz, która jest naprawdę, ale to naprawdę ważna – i która totalnie mnie przerażała, kiedy zaczęłam publikować zdjęcia moich dzieci w sieci – to kwestie medyczne i bezpieczeństwo. Kiedy reprezentujesz markę dziecięcą, nie możesz po prostu rzucić uroczego kocyka do łóżeczka i uznać, że jest fajnie. Internet cię za to zje i szczerze mówiąc, słusznie.
Kiedy urodził się Leo, mój pediatra, doktor Aris – który w zasadzie jest świętym, bo wysyłam mu zdjęcia dziwnych wysypek o 21:00, a on naprawdę odpisuje – dał mi najbardziej przerażający, otrzeźwiający wykład o bezpiecznym śnie. Opowiedział mi o wytycznych dotyczących bezpiecznego snu i o tym, że łóżeczko powinno być całkowicie puste. Żadnych luźnych kocyków, żadnych uroczych pluszaków, żadnych ochraniaczy na szczebelki. Nic. Tylko twardy materac i dziecko leżące na plecach. Byłam tak przerażona, że przez pierwsze trzy miesiące życia Leo dosłownie wpatrywałam się w niego, sprawdzając, czy jego klatka piersiowa się unosi.
Więc kiedy marki proszą cię o tworzenie treści, w zasadzie zgadzasz się na promowanie tego bezpieczeństwa. Jeśli robię zdjęcia piżamek lub rzeczy do pokoju dziecięcego, oblewam się potem, sprawdzając po dwa razy, czy w promieniu trzech metrów od łóżeczka nie leży jakaś zabłąkana pieluszka tetrowa. Stajesz się kimś w rodzaju ambasadora bezpieczeństwa, co jest głęboko ironiczne dla kogoś, kto regularnie je płatki z mlekiem na obiad, no ale takie mamy realia. Musisz pokazywać rzeczy tak, jak zalecają lekarze, nawet jeśli dodanie gigantycznego puszystego misia sprawiłoby, że zdjęcie wyglądałoby "delikatniej". Bezpieczeństwo ponad estetykę, zawsze. Szczerze myślę, że to sprawia, że jesteś lepszym rodzicem. A na pewno bardziej paranoicznym.
Drewniana rzecz, która uratowała mi zdrowie psychiczne
Porozmawiajmy o samych produktach, bo jeśli zamierzasz opowiadać o marce w sieci, lepiej, żebyś szczerze lubiła te rzeczy. Mam jedną zasadę: nie wstawię posta o czymś, chyba że aktywnie zapobiegło to atakowi histerii w moim domu.

Kiedy Leo miał około czterech miesięcy, przechodził przez fazę, w której, jeśli go aktywnie nie trzymałam na rękach, krzyczał, jakbym porzuciła go w dziczy. Nie mogłam gotować. Nie mogłam iść do toalety. Nie mogłam oddychać. Wtedy dostaliśmy Tęczowy Stojak Edukacyjny.
Wiem, wiem. Drewniany stojak edukacyjny brzmi jak straszny banał z kategorii "hipsterska mama". Ale słuchajcie, to była prawdziwa magia. Położyłam go pod nim na dywanie w salonie, a on po prostu... przestał płakać. Wpatrywał się w małego, szydełkowanego słonika, jakby był jego nowym najlepszym przyjacielem. Doktor Aris kiedyś mruczał mi coś pod nosem o tym, jak kontrastujące kształty i naturalne tekstury pomagają budować ścieżki neuronowe czy synapsy, czy cokolwiek tam w tych ich małych móżdżkach. Niezbyt rozumiem tę naukową stronę, wiem tylko, że patrzenie na drewniane kółka zawieszone na różnych wysokościach sprawiło, że Leo tak mocno się skupił, aż zmarszczyły mu się jego małe brwi.
Wykonany jest z pozyskiwanego w zrównoważony sposób drewna, kolory są w barwach ziemi, ale nadal wystarczająco interesujące dla dziecka, i nie gra agresywnej, elektronicznej muzyki, od której chce mi się wydrapać własne uszy. Mogłam autentycznie wypić filiżankę kawy, podczas gdy on uderzał rączkami w zabawki. Ten stojak rośnie razem z nimi. Maya ostatecznie używała go do podciągania się, kiedy uczyła się wstawać. Naprawdę kocham tę rzecz. Jeśli marka chce, żebym mówiła o takim produkcie, będę o nim wykrzykiwać z dachów, bo dzięki niemu odzyskałam dziesięć minut mojego poranka.
Jeśli toniesz w plastikowych zabawkach, które fałszują, po prostu rzuć okiem na organiczne kolekcje Kianao. To jak wizualny detoks dla twojego salonu.
Dlaczego jestem nierozerwalnie związana z silikonem (nawet jeśli to nie jest magia)
Nie wszystko będzie oczywiście cudownym kołem ratunkowym. Czasami testujesz produkt i jest on po prostu... w porządku. To znaczy, spełnia swoje zadanie, ale nie powstrzymuje twojego dziecka przed byciem dzikim szopem praczem.
Weźmy na przykład Silikonowy Talerzyk Mors. Marka chce, żebyś opowiadała o tym, jak niesamowita jest jego podstawa z przyssawką i jak zapobiega rozlewaniu. I owszem, przyssawka jest naprawdę mocna. Trzyma się tacki krzesełka do karmienia jak superglue. Materiał w 100% nie zawiera BPA i uwielbiam to, że mogę po prostu wrzucić go do zmywarki lub mikrofalówki, ponieważ jestem niesamowicie leniwa, jeśli chodzi o ręczne mycie naczyń.
Ale oto brutalna prawda: Maya jest silna. Tak przerażająco silna. Jeśli zdecyduje, że skończyła już z groszkiem, znajdzie sposób, by wcisnąć swoje malutkie, lepkie paluszki pod krawędź przyssawki, zerwać uszczelkę i wystrzelić morsa na drugi koniec kuchni. Sam talerzyk jest praktycznie niezniszczalny, co jest świetne, bo odbija się od płytek bez pękania, ale nie zapobiegnie żywieniowemu tornadu, jeśli twój maluch jest wysoce zmotywowany. To uroczy talerzyk. Pomaga w kontrolowaniu wielkości porcji. Po prostu magicznie nie nauczy twojego dziecka manier przy stole. Nic tego nie zrobi.
Sytuacja z kłaczkami w mojej torbie na pieluchy
Muszę jednak przyznać, że jednym, niepozornym małym akcesorium, do którego kupna naprawdę zmuszam wszystkie moje znajome świeżo upieczone mamy, jest Etui na Smoczek.

Moja torba na pieluchy była kiedyś czarną dziurą. Na jej dnie znajdowała się warstwa pokruszonych chrupek, tajemnicze kłaczki, piasek z wycieczki do parku sprzed trzech miesięcy i pomięte paragony z Rossmanna. Wrzucić tam mokry smoczek to był w zasadzie wyrok śmierci dla higieny. To małe, silikonowe etui po prostu przypina się na zewnątrz torby. Chowasz w nim smoczek, on pozostaje czysty, a etui możesz wygotować w celu sterylizacji, kiedy nieuchronnie wpadnie do kałuży. To proste rozwiązanie, po prostu działa, a ja nie muszę zeskrobywać brudu z silikonowej końcówki, podczas gdy dziecko wrzeszczy mi do ucha. Same plusy.
Umiejętności, których naprawdę potrzebujesz, żeby to przetrwać
Więc, jeśli patrzysz na wymagania dla ambasadorki marki i wpadasz w panikę, bo nie wiesz, czym są "KPI" albo "lejki konwersji", weź głęboki oddech. Nie potrzebujesz tego korporacyjnego żargonu. To, czego naprawdę potrzebujesz, to życiowe umiejętności przetrwania.
Oto jak wyglądają prawdziwe wymagania:
- Ekstremalna cierpliwość: Spędzisz czterdzieści pięć minut na ustawianiu kadru tylko po to, by twoje dziecko potężnie zanieczyściło swoje body z organicznej bawełny dokładnie w sekundzie, w której naciśniesz przycisk nagrywania. Musisz zaakceptować, że będziesz śmiać się przez dosłowną kupę.
- Umiejętność funkcjonowania przy zerowej ilości snu: Przez połowę czasu montuję Rolkę na telefonie w ciemnościach o 2 w nocy podczas karmienia piersią. Po prostu robisz to, co musisz.
- Gruba skóra: Internet bywa dziwny. Ludzie będą komentować wygląd twojego domu, to, jak uczesane są włosy twojego dziecka, albo fakt, że twoje listwy przypodłogowe są zakurzone. Odpuść to. Zablokuj i usuń. Chroń swój spokój.
- Umiejętność plotkowania w społeczności: Nazywają to "budowaniem zaangażowania", ale tak naprawdę oznacza to po prostu gadanie z innymi mamami na facebookowych grupach, wymienianie się kodami rabatowymi i zbiorowe narzekanie na regres snu u czteromiesięczniaka. Po prostu rozmawiasz z ludźmi z podobnymi problemami.
Zarabianie groszy podczas utraty zmysłów
Zawsze trafiam na ludzi pytających mnie o pieniądze. Coś w stylu: "Sarah, czy jesteś potajemnie bogata dzięki wstawianiu zdjęć Mayi w uroczej czapce?"
O Boże, nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Struktura wynagrodzeń za tego typu rzeczy zazwyczaj opiera się na linkach afiliacyjnych. Dostajesz spersonalizowany kod, dzielisz się nim ze swoją społecznością, a jeśli ktoś kupi matę do zabawy, bo zobaczył twój post, zgarniasz jakieś 10% czy 15% ze sprzedaży.
To pieniądze z pracy na boku. Opłaca to mój wygórowany nałóg picia mrożonej kawy. Opłaca te losowe zakupy, które robię w internecie o północy. Czasami, jeśli Rolka stanie się viralem, bo Leo zrobił coś absolutnie szalonego w tle, mogę zarobić na tyle, by opłacić zakupy spożywcze na cały tydzień. Ale w większości to po prostu fajny sposób na darmowy, wysokiej jakości sprzęt dla dzieci, który i tak bym chciała kupić, i na nawiązywanie kontaktów z innymi rodzicami, którzy również chowają się w swoich spiżarniach, jedząc czerstwe krakersy.
Nie robisz tego, by zostać milionerką. Robisz to, ponieważ naprawdę zależy ci na używaniu bezpiecznych, nietoksycznych rzeczy dla swoich dzieci i czerpiesz przyjemność z nadmiernego dzielenia się swoim życiem w internecie. To naprawdę takie proste.
Jeśli jesteś gotowa zaakceptować chaos i szczerze chcesz sprawdzić, jakie produkty są w ogóle warte tego szumu, prawdopodobnie powinnaś po prostu przeglądnąć ich stronę. Znajdź coś, co naprawdę pokochasz, zanim w ogóle spróbujesz to komuś sprzedać.
Jesteś gotowa na wzbogacenie wyprawki swojego dziecka bez szkody dla planety (lub twojego zdrowia psychicznego)? Sprawdź kolekcje Kianao i przekonaj się, co tak naprawdę sprawdzi się w twojej rodzinie.
FAQ
Czy potrzebuję tysięcy obserwujących, aby promować markę?
Boże, nie. Prawdę mówiąc, wiele marek woli "mikroinfluencerów" (co jest po prostu modnym słowem na normalnych ludzi z kilkuset obserwującymi). Zaczynałam, gdy miałam około 400 obserwujących, z czego z pewnością około 350 to były po prostu znajome mojej mamy z klubu brydżowego oraz koledzy z liceum podglądający, czy nie przytyłam. Marki chcą prawdziwego zaangażowania, a nie kupionych obserwujących.
Jak robisz dobre zdjęcia płaczącemu dziecku?
Nie robisz. Naprawdę, po prostu nie da się. Jeśli Maya ma atak histerii, odkładam telefon na bok. Ale sztuczką, której używam, kiedy dzieci po prostu się wiercą, jest kręcenie wideo zamiast robienia zdjęć. Potem przeglądam nagranie klatka po klatce i robię zrzut ekranu tej jednej milisekundy, w której akurat wyglądają spokojnie i anielsko. To w 100% po prostu iluzja, moi drodzy.
Czy pieniądze z afiliacji są naprawdę warte tego wysiłku?
To zależy od tego, jak bardzo kochasz kawę. Dla mnie tak. Nie ma tu wielkiej presji. Jeśli nic nie wstawiam przez tydzień, bo wszyscy w moim domu mają grypę żołądkową, nikt mnie nie zwalnia. Po prostu w tym tygodniu nie zarabiam ani grosza na moją kawkę. To miły mały dodatek, ale błagam, nie rzucaj swojej stałej pracy z myślą, że spłacisz kredyt hipoteczny 10% kodem rabatowym.
Co jeśli mój dom nie ma jakiejś określonej estetyki?
Jeśli twój dom z mieszkającym w nim małym dzieckiem jest cały czas idealnie urządzony, i tak ci nie ufam. Pokaż bałagan. Jeśli chcesz, odetnij z kadru te naprawdę obrzydliwe rzeczy, ale nie stresuj się brakiem idealnie dopasowanej beżowej sofy i drewnianych podłóg w neutralnym odcieniu. Prawdziwi rodzice utożsamiają się z prawdziwymi domami. Upewnij się tylko, że oświetlenie jest przyzwoite – otwórz okno, wyłącz to żółte światło z żyrandola i jest świetnie.
Jak surowe są zasady bezpieczeństwa podczas publikowania treści?
Niezwykle surowe. Mówię poważnie, nie ma z tym żartów. Jeśli wstawisz zdjęcie noworodka w łóżeczku z luźnym kocykiem lub pluszakiem, marka poprosi o jego usunięcie, a inne mamy bez zawahania (i słusznie) zwrócą ci na to uwagę w komentarzach. Trzymaj się wytycznych AAP dotyczących bezpiecznego snu, jakby od tego zależało twoje życie. Lepiej mieć nudne zdjęcie pustego łóżeczka, niż przypadkowo promować niebezpieczne środowisko dla snu niemowlaka.





Udostępnij:
Sekret gryzaka króliczka: dlaczego ten kształt naprawdę działa
Cała prawda o Twoim maluchu i jego króliczku-przytulance